„W naszej propozycji nie ma obowiązkowych kwot dotyczących przyjmowania uchodźców” – zapewniła dziś komisarz ds. wewnętrznych Ylva Johansson. Nowy pakiet reform migracyjno-azylowych pozwala Komisji Europejskiej na uruchomienie obowiązkowego „mechanizmu solidarnościowego” np. w razie dużego napływu migrantów na Maltę. Dla przykładu: Polska mogłaby wybrać formę pomocy – relokację uchodźców (migrantów z ewidentną potrzebą ochrony międzynarodowej) albo wzięcie organizacyjnej, dyplomatycznej i finansowej odpowiedzialności za deportacje (w brukselskim języku nazywane „powrotami”) osób bez prawa do azylu.
Czytaj też: Piekło Lesbos
Jeden na jeden. Elastyczna solidarność
W tzw. unijnym przeliczniku przyjęcie jednego uchodźcy równałoby się przeprowadzeniu jednej deportacji. Malta z Polską mogłyby też np. uzgodnić sfinansowanie budowy ośrodków migracyjnych w zamian za deportacje. Trzymając się dalej tego przykładu: dopiero gdyby „powrotów” z Malty nie udało się przeprowadzić w ciągu ośmiu miesięcy, Polska musiałaby przejść na tryb częściowo relokacyjny. Pisząc w dużym uproszczeniu.
Taka „elastyczna solidarność” to próba odszukania kompromisu między krajami, które ostro sprzeciwiają się rozdzielaniu uchodźców na poziomie unijnym (głównie Grupa Wyszehradzka), a tymi, które są za (m.in. Niemcy, Francja, Włochy, Hiszpania, Grecja).
W ogłoszonym dzisiaj pakiecie znajdują się też przepisy o stanach wyższej konieczności, takich jak nagłe kryzysy migracyjne w warunkach pandemii. Według interpretacji niektórych dyplomatów Bruksela mogłaby wówczas uruchomić proces teoretycznie prowadzący do zalecenia obowiązkowego podziału uchodźców.
Pięć lat później. Na ile Niemcy dali sobie radę z uchodźcami?
Ukłon w stronę Polski
Projekt Komisji Europejskiej zastąpił pakiet migracyjno-azylowy z 2016 r., który skończył w martwym punkcie z powodu konfliktu o obowiązkową relokację. Nowa propozycja musi być zatwierdzona przez Parlament Europejski oraz unijnych ministrów w Radzie UE. Wystarczyłaby większość kwalifikowana (15 krajów obejmujących 65 proc. ludności UE), ale nadal intencją Brukseli jest poszukiwanie „jak najszerszej większości”. To lekcja z relokacji 2015–17, gdy kraje wrogie ówczesnemu rozdzielnikowi po jego przyjęciu przez Unię po prostu go bojkotowały.
Możliwość migracyjnej „specjalizacji” (relokacja lub deportacje) to ukłon m.in. w stronę Polski, niechętnej przyjmowaniu uchodźców. Zarazem odsyłanie migrantów np. do Afryki może być trudne dla krajów bez tradycyjnych powiązań z tym regionem. Staną przed zadaniem – jak ujmuje to komisarz Johansson – inwestowania w relacje dyplomatyczne z tymi regionami.
Czytaj też: Pożar w obozie na Lesbos. Po Morii został tylko popiół
Dwie procedury graniczne
Komisja podkreśla, że obecnie do Unii nielegalnymi trasami dociera rocznie ok. 140 tys. osób, z czego dwie trzecie nie ma raczej szans na azyl. Dlatego Bruksela kładzie nacisk na skuteczniejsze „powroty” – teraz deportuje się tylko 30 proc. migrantów bez prawa do azylu czy innej formy legalnego pobytu w UE.
Komisja zaproponowała, by migranci przybywający nielegalnie przez morze do Grecji byli już w ciągu pięciu dni rejestrowani i kwalifikowani do zwykłej lub przyspieszonej „procedury granicznej”. Tę drugą przewidziano dla przybyszów z relatywnie bezpiecznych krajów, jak Maroko czy Tunezja. Wnioski o azyl byłyby rozpatrywane w ciągu 12 tygodni, a w kolejne 12 tygodni przeprowadzano by ewentualne deportacje. Gdyby np. Grecja nie poradziła sobie z tymi terminami, trafialiby do zwykłej procedury granicznej.
Organizacje pozarządowe ostrzegają, że „przyspieszone procedury graniczne” to pokusa dla lekceważenia międzynarodowego prawa do azylu. Bruksela na to odpowiada, że każdy wniosek będzie rozpatrywany odrębnie. Ponadto KE zamierza monitorować, czy kraje przestrzegają wynikającego z konwencji międzynarodowych obowiązku „nieodpychania” ludzi od granic, by przeszkodzić im w ubieganiu się o azyl.
Czytaj też: Dramat Morii, wyrzut sumienia Europy