Świat

Tak złego roku w izraelskiej polityce nie było od dawna

Jak długo Beniamin Netanjahu pozostanie premierem Izraela? Jak długo Beniamin Netanjahu pozostanie premierem Izraela? Ronen Zvulun/Reuters / Forum
Ten rok w Izraelu przejdzie do historii, ale z mało chlubnych powodów. Czy „jedyna na Bliskim Wschodzie” demokracja to wytrzyma?

Izrael chlubi się, że jest jedyną demokracją na Bliskim Wschodzie. Sporo w tym racji, bo choć w innych krajach regionu regularnie odbywają się wybory, to niewiele z tego wynika. Co z tego, że w Turcji, Syrii czy Iranie są jakieś wybory, skoro zawodzą mechanizmy kontroli władzy? Nie ma wolnych mediów? Rząd może wpakować do więzienia każdego, kogo uzna za wroga? Czystki polityczne są na porządku dziennym? Ośrodek władzy jest tylko jeden? To Izraela przecież nie dotyczy. Za część regionu uważany jest też np. Cypr, należący do Unii Europejskiej.

Czytaj także: Czy w Turcji jest jeszcze demokracja?

W Izraelu kryzys goni kryzys

Trudno uznać za demokratyczny kraj, którego premier głosi: „Izrael jest państwem wszystkich obywateli, ale tylko Żydów”. Istnieją w nim poza tym dwa systemy prawne: setki tysięcy osadników na Zachodnim Brzegu podlegają izraelskiemu prawu ze wszystkimi konsekwencjami (mają prawo wyborcze), a Palestyńczycy – izraelskiemu prawu wojskowemu (już bez prawa wyborczego).

Jedno jest pewne: z tą demokracją dzieje się właśnie coś złego. Kryzys goni kryzys. Tak złego roku nie było tu od dawna, może nawet od ćwierć wieku. W 1995 r. atmosfera w Izraelu była straszna. Po podpisaniu porozumień w Oslo ulice opanowali demonstranci życzący śmierci premierowi Icchakowi Rabinowi. Palono jego kukły, porównywano go do Hitlera. „Zdrajca” – to najłagodniejsze z określeń, jakie padały pod jego adresem. Beniamin Netanjahu też tam był, gdy krzyczano: „Śmierć Rabinowi”. Wiemy, do czego doprowadziła ta zła atmosfera. Morderstwo Rabina z ręki prawicowego żydowskiego ekstremisty zmieniło Izrael na lata i de facto pogrzebało szanse na pokój.

Czytaj także: Dlaczego nie można rozwiązać konfliktu izraelsko-palestyńskiego

Trzecie wybory w ciągu 11 miesięcy

Dziś w Izraelu znów „straszne dni”, straszny rok. Może nie jest tak dramatycznie jak wtedy. Choć prasa donosi, że premier, jego rodzina, prokurator generalny Awichaj Mandelblit oraz dwoje prokuratorów prowadzących sprawy przeciw Netanjahu też otrzymują pogróżki.

Po raz pierwszy nie udało się wyłonić większościowej koalicji po wyborach. Potrzebne były kolejne, we wrześniu, ale i te nie przyniosły rozstrzygnięcia – żaden z dużych bloków nie dostał dość poparcia. Ani Beniamin Netanjahu, ani jego największy rywal Benny Ganc nie zdołał zmontować większości.

W środę o północy upływał czas wyłonienia nowego rządu, a ponieważ tak się nie stało, 22. Kneset sam się rozwiązał. W czwartek nad ranem deputowani przegłosowali ustawę wyznaczającą wybory na poniedziałek 2 marca. To odstępstwo od reguły, bo Izraelczycy zwykle głosują we wtorek. Choć 90-dniowy deadline upływa 10 marca, to wypada wtedy święto Purim. Z kolei tydzień wcześniej, 3 marca, upamiętnia się poległych z nieznanym miejscem pochówku. Nie zmienia to jednak kwestii zasadniczej: Izraelczycy pójdą do wyborów trzeci raz w ciągu 11 miesięcy!

Izraelska demokracja ma też większe kłopoty. Po raz pierwszy na czele rządu stoi człowiek z zarzutami karnymi, choć wypada pamiętać, że do więzienia wpakowano tu byłego premiera, prezydenta, a lista byłych ministrów, parlamentarzystów i rabinów mających swoje za uszami jest całkiem długa. Premier z ciążącymi nad nim zarzutami robi jednak wrażenie. Nie pociesza i to, że skoro postawiono mu zarzuty, to znaczy, że instytucje kontrolne działają jak należy. Zwłaszcza że Netanjahu nawet po samorozwiązaniu się Knesetu pozostanie szefem rządu.

Czytaj także: Demokracja poszła na wojnę

Izrael znów stoi przed wyborem

W ciągu najbliższych miesięcy wiele może się zmienić. Na razie sondaże wskazują, że koalicja Niebiesko-Białych zyskuje poparcie, a Likud je traci. Według badania dla Kanału 13 koalicja pod przewodem Ganca może liczyć na 37 mandatów (cztery więcej niż Likud), powiększając przewagę z jednego do czterech deputowanych. Prawica z partiami religijnymi traci trzy mandaty (z 55 do 52). W dodatku jeśli Gideon Sa′ar odbierze Netanjahu przywództwo w partii, poparcie dla Likudu może stopnieć do 29 mandatów (z 32). Wzmocniłyby się za to partie prawicowe, które przygarnęłyby „sieroty po Netanjahu” – głównie sojusz Żydowskiego Domu-Unii Narodowej, który w tym układzie przekracza 3,25-proc. próg wyborczy.

Prawica może w takim scenariuszu liczyć na 55 mandatów. To wciąż za mało, by utworzyć rząd. Z kolei Sa′ar może się okazać bardziej „przysiadywalny” dla innych partii niż Netanjahu. Wydaje się, że w takim układzie tzw. duża koalicja Niebiesko-Białych plus cała prawica jest realniejsza, skoro dziś negocjacje rozbijają się głównie o immunitet dla Netanjahu. Ludzie premiera wysłali zresztą sygnały, że Bibi jest gotów zrezygnować z immunitetu, jeśli Ganc poprze aneksję Doliny Jordanu, co Netanjahu obiecywał w kampanii. Po raz kolejny chciał pokazać, kto tak „naprawdę” zapewni szczęście Izraelowi. Manewr miał też wytrącić Gancowi argumenty z ręki. Tyle że się nie powiódł.

Według wspomnianego sondażu to Netanjahu obarczany jest winą za przedterminowe wybory (zdaniem 41 proc. respondentów). Drugim winowajcą jest Awigdor Liberman (26 proc.), a tylko 5 proc. uważa, że Ganc. Liberman, okrzyknięty kingmakerem, nie chciał poprzeć prawicy z partiami religijnymi ani bloku Ganca ze względu na poparcie partii arabskich, które sam otrzymał. Na razie nie zyskuje w sondażach (może liczyć na osiem mandatów, czyli tyle, ile ma teraz), ale i to może się zmienić.

Żeby takie scenariusze się ziściły, Sa′ar najpierw musi wygrać wybory na szefa Likudu (pod koniec grudnia), co nie jest oczywiste. No i sondażowe układanki na trzy miesiące przed wyborami to wciąż loteria. Sa′ar jako szef partii i premier ma sporo atutów – poza zdolnością koalicyjną nie ma bagażu w postaci afer ciągnących się za jego rodziną. Poza tym jest o 17 lat młodszy od Netanjahu.

Czytaj także: Izraelczycy świeccy i religijni

Złoty Bibi już nie taki złoty

Pewne jest, że Netanjahu osłabia Likud. We wrześniowych wyborach stracił trzy mandaty, teraz sondaże dają mu ich jeszcze mniej. Wyborcy nie kupują już Bibiego w pakiecie, coś się zmieniło. Dlatego najbliższe tygodnie będą kluczowe – dowiemy się, czy era Natanjahu dobiegła końca, i jakim krajem Izrael chce teraz być.

Trzy lata temu na pl. Icchaka Rabina w Tel Awiwie stanęła 4,5-metrowa złota statua Netanjahu. Artysta Itai Zalait, autor pracy, miejsce wybrał nieprzypadkowo – poprzednio plac nosił nazwę Królów, a sam Netanjahu nosi przydomek „król Bibi”. Twórca tłumaczył, że chciał zwrócić uwagę Izraelczyków na pozycję premiera w kraju. Niektórym statua kojarzyła się jednak raczej z posągami złotego cielca. Minister kultury Miri Regev oskarżyła artystę o nienawiść do premiera. Władze miasta nakazały usunięcie posągu, ale mieszkańcy Tel Awiwu pamiętają, że nawet wielkiego premiera można zrzucić z cokołu.

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Czytaj także

Niezbędnik

Nauki mistrza Kongfuzi

Chiński komunizm chciał odesłać nauki mistrza Kongfuzi na śmietnik historii, ale sam schodzi ze sceny. Za to autorzy azjatyckiego cudu gospodarczego chętnie kłaniają się duchowi Konfucjusza.

Adam Szostkiewicz
05.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną