Świat

Sojusz już nas nie obroni? Macron szkodzi NATO i sobie

Prezydent Francji Emmanuel Macron i prezydent USA Donald Trump Prezydent Francji Emmanuel Macron i prezydent USA Donald Trump Official White House Photo by Shealah Craighead / Flickr
Śmierć mózgowa sojuszu – sformułowanie Emmanuela Macrona źle się zapisze w historii. Przesadził, i to w najgorszym możliwym momencie.

Francuscy prezydenci tak już mają, że czasem nie umieją miarkować słów. W Polsce pamiętamy Jacquesa Chiraca, który kazał nam kiedyś siedzieć cicho, a Polskę publicznie nazwał koniem trojańskim USA. Dziś Emmanuel Macron bawi się w lekarza i stawia diagnozę: NATO jest w stanie śmierci mózgowej, a Europa musi pomyśleć nad strategicznymi relacjami z Rosją, skoro Amerykanie odwrócili się plecami. Entuzjastyczne przyjęcie tych słów na Kremlu, szok w Berlinie i zmasowana krytyka komentatorów zajmujących się bezpieczeństwem świadczą o tym, jak bardzo nie na miejscu była taka ocena.

Czytaj także: Jakie będą dwie nasze następne dekady w NATO

Dlaczego Macron punktuje NATO

Taką, a nie inną diagnozę stanu NATO doktor Macron uzupełnił własną receptą: otwarciem ramion wobec Rosji. W dodatku przekonując, że takie powinno być podejście całej Europy. Jeśli ktoś zarzucał np. Donaldowi Trumpowi wypowiedzi sprzyjające Rosji, podważanie spójności NATO i jednostronne inicjatywy, to jak zareaguje na dictum Macrona? Czy we francuskim Zgromadzeniu Narodowym – na wzór Kongresu USA – zbierze się ponadpartyjne koło przyjaciół NATO i podejmie rezolucję upewniającą sojuszników o niezachwianym poświęceniu kraju dla obrony wspólnych wartości? Jeśli o śmierci mózgowej świadczy brak aktywności neuronów, to ożywcze impulsy bardziej wyczuwalne są mimo wszystko w USA.

Macron ma o tyle rację, że dla NATO mózg jest tak samo ważny jak mięśnie. Siła militarna nic nie znaczy, jeśli nie stoją za nią wola i procedury. Za każdym razem warto przypominać, że art. 5 traktatu waszyngtońskiego nie przewiduje automatyzmu odpowiedzi zbrojnej całego sojuszu. Mówi o udzieleniu pomocy w takim zakresie, w jakim udzielający tej pomocy uzna za konieczne. Co również warto przypominać, to że przed art. 5 jest 4, który wprowadza mechanizm konsultacji, ilekroć ktokolwiek w NATO poczuje się zagrożony. Wszystko dzieje się na płaszczyźnie politycznej, która dopiero po porozumieniu uruchamia procedury wojskowe. Tu automatyzm jest ograniczony tym, że każda decyzja o użyciu siły jest suwerenna.

Macron deklaruje, że nie wie, czy art. 5 zadziałałby dziś. Ameryki nie odkrył – nikt tego nie wie. Wszystko zależałoby od tego, kto zostałby zaatakowany, przez kogo, w jaki sposób – ocena i decyzja i tak ostatecznie należałyby do polityków, którzy wydaliby dyrektywy wojskowym.

Poziom nieufności, głębokość podziałów, różnice interesów w NATO są widoczne gołym okiem, więc debata byłaby gorąca. Ale mimo tych różnic sojusz jest jedynym mechanizmem obronnym świata zachodniego i co jakiś czas pokazuje, wspólnym i uzgodnionym wysiłkiem, że do obrony jest przygotowane. Podważanie tych faktów stawia pod znakiem zapytania intencje Francji i wprowadza niepokój o wypełnienie zobowiązań, gdy dojdzie co do czego. To nie jest przywództwo, jakiego dziś najbardziej trzeba, zwłaszcza jeśli uznać, że niektórzy inni przywódcy już i tak nie najlepiej się sprawdzają.

Czytaj także: Myślenie o niewyobrażalnym. NATO bez USA

Czy Trump odwróci się od NATO?

Efektem będzie głębsze zamieszanie. Kraje na wschodzie NATO, silniej od Francji czujące rosyjskie zagrożenie, jeszcze mocniej zwiążą się z Waszyngtonem w poczuciu braku alternatywy i ze strachu przed skutkami postulowanego resetu. Pogłębi się ich nieufność do różnych inicjatyw obronnych, nawet jeśli wiele z nich ma sens i służy wzmocnieniu. Idea „europejskiej armii” zostanie do reszty wyśmiana jako dywizja „armii czerwonej”. Kto wie, czy uczuć tych nie podzielą Niemcy, choć tu chęć normalizacji z Rosją jest olbrzymia. Przywództwo pod wodzą Angeli Merkel lepiej zdaje sobie sprawę, co można, a czego nie należy otwarcie mówić – i w zgodzie z sojuszniczą poprawnością odcięło się od Macrona. Niemcy są dla Amerykanów o wiele bardziej niezbędni w NATO niż Francja i dobrze o tym wiedzą, umieją tę pozycję wykorzystać. Choć do francuskiej inicjatywy interwencyjnej przyłączyło się już 10 krajów, nie zastąpi NATO ani nie będzie „europejską armią”. Tym bardziej że po prorosyjskim występie jej założyciela entuzjazm części uczestników może osłabnąć.

Najgorsze byłoby jednak, gdyby Macronowi uwierzył Trump. „Chcecie niezależności w Europie? Świetnie! Radźcie sobie sami! OSZCZĘDZIMY MILIARDY!!!”. W sumie może dziwić, że do tej pory nie zobaczyliśmy takiego wpisu na Twitterze. Może Trump nie czytuje „The Economist”, może nie bardzo przejmuje się słowami Macrona, którym chyba przestał się fascynować po kilku bliskich spotkaniach. Ale szczyt NATO w Londynie jeszcze przed nami i kto wie, co wtedy powie. Obyśmy nie musieli „dziękować” Paryżowi.

Czytaj także: Myślenie o niewyobrażalnym. NATO bez USA

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Niezbędnik

Lefebryści. Schizmatycy w łonie Kościoła katolickiego

Papież Franciszek i jego poprzednik Benedykt XVI wykonali pewne gesty wobec tradycjonalistycznego Bractwa św. Piusa X. Czy może dojść do pojednania? I jakie pole manewru mają obie ze stron, skoro każda z nich uważa, że to ta druga powinna się nawrócić?

Roman Graczyk
05.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną