Świat

Zakup Grenlandii? Nie najgłupszy pomysł Trumpa

Donald Trump chciałby kupić od Duńczyków Grenlandię. Donald Trump chciałby kupić od Duńczyków Grenlandię. Forum
„Jeżeli on naprawdę to rozważa, to jest to ostateczny dowód na to, że zwariował” – powiedział jeden z duńskich polityków na wieść o tym, że prezydent USA Donald Trump chce kupić Grenlandię.

Największa wyspa na świecie, położona w rejonie arktycznym i w 80 proc. pokryta lodem, należy do Danii, ale ma szeroką autonomię, w tym prawo do kontroli swoich bogactw naturalnych. Jej autochtoniczni przywódcy oświadczyli już, że kraj nie jest na sprzedaż. Rząd w Kopenhadze dyskretnie milczy, ale wiadomo, że w dzisiejszych czasach nie mógłby, nawet gdyby chciał, wbrew woli mieszkańców posiadłości przehandlować ją Ameryce. Daje już zresztą do zrozumienia, że by nie chciał. Łatwo odgadnąć, dlaczego – można sobie wyobrazić, jak Rosja zareagowałaby na taką ekspansję terytorialną USA.

Czytaj też: Upadają najważniejsze traktaty. Czy grozi nam nowy wyścig zbrojeń?

Już przed Trumpem próbowali

Pomysł amerykańskiego prezydenta nie jest więc możliwy do realizacji, ale nie znaczy to wcale, że jest głupi. Z punktu widzenia USA ma ekonomiczny i geopolityczny sens, na co wpadali już jego poprzednicy. Ponad sto lat temu ówczesny sekretarz stanu William H. Seward, który namówił prezydenta Andrew Johnsona do kupienia od Rosji Alaski za 7,2 mld dol., nalegał też na zakup Grenlandii, co miało m.in. pomóc w „okrążeniu” Kanady i skłonieniu jej do połączenia się ze Stanami. Dania nie zgadzała się jednak na utratę swej kolonii, a w 1917 r. formalnie USA uznały jej suwerenność nad wyspą.

Pomysł wrócił po II wojnie światowej – w 1946 r. administracja prezydenta Trumana zaoferowała Danii za Grenlandię 100 mln dol. w złocie. Jej znaczenie strategiczne wzrosło z początkiem zimnej wojny, gdyż stamtąd samoloty amerykańskie, wyposażone w bomby atomowe, miałyby najbliżej – lecąc nad Biegunem Północnym – do ZSRR. Rozmieszczając wojska na Grenlandii, Pentagon chciał poza tym wypróbować na wypadek wojny, jak jego broń, a zwłaszcza instrumenty nawigacyjne, sprawuje się w arktycznym klimacie. Kopenhaga znowu jednak powiedziała „nie!”. Amerykańskie złoto bardzo by się jej przydało, bo była małym krajem osłabionym wojną, ale zdecydowała urażona duma narodowa.

Czytaj też: Odwieszanie kary śmierci w USA

Rosja rozpycha się w rejonie Arktyki

Po powstaniu NATO problem niejako sam się rozwiązał, gdyż na podstawie umowy z Danią (członkiem sojuszu) Amerykanie rozlokowali na Grenlandii bazę sił powietrznych Thule Air Base, najbardziej na północ wysuniętą instalację swoich wojsk. A w przenoszeniu broni jądrowej na dalsze odległości większą rolę od samolotów odgrywają dzisiaj rakiety średniego i dalekiego zasięgu.

Ale Grenlandia ma wciąż ogromne bogactwa naturalne: złoża rudy żelaza, cynku, złota, diamentów, uranu i ropy naftowej. Ich wydobycie utrudnia pokrywa lodowa, która w wyniku ocieplania się klimatu topnieje, więc eksploatacja będzie zapewne łatwiejsza. To prawdopodobnie najbardziej zachęciło Trumpa, by odkurzyć starą propozycję nabycia od Danii „zielonej ziemi”. Co nie znaczy, że względy geopolityczne przestały się liczyć. Rosja coraz bardziej rozpycha się w rejonie Arktyki, a uzyskanie pełnej kontroli nad Grenlandią umożliwiłoby Stanom rozmieszczenie tam jeszcze więcej wojsk, które powstrzymywałyby ewentualne rosyjskie próby zdominowania, być może razem z Chinami, północnych szlaków żeglugowych.

Czytaj też: Czy Reagan był rasistą, czyli co mają na sumieniu amerykańscy prezydenci

Inuici mówią „nie”

Zakupy przez USA terytoriów od innych państw były tradycyjną metodą powiększania obszaru. Zaczęło się od Luizjany w 1803 r., czyli terenów obejmujących wówczas kilkanaście obecnych stanów (nie tylko stan o takiej nazwie) i do dziś jedną czwartą całego terytorium kraju. Po zakupie Alaski w podobny sposób Ameryka weszła w posiadanie Wysp Dziewiczych, kupionych od Danii w 1917 r., a potem Filipin (od Hiszpanii, choć tylko na pewien czas).

Problem w tym, że dzisiaj dużo rzadziej państwa handlują między sobą terytoriami, bo bardziej liczy się wola żyjących tam ludzi. To także przypadek Grenlandii. 56 tys. rdzennych mieszkańców, Inuitów (dawniej zwanych Eskimosami), uzyskuje od Danii coraz szerszą autonomię – ostatnio przegłosowaną w referendum w 2008 r. – i wielu ma nadzieję na niepodległość wyspy. Jej bogate zasoby nadawałyby tym ambicjom realny kształt.

Grenlandzcy Inuici korzystają z hojnych benefitów duńskiego państwa opiekuńczego, które subwencjonuje wyspę kwotą 500 mld dol. rocznie. Są też słusznie przekonani, że droga do ewentualnej niepodległości będzie krótsza spod zależności od Danii niż USA. Można też podejrzewać – sądząc z sondaży telewizji CNN w Grenlandii – że raczej nie uśmiecha im się zostać mieszkańcami Ameryki, która pod rządami Trumpa dryfuje w stronę ksenofobii i wykluczenia etnicznych i rasowych mniejszości.

Czytaj też: Gwiazdy demokratów przygasły w debatach? Kto się zmierzy z Trumpem

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Janusz Dzięcioł w szponach szołbizu

Wyluzowany Janusz Dzięcioł powtarza do kamery, że nie lubiłby siebie, gdyby się zmienił, dlatego się nie zmieni, chociaż kto wie, co sława przyniesie. Szołbiznes, mówią ludzie, jest jak walec, każdego rozgniecie, każdą głębię duchową zniweluje. Czy normalny człowiek po wygraniu bardzo popularnego programu telewizyjnego może z wygranym półmilionem złotych w kieszeni wrócić do bloków, do pracy?

Sławomir Mizerski
30.06.2001
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną