Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 11,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Porozumienie z talibami. Dobry czas dla Trumpa, zły dla Kabulu

Porozumienie w Katarze podpisali 29 lutego wysłannik Trumpa ds. Afganistanu Zalmay Khalilzad oraz szef delegacji talibskiej mułła Ghani Baradar. Porozumienie w Katarze podpisali 29 lutego wysłannik Trumpa ds. Afganistanu Zalmay Khalilzad oraz szef delegacji talibskiej mułła Ghani Baradar. BRAHEEM AL OMARI/ Reuters / Forum
To historyczne porozumienie daje grunt pod wycofanie obcych wojsk z Afganistanu i oznacza kres najdłuższej amerykańskiej wojny. Ale jeszcze nie pokój.

Porozumienie w Katarze podpisali 29 lutego wysłannik Trumpa ds. Afganistanu Zalmay Khalilzad oraz szef delegacji talibskiej mułła Ghani Baradar. Ceremonii przyglądał się sekretarz stanu USA Mike Pompeo i delegaci z blisko 30 państw. Stroną tej umowy nie jest nieuznawany przez talibów afgański rząd. Nie wysłał on tu nawet własnej delegacji. Prezydent Aszraf Ghani musiał zadowolić się podpisaną w tym samym czasie w Kabulu z sekretarzem obrony USA Markiem Esperem wspólną deklaracją. Przedstawiciele Stanów i NATO zapewniali, że nie opuszczą Afgańczyków, ale dni panowania Ghaniego wydają się policzone. Podobnie jak przesądzony jest los afgańskiej demokracji.

Czytaj też: Jak z taliba zrobić polityka

Daleka droga do pokoju w Afganistanie

Oficjalnie mowa o „porozumieniu w sprawie zaprowadzenia pokoju w Afganistanie”. Ale droga do pokoju jest jeszcze daleka. Najważniejsze ustalenia dotyczą dat i warunków wycofania obcych wojsk. Strony zobowiązują się uwolnić jeńców, a talibowie mają zostać usunięci z listy organizacji terrorystycznych ONZ.

Jeśli wszystko dobrze pójdzie, za 14 miesięcy nie będzie w Afganistanie żadnego zagranicznego żołnierza. W pierwszych 135 dniach ma wyjechać blisko 5 tys. Amerykanów (obecnie jest ich 13 tys.), proporcjonalnie zredukuje się też kontyngent NATO (z ok. 16 do 13 tys.). Reszta wyjedzie w kolejnych 10 miesiącach pod warunkiem, że talibowie podporządkują się warunkom porozumienia – nie będą atakować zagranicznych wojsk, zerwą kontakty z międzynarodowymi organizacjami terrorystycznymi i zaangażują w dialog w kraju. Czy zapanuje pokój, to zależy głównie od Afgańczyków.

Czytaj też: Ameryka prywatyzuje wojnę z Afganistanem

Talibowie wadzą się z władzą

Już w marcu w Oslo mają ruszyć wewnątrzafgańskie rozmowy pokojowe z udziałem talibów, rządu w Kabulu, sił opozycyjnych, przedstawicieli społeczeństwa obywatelskiego, w tym kobiet. Ciągle nie wiadomo, kto będzie reprezentował władze i czy talibowie w ogóle zechcą z nimi rozmawiać.

Porozumienie przychodzi w najgorszym momencie dla oficjalnych władz w Kabulu, osłabionych po wrześniowych wyborach prezydenckich. Komisji wyborczej liczenie głosów zajęło aż pięć miesięcy. Po czym unieważniła jedną czwartą z nich i ogłosiła dwa tygodnie temu, że zwycięzcą, z wynikiem 50,35 proc., jest Ghani. Nie dziwi, że takiego rezultatu nie uznał jego główny rywal Abdullah Abdullah i większość opozycji. Zamiast wzmocnić władzę, wybory jeszcze ją osłabiły. Kompromitacja demokracji wzmacnia tylko argumenty talibów o potrzebie zmiany systemu. Politycy w Kabulu mogą mieć pretensje tylko do siebie.

Czytaj też: Trudne życie Afganek

Dobry moment dla Trumpa

Porozumienie przyszło zaś w dogodnym czasie dla Trumpa – w jego własnej kampanii prezydenckiej. Będzie mógł ogłosić realizację jednej z ważniejszych obietnic z 2016 r. o „sprowadzeniu amerykańskich chłopaków do domu”. Wobec braku innych sukcesów na arenie międzynarodowej (niepowodzenie negocjacji z Kim Dzong Unem czy fiasko planu pokojowego dla Bliskiego Wschodu) kres wojny w Afganistanie zyskuje fundamentalne znaczenie.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że tym, co zdecydowało teraz o porozumieniu, był właśnie amerykański kalendarz wyborczy. Umowa nie różni się zasadniczo od tej gotowej do podpisu we wrześniu, z której Trump się wycofał, a nawet od wstępnego szkicu ze stycznia 2019 r. Jedynym ustępstwem, na jakie poszli talibowie w stosunku do wcześniejszych ustaleń, była „redukcja ataków” w ostatnim tygodniu przed podpisaniem umowy. Amerykanie ogłosili, że warunek został spełniony, choć władze afgańskie informowały, że zginęło 23 żołnierzy.

Trump był zresztą gotów wycofać wojska i bez porozumienia, ale ostatecznie lepsza taka umowa niż żadna.

Talibowie są silniejsi niż kiedykolwiek

Gdy Amerykanie będą się pakować, talibowie zaczną przygotowania do przejęcia władzy w Kabulu. Zagranicznym wrogom od lat zresztą powtarzają: „wy macie zegarki, ale my mamy czas”. Ich czas właśnie nadszedł. Umowa legitymizuje organizację uznawaną dotąd za terrorystyczną, odpowiedzialną za śmierć tysięcy zagranicznych żołnierzy, afgańskich wojskowych i cywilów. Partyzanci podpisują porozumienie z największym supermocarstwem świata. Trudno się dziwić, że chełpią się tym w oficjalnej propagandzie.

To oni będą teraz rozdawać karty i dyktować warunki. Zabiorą decydujący głos w sprawie ustroju państwa i podziału władz. Amerykanie co prawda zapewniają, że „zniszczą talibów, jeśli nie będą respektować warunków porozumienia”, ale ich pozycja jest silniejsza niż kiedykolwiek. Sami zapewniają, że zmienili się bardzo w stosunku do modelu rządów, jakie zaprowadzili w Afganistanie pod koniec XX w., i są gotowi zachować część tych demokratycznych zdobyczy.

Dla Afganistanu nie było lepszej alternatywy

Czy inne siły polityczne i grupy etniczne będą gotowe przyjąć ich warunki? Czy wróci krwawa wojna domowa, jak było po wycofaniu wojsk radzieckich w latach 90.? Lista zagrożeń i pytań jest długa, ale lepszej alternatywy nie było. Nikt za granicą i w samym Afganistanie nie wierzył, że talibów da się pokonać zbrojnie. Nikt nie miał ochoty dalej inwestować w tę wojnę. Wszyscy czekali już na sygnał do odwrotu. Trump dał zielone światło. Choć wycofanie obcych wojsk obwarowane jest wieloma warunkami, trudno będzie zatrzymać koło raz wprawione w ruch. Wojna w Afganistanie dobiega końca dla Zachodu.

Dla zwyczajnych Afgańczyków, którzy przyjmują porozumienie z mieszanką nadziei i strachu, rozpoczyna się nowy rozdział burzliwej historii. Przyszłość będzie zależała tylko od nich. Nie będzie można zrzucać odpowiedzialności na obcych.

„Chwila jest pełna nadziei, ale to dopiero początek – przyznał Mike Pompeo. – Czeka nas jeszcze ogromnie dużo ciężkiej pracy”. I to chyba jedyna pewna rzecz, jaką da się w tej sytuacji powiedzieć.

Autor jest analitykiem Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Kultura

Dlaczego książki drożeją, a księgarnie upadają? Na rynku dzieje się coś dziwnego

Co trzy dni znika w Polsce jedna księgarnia. Rynek wydawniczy to materiał na poczytny thriller.

Justyna Sobolewska, Aleksandra Żelazińska
18.04.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną