Temat Rosji zdominował wystąpienia Trumpa i Tillersona
Amerykańskie media i senatorowie nie odpuszczają i zasypują nową administrację pytaniami o związki z Rosją.
Rex Tillerson podczas przesłuchania w komisji spraw zagranicznych amerykańskiego Senatu.
Office of the President-elect/Wikipedia

Rex Tillerson podczas przesłuchania w komisji spraw zagranicznych amerykańskiego Senatu.

Kandydat na szefa dyplomacji zaprezentował się jako twardszy, niż przewidywano, prezydent elekt mówił... swoje. Ale to Donald Trump zaskoczył najbardziej: po raz pierwszy przyznał, że to Rosja stała za atakami hakerskimi, wykrytymi przez amerykańskie służby w czasie kampanii wyborczej. Nie zrobił tego z własnej woli, a w odpowiedzi na pytanie dziennikarza, ale to i tak zmiana jego podejścia o 180 stopni.

Do tej pory bagatelizował czy wręcz wyśmiewał mnożące się raporty instytucji wywiadowczych, FBI czy doniesienia mediów o bezpośredniej ingerencji Kremla w wybory. „Nie powinien tego robić i nie będzie już tego robić” – powiedział Trump o Putinie. Skąd wiara w zmianę? „Rosja będzie nas znacznie bardziej szanować” – zapewniał na pierwszej konferencji prasowej, jaką zdecydował się zorganizować prezydent elekt.

Można więc uznać, że Trump ustąpił nie o krok, a o pół – bo choć zamówił nowy raport służb dotyczący hackingu, który ma się pojawić na jego biurku trzy miesiące po zaprzysiężeniu, sporządzą go już jego ludzie, którzy mogą przyjąć powtarzane dziś po wielokroć założenie, że „włamuje się Rosja, ale włamują się wszyscy”.

Trumpa cieszy sympatia Putina

Znacznie bardziej stanowczy był wobec ostatnich doniesień mediów o raporcie sugerującym, że Kreml zbierał na niego kompromitujące materiały (serwis BuzzFeed opublikował dokumenty, w których mowa m.in. o orgiach z udziałem Trumpa w Sankt Petersburgu i tajnych spotkaniach wysłanników wyborczego sztabu Trumpa z wysłannikami Putina) i że mógł go nimi szantażować. Donald Trump uznał te doniesienia za kompletnie fałszywe, sfabrykowane i niemające związku z rzeczywistością.

Zapewniał, że z Rosją nie łączą go żadne interesy – byłe, obecne czy potencjalne – i że nie ma tam żadnych kredytów. Jednocześnie osobista sympatia Władimira Putina bardzo go cieszy. „To mój kapitał, a nie obciążenie” – mówił Trump, sygnalizując, że mimo jego dobrych intencji nie ma żadnej gwarancji, że dojdzie do porozumienia z Rosją na wzór resetu Baracka Obamy.

Rex Tillerson kluczowym rosyjskim ogniwem w administracji Trumpa

Na tle Trumpa Rex Tillerson, jego kandydat na sekretarza stanu, szefa dyplomacji USA, zaprezentował się jako prawdziwy jastrząb. Były prezes naftowego giganta ExxonMobil, który ustanowił strategiczne powiązania firmy z rosyjskim Rosnieftem i który osobiście zna Władimira Putina, przesłuchującym go senatorom pokazał stanowczość, jakiej najwyraźniej nie oczekiwali. Zderzony od samego początku z lawiną pytań o rosyjską agresję na Ukrainę, Syrię i w cyberprzestrzeni, Tillerson odpowiadał, że Rosja stanowi zagrożenie, że kraje wschodniej flanki NATO słusznie się jej obawiają, że dla USA artykuł 5. Traktatu Waszyngtońskiego jest niepowtarzalny i że z Rosją trzeba rozmawiać z pozycji siły.

Największym chyba zaskoczeniem była deklaracja Tillersona, że nie zawahałby się udostępnić Ukrainie śmiercionośnego uzbrojenia w walce z rosyjską agresją i że będąc na miejscu Johna Kerry’ego zaleciłby prezydentowi Obamie wsparcie lotnicze walki ukraińskiej armii o Krym i Donbas w postaci misji rozpoznawczych, wykonywanych również przez NATO.

Ale jako „znawca rosyjskiej duszy” Rex Tillerson nie określał Rosji jako pierwszoplanowego wroga. Przeciwnie, opowiadał się za dialogiem, gdzie to możliwe, ze świadomością różnicy wyznawanych wartości. Mówił, że Rosja, choć agresywna, nie jest całkiem nieprzewidywalna, bo zawsze ma strategiczny plan i go realizuje, o ile nie napotka silnej reakcji. Mówił, że zna Rosjan i wie, że kalkulują oni każdy ruch i że na te kalkulacje aktywna polityka USA powinna mieć większy wpływ niż do tej pory. Zapowiadał, że zamierza sprawdzić, jakie są możliwości porozumienia, a do tego czasu w mocy utrzyma wszelkie sankcje wprowadzone przez administrację Obamy. Jako pierwszoplanowy obszar potencjalnego porozumienia, co oczywiście nie jest zaskoczeniem, wskazał walkę z radykalnym islamem, terroryzmem i tzw. Państwem Islamskim.

Tillerson, uznawany za kluczowe rosyjskie ogniwo w administracji Trumpa, przedstawił się senatorom jako rozsądny i kompetentny reprezentant dominującej obecnie wśród republikanów linii polityki zagranicznej.

Najwyraźniej został przed przesłuchaniem świetnie przygotowany przez doradców i wiedział, czego się spodziewać – bo senatorowie z obu stron nie kryli, że jego związki z Rosją i nastawienie wobec Putina będą głównym tematem ich pytań. Na tle swojego przyszłego szefa – Donalda Trumpa – wypadł lepiej, nie pozwalając sobie na „osobiste wycieczki”, krytykę mediów czy służb wywiadowczych. Podkreślał jedynie, pytany na przykład o to, czy Władimir Putin zasługuje na miano zbrodniarza wojennego, że informacje dostępne w obiegu publicznym o nalotach na syryjskie szpitale czy mordach politycznych w Rosji wymagają rzetelnego sprawdzenia przez tajne służby.

Z perspektywy polskiej liczy się przede wszystkim potwierdzenie, że Stany Zjednoczone będą respektować sojusze, że NATO jest niepodważalne i że USA pozostają niezbędne dla utrzymania ładu na świecie. Tillerson zapewnił, że nie zaakceptuje aneksji Krymu. Poszedł nawet dalej, mówiąc, że nie zawaha się wesprzeć Ukrainie zbrojnie. Jasno dawał do zrozumienia, że dialog z Rosją jest jego celem, ale jedynie z pozycji siły chroniącej wartości. Biznesmen Tillerson, oskarżany o wolę przehandlowania amerykańskiej polityki zagranicznej, oświadczył bowiem, że tylko Stany Zjednoczone mają na świecie „znaczenie, siłę i busolę moralną” zdolną do obrony wolności, praw człowieka i rządów prawa. O ile tylko dotrzyma słowa, nie będzie tak źle.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną