Świat

Dramat Morii, wyrzut sumienia Europy

Migranci uciekają przed pożarem w obozie Moria na greckiej wyspie Lesbos. 9 września 2020 r. Migranci uciekają przed pożarem w obozie Moria na greckiej wyspie Lesbos. 9 września 2020 r. Alkis Konstantinidis / Forum
Obóz Moria na Lesbos stał się symbolem polityki azylowej UE. Chodzi nie tylko o krach reformy blokowanej m.in. przez Polskę z powodu relokacji, ale też o obojętność na fatalne „zarządzanie granicą” przez Grecję.

Pożary na Lesbos całkowicie zniszczyły w zeszłym tygodniu obóz Moria zamieszkały przez 12,5 tys. migrantów, w tym wielu czekających na rozpatrzenie wniosków o azyl lub jakąś formę ochrony międzynarodowej. Moria, podobnie jak obozy na paru innych greckich wyspach, to kluczowy element taktyki hamowania migracji przyjętej przez Unię w porozumieniu z Turcją w 2016 r. Migranci, którzy się tutaj przeprawili, nie są przewożeni do kontynentalnej Grecji przed (choćby wstępnym) pozytywnym rozpatrzeniem wniosku azylowego. Ma to zapobiec ich samodzielnemu podróżowaniu lądem przez Bałkany na północ Europy, głównie do Niemiec.

Szkopuł w tym, że Morię zaprojektowano na 3 tys. ludzi, a Grecy jeszcze wiosną tego roku – mimo gotowości Brukseli do dalszego hojnego płacenia na „zarządzanie granicą” – przetrzymywali w nierozbudowywanym obozie ok. 25 tys. osób (Mitylena, czyli stolica Lesbos, liczy 27 tys. mieszkańców). I dopiero presja polityczna ze strony nowej komisarz ds. wewnętrznych Ylvy Johansson (jej poprzednikiem był Grek Dimitris Awramopulos) w ostatnie pół roku rozładowała Morię o połowę dzięki kilkunastu krajom Unii, które dobrowolnie przejęły zwłaszcza niepełnoletnich migrantów bez dorosłych opiekunów.

Czytaj też: Pożar w obozie na Lesbos. Po Morii został tylko popiół

Skąd taki tłok na Lesbos

Obecny kształt polityki azylowej UE to efekt sporów z lat 2015–16. Najpierw Polska, po parlamentarnej wygranej PiS, z resztą Grupy Wyszehradzkiej zwalczała obowiązkową relokację uchodźców („migrantów z ewidentną potrzebą ochrony międzynarodowej”). A potem kanclerz Angela Merkel – w kilka miesięcy po swym słynnym „damy radę” – zaczęła promować pilne rokowania UE z Turcją, by hamować rosnącą falę przybyszów, na którą coraz gorzej reagowała niemiecka (i unijna) opinia publiczna, w tym chadecy z jej partii.

Rozdzielnik uzgodniony jesienią 2015 r. przewidywał podział maks. 120 tys. uchodźców docierających przez morze do wybrzeży Grecji i Włoch do 26 września 2017 r. Ale cała ta operacja objęła w sumie zaledwie ok. 33 tys. osób. Dlaczego tylko tyle?

Rozdzielnik początkowo bardzo szwankował, bo Włosi i Grecy nie radzili sobie z obsługą administracyjną (m.in. pobieraniem odcisków palców, potwierdzaniem tożsamości). A potem umowa UE z Turcją z 2016 r. po prostu radykalnie zmniejszyła ruch na szlaku bałkańskim. O ile w 2015 r. przez morze dotarło do Grecji ok. 857 tys. ludzi, o tyle w 2019 już niespełna 60 tys. migrantów, a od początku tego roku – niecałe 9 tys. (40 proc. z Afganistanu, 25 proc. z Syrii), z czego połowa na Lesbos.

To zmusza do pytania: skąd nadal taki tłok w migranckich obozach na wyspach? Komisarz Johansson nawet w zeszłym tygodniu oględnie nam tłumaczyła, że „nie chodzi tylko o skutki sporów w sprawie relokacji”. W instytucjach UE, ale tylko nieoficjalnie, wskazuje się teraz na dramatyczną niewydolność administracyjną Greków.

Czytaj też: Kryzys migracyjny coraz bliżej

20 miesięcy zamiast kilkunastu tygodni

Turcja w umowie z 2016 r. obiecała odbierać z wysp wszystkich migrantów, których wnioski azylowe zostaną uznane przez Greków za prawnie niedopuszczalne. W zamian Unia zobowiązała się m.in. do przesiedleń części Syryjczyków z Turcji oraz do zapłacenia jej łącznie 6 mld euro na potrzeby migracyjne. Spory między Ankarą i Unią po 2016 r. już parę razy bardzo eskalowały, ale Turcja wciąż dotrzymuje umowy. Tyle że Grecy od czterech lat zdołali przygotować powrót niespełna 3 tys. ludzi. Dodatkowe 4 tys. zdecydowały się na „dobrowolne” odesłanie do Turcji, zapewne m.in. z powodu katastrofalnych warunków na Lesbos i innych wyspach.

Część organizacji pozarządowych od dawna oskarża Unię, że Moria stała się zamierzonym sygnałem odstraszającym od migracji – „nie wybierajcie się do Europy, bo to bardzo trudna droga”. Komisarz Johansson „nie zgadza się z taką interpretacją”.

Dla uchodźców z potwierdzonym prawem do azylu od dość dawna znajduje się miejsce w krajach UE, już bez politycznych dramatów. Wielkim problemem jest natomiast czas od przybycia na wyspy do decyzji w sprawie wniosku azylowego. Grekom zabiera to średnio 20 miesięcy zamiast postulowanych kilkunastu tygodni. Parę krajów Unii już od dawna naciska na Brukselę, by zaczęła egzekwować standardy od Aten (w zamian za ciągłą pomoc finansową), ale wychodzi z miernym skutkiem. Margaritis Schinas, wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej, po pożarach na Lesbos zasygnalizował gotowość Brukseli do zarządzania Morią wspólnie z Grecją.

Czytaj też: Lesbos znów jest wyspą chaosu

Co wymyśli Unia Europejska?

Pakiet reform migracyjnych UE, które dotyczyły m.in. procedur granicznych i deportacji migrantów bez prawa do azylu, był od 2016 r. blokowany przez spory o nowy obowiązkowy rozdzielnik (obliczony pod przyszłe kryzysy). Polska i Węgry były radykalnie przeciwne jakiemukolwiek dzieleniu uchodźców na poziomie unijnym, a z drugiej strony Grecja i Włochy żądały – co było nie do przyjęcia dla bardzo sporej grupy krajów Unii – uruchamiania relokacji nawet poza okresami kryzysów.

Jednak Komisja Europejska już w przyszłym tygodniu zamierza zresetować te reformy, przedkładając odwlekany od ostatniej wiosny projekt nowego „porozumienia na rzecz azylu i migracji”. Finiszujące prace toczą się wedle naszych informacji w duchu „elastycznej solidarności”, czyli systemu zmuszającego wszystkie kraje do udziału w odpowiedzi na kryzysy migracyjne, lecz bez obowiązkowej relokacji.

W 2016 r. w Brukseli rozważano pomysł płacenia za każdego nieprzyjętego uchodźcę z rozdzielnika, ale teraz – jak tłumaczą nasi rozmówcy w instytucjach UE – nacisk kładzie się bardziej np. na jakąś formę pomocy Polski dla Grecji czy Malty w sprawnych deportacjach migrantów bez prawa do azylu. Tyle że „elastyczna solidarność” postawi kraje UE przed problemem „przeliczania” i porównywania wartości różnych wkładów w rozwiązywanie kryzysów.

Krzysztof Kowalewski: Przyszli uchodźcy i nikt ich tutaj nie chce

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną