Świat

Ostra rozgrywka z Nawalnym. Putin stawia ultimatum

Komitet śledczy Rosji kilka dni temu wszczął sprawę karną przeciw Aleksiejowi Nawalnemu. Komitet śledczy Rosji kilka dni temu wszczął sprawę karną przeciw Aleksiejowi Nawalnemu. AP / EAST NEWS
Aleksiej Nawalny dostał ultimatum od władz Rosji. Natychmiast wraca do kraju i zeznaje w otwartej właśnie przeciw niemu sprawie. Albo za zwłokę trafia do więzienia.

Komitet śledczy Rosji kilka dni temu wszczął sprawę karną przeciw Aleksiejowi Nawalnemu i oskarżył go o defraudację 356 mln rubli przekazanych przez darczyńców jego Fundacji Walki z Korupcją. Jednocześnie wystosował ultimatum: natychmiastowy powrót do Rosji i złożenie zeznań albo więzienie za zwłokę.

Takie szantaże zwykle są niewykonalne i służą za pretekst dla strony, która je wysuwa. Tak jest w tym przypadku. Ultimatum jest niewykonalne, bo Nawalny otrzymał je we wtorek, a do godz. 9 następnego dnia miał stawić się w Moskwie. „Nie ma szans, żeby pojawił się przed KŚR jutro. Ale czy na tym im zależy?” – komentowała jego rzeczniczka Kira Jarmysz. Dla władz to sposób na zneutralizowanie opozycjonisty. Jeśli Nawalny pozostanie na Zachodzie, łatwiej będzie go osłabić. Jeśli zdecyduje się na powrót, trafi do więzienia. Takie kremlowskie win-win.

Czytaj też: Co naprawdę przydarzyło się Nawalnemu?

Nawalny nie jest typowym opozycjonistą

Każdy rozsądny wybrałby życie na Zachodzie, a nie ryzyko powrotu do ojczyzny. Zdecydowało tak już wielu rosyjskich opozycjonistów, od Michaiła Chodorkowskiego po Garrija Kasparowa, szachowego mistrza świata i znanego krytyka Putina. Dlaczego z „szansy” miałby nie skorzystać aktualny kremlowski „wróg nr 1”?

Nawalny nie jest typowym opozycjonistą. Zapowiedział powrót do Rosji, jest gotów wziąć odpowiedzialność za zwłokę. 29 grudnia, czyli dzień po ultimatum, oświadczył na Twitterze: „Od razu mówiłem: zechcą posadzić mnie za to, że nie umarłem i szukałem swoich niedoszłych morderców. Za to, czego dowiodłem: że za wszystkim stoi osobiście Putin. To kłamca gotowy zabić tych, którzy nie chcą przemilczać jego kłamstw”.

Nawalny kilka dni temu nagrał jednego z zamachowców, który w 45-minutowej rozmowie ujawnił szczegóły nieudanej akcji otrucia opozycjonisty. Materiał skompromitował Putina, który chwilę wcześniej na wielkiej konferencji prasowej bagatelizował oskarżenia oponenta. Po tych rewelacjach stało się jasne, że prezydent kłamie, a dowody na „zlecenie z Kremla” zebrała grupa dziennikarzy śledczych Bellingcat, przedstawiając nazwiska, daty, numery paszportów i telefonów oraz geolokalizację zamachowców z Tomska. Co więcej, dowiodła, że Putin sygnał do ataku dał trzy lata temu, kiedy w 2017 r. Nawalny ogłosił start w wyborach prezydenckich.

Czytaj też: Jak polski szpieg trafił do łagru

Prawie jak powrót Lenina

Tym razem nie chodzi o wybory prezydenckie, bo te wypadną dopiero w 2024 r. Stawką w grze jest zwycięstwo partii rządzącej w zapowiadanych na wrzesień 2021 r. wyborach parlamentarnych. Kreml bardzo realistycznie ocenia sytuację: powrót Nawalnego oznaczałby kłopoty Jednej Rosji, a byłyby jeszcze większe, gdyby zjawił się w kraju niedługo przed wyborami, mieszając szyki na ostatniej prostej. Abbas Gallyamov z „The Moscow Times” skomentował wprost: „Napięcia polityczne będą już tak duże, że powrót lidera opozycji mógłby zadziałać jak detonator. Jak wtedy, gdy Lenin wrócił do Rosji w kwietniu 1917 r.”.

W czarnym scenariuszu dla Kremla Nawalny zadziałby jak iskra wielkich zmian. W optymistycznym: byłby przeszkodą w zdobyciu silnej legitymizacji władzy. Powodów jest kilka. Po pierwsze, trudności w walce z covid-19 nie reperują wizerunku Kremla. Zaufanie do Putina nie przekracza poziomu 50 proc. – połowa Rosjan może nie zagłosować na „jego ludzi”. Według badań Centrum Lewady akceptacja dla polityki władz spadła w ostatnim kwartale (wrzesień–listopad 2020 r.) z 69 do 65 proc. w stosunku do Putina, a w przypadku premiera Miszustina po dłuższych spadkach odnotowano wzrost o 1 pkt proc. (58 proc.).

Po drugie, przedłużająca się recesja pogarsza i tak trudną sytuację w kraju. Czuć frustrację i rozczarowanie władzą, która nie radzi sobie z pandemią i nie dotrzymuje obietnicy: przeciętny Rosjanin miał godnie żyć. To podatny grunt pod argumentację Nawalnego oskarżającego partię rządzącą i prezydenta o korupcję i defraudację państwowego majątku kosztem zwykłych ludzi. Warto przywołać badania rosyjskich socjologów pod kierownictwem Siergieja Biełanowskiego. W najnowszym raporcie wskazuje on na szereg powodów kruszenia się fundamentów władzy Putina i przewiduje „duże wstrząsy” w najbliższym czasie. Jako jedyny przewidział demonstracje na pl. Błotnym sprzed prawie dekady, kto wie, czy i tym razem nie ma racji.

Rosja przygląda się Białorusi

Po trzecie, wstrząsy polityczne to zagrożenie dla każdego reżimu. Dlatego władze Rosji z niepokojem patrzą na białoruskie protesty, które pomagają wygasić. Kreml poświęcił Łukaszenkę, jeśli zmiany konstytucyjne, czyli ograniczenie władzy prezydenta, nie przyniosą oczekiwanych efektów społecznych. Istnieje przecież ryzyko, że demonstrujący już prawie pół roku Białorusini zarażą iskrą sprzeciwu swoich braci Rosjan. Na Syberii trwają zresztą protesty mieszkańców Chabarowska po usunięciu ze stanowiska popularnego gubernatora Siergieja Furgała z Liberalno-Demokratycznej Partii Rosji (ugrupowania Żyrinowskiego).

I po czwarte, sprawa Furgała i protesty dolewają oliwy do ognia w kampanii wyborczej. Putin ma problemy z opozycją, a okazuje się, że władzy nie ufają także dotychczasowi towarzysze z Dumy: partia komunistyczna. To oni zagłosowali przeciw poprawkom konstytucyjnym w „referendum” z lipca 2020 r. Zgłosili własne poprawki i chcieli osobnego referendum. Z ich inicjatywy trwa szkolenie prawie miliona obserwatorów wrześniowych wyborów, by nie dopuścić do fałszerstw. Innymi słowy: robią to co współpracownicy Nawalnego, czyli opozycja pozasystemowa. Co prawda nie wiadomo, ilu sprzymierzeńców Nawalnego stanie do wyborów – Kreml na pewno wykorzysta stare i sprawdzone metody, żeby im to uniemożliwić. Niemniej należy zakładać, że wrzesień 2021 r. będzie ważnym sprawdzianem dla „smart voting”, strategii od lat propagowanej przez Nawalnego, sprowadzającej się do zasady: „jeśli nie możesz zagłosować na prawdziwą opozycję, głosuj na kogokolwiek, byle nie na partię rządzącą”.

Wygra zapewne partia kremlowska, lecz stawką w grze jest poziom legitymizacji jej władzy. Putinowi zależy na dobrym wyniku, potwierdzeniu społecznego mandatu. A poważnym czynnikiem ryzyka stał się ten, który zdołał osobiście skompromitować jego i państwo rosyjskie.

Putin ma nieco bardziej związane ręce niż wcześniej, kiedy otrucie Nawalnego pozostawało kwestią domysłów, a nie dowodów. Dziś Kreml musi działać subtelniej, bo od sierpnia (kiedy doszło do otrucia), a zwłaszcza od grudnia świat uważnie przygląda się rozgrywce Putina z Nawalnym. Mimo to prezydent ma w talii jeszcze kilka kart. Zaczął od dyskredytowania opozycjonisty jako marionetki w rękach obcych służb. Rosyjska gazeta internetowa „Vzgliad” opublikowała listę „10 największych porażek opozycji w 2020 r.” – tak, wszystkie dotyczą Nawalnego. Tak, numerem jeden jest „fejkowa rozmowa z zamachowcem”.

To proste metody na użytek wewnętrzny. Wszczynając proces przeciw Nawalnemu, Kreml przeszedł do kontrofensywy.

Nawalny, nie jesteś od nas lepszy

Oskarżając Nawalnego o defraudację funduszy, Kreml sugeruje: „nie jesteś od nas lepszy”. Leonid Wołkow, szef sztabu rosyjskiego opozycjonisty, tłumaczył, jak fundacja działa: to ponad 200 współpracowników w 38 regionach, opłacanych z datków darczyńców. 30 tys. osób wnosi comiesięczne darowizny, natomiast 200 tys. Rosjan dokonało wpłaty jednorazowej. Jak dodał Wołkow, „średnia darowizna od lat wynosi 500 rubli [ok. 25 zł]”. Z tytułu samych podatków Fundacja Przeciw Korupcji wydaje rocznie 50 mln rubli. Co roku przedstawia też raport finansowy, przedkładając go swoim patronom i resortowi sprawiedliwości. Nie ma mowy o niedociągnięciach, a tym bardziej o defraudacji.

Gdyby było inaczej, władze natychmiast by to wykorzystały. Sprawę w tej sprawie wszczęły w 2014 r., a przez sześć lat nie były w stanie niczego udowodnić ani znaleźć choć jednego poszkodowanego. Nie zamknięto jej, śledztwo więc formalnie trwa. I tak się dobrze złożyło, że można je wykorzystać do oczernienia opozycjonisty, zmuszając go przy okazji do milczenia.

Putin jeszcze przykręcił śrubę – w ostatnią środę podpisał ustawę o wciągnięciu na listę „agentów zagranicznych” także osób fizycznych. To kwestia czasu, kiedy Nawalny na nią trafi. W myśl nowych regulacji indywidualne osoby i instytucje uznane za agentów obcych służb będą musiały składać co kwartał raporty ze swojej działalności i przechodzić audyty finansowe. Prawo wchodzi w życie dziesięć dni od złożenia podpisu przez głowę państwa. Czyli natychmiast.

Czytaj też: Przyszło nam tu żyć. Ciemne strony Rosji

Putin–Nawalny, decydujące starcie

Wciąż w grę wchodzą też środki siłowe, zwłaszcza że Zachód nie odniósł się oficjalnie do dowodów, że za otruciem stoi właśnie Kreml. Milczenie nie tylko zachęca do podobnych działań, ale też na nie przyzwala. Nawalnego nie trzeba znów truć. Można całkiem zwyczajnie zginąć w wypadku komunikacyjnym, zostać potrąconym przez pijanego kierowcę, pchniętym nożem przez niezrównoważonego oponenta, dostać zawału. Lista opcji, z których Rosjanie nie raz korzystali, jest długa. Tylko nie powinno to się zdarzyć poza Rosją, bo rozpętałaby się afera jak po nieudanym zamachu na Skripala. Państwa Zachodu znów miałyby okazję wytoczyć najcięższe działa: sankcje.

Kreml zapewne wciąż będzie wywierał presję na Nawalnego – tym bardziej, im bliżej wyborów. Może nękać jego współpracowników. Ljubow Sobol, wieloletnia współpracowniczka i prawniczka fundacji, właśnie została skazana za „gwałtowne wykroczenia” – 21 grudnia uparcie dzwoniła do drzwi Konstantina Kudriawcewa, zamachowca z nagrania Nawalnego. Została brutalnie zatrzymana, przeszukano jej dom, skonfiskowano telefony i komputer. Dwa dni później postawiono jej oskarżenie i wypuszczono z aresztu. Grozi jej od dwóch do pięciu lat więzienia. Zdaniem Ljubow to rewanż za to, że Nawalny przeżył.

W 2021 r. zanosi się więc na ostrą rozgrywkę między Putinem a Nawalnym. Z niejednym zwrotem akcji i na pewno gorącą eskalacją na ostatniej prostej, czyli tuż przed wrześniowymi wyborami.

Czytaj też: Wielka inwigilacja w Rosji

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Historia

Ostatni niemiecki jeniec

W czasie drugiej wojny w obozach jenieckich w USA znalazły się setki tysięcy niemieckich żołnierzy. Wielu z nich podjęło próby ucieczki. Ostatni ze zbiegów, urodzony w Świdnicy Georg Gaertner, ujawnił się po 40 latach.

Andrzej Fedorowicz
12.01.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną