Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Świat

W Chinach powódź tysiąclecia. Władze próbowały ją tuszować

W 10-milionowym mieście Zhengzhou spadło w ciągu doby tyle deszczu, ile pada w rok. W 10-milionowym mieście Zhengzhou spadło w ciągu doby tyle deszczu, ile pada w rok. Aly Song / Reuters / Forum
Mimo ostrej cenzury w Chinach portale społecznościowe zapełniły się od zdjęć z zalanych miejsc, także z ciałami ofiar, odkłamując oficjalny przekaz.

Chińska prowincja Henan zmaga się z wielką powodzią, już publicystycznie okrzykniętą powodzią tysiąclecia, przynajmniej w lokalnej skali. Przyczyną są gwałtowne deszcze, które spadły 20 lipca, największe od co najmniej sześciu dekad, odkąd skrupulatnie prowadzone są obserwacje meteorologiczne. W stolicy prowincji, w 10-milionowym mieście Zhengzhou, spadło w ciągu doby tyle deszczu, ile pada w rok, a przez jedną popołudniową godzinę – 200 ml na m kw., czyli jedna trzecia rocznej normy.

Szybko spora część niezamożnej prowincji została zalana potokami brunatnej mazi, wypełniającej ulice, wdzierającej się do budynków w szeregu miast, m.in. na stacje i do tunelów metra w Zhengzhou, rozlała się na 215 tys. ha upraw. Zginęły co najmniej 33 osoby, ok. 10 jest zaginionych, wstępne straty oszacowano na równowartość blisko 200 mln dol. Z reguły bilans ofiar takich kataklizmów rośnie w miarę opadania wody, podobnie po dokładniejszej ocenie zniszczeń przyrastają straty.

Czytaj też: Tamomania. Jak Chińczycy nawadniają suchą północ kraju

Woda pod sufit w metrze

Mieszkańcy Henanu (prowincja ma ich prawie 100 mln) narzekają, że nikt ich nie ostrzegł, prognozy nie były alarmujące. Inaczej niż przy okazji niedawnej nawałnicy w Pekinie władze nie zaleciły pozostawania w domach, nie zawieszono zajęć w szkołach itd. Rangę symbolu henańskiej powodzi zyskały zdjęcia z zalanego pociągu kolei podziemnej w Zhengzhou – wody w wagonach było tyle, że pasażerowie nie mieli już czym oddychać, wyżsi trzymali dzieci pod sufitem, pomagali niższym utrzymywać nosy i usta ponad powierzchnią.

„Dziennik Ludowy”, ogólnokrajowy drukowany organ partii, nie napisał na pierwszej stronie o powodziach. Z początku propaganda próbowała – tak jak w przypadku epidemii w Wuhanie – bagatelizować rozmiary zjawiska i niesione przez nie ryzyko. I zgodnie z tradycją państw autorytarnych w pierwszej kolejności chwaliła wysiłek ratowników, pomijając przyczyny tragedii. Skądinąd Chiny są bardzo dobre w robieniu wrażenia, że sprawnie prowadzą akcje ratunkowe, zresztą bardzo szybko potrafią zmobilizować dużą liczbę ratowników, personelu wojskowego i wszelkich funkcjonariuszy. Tak samo szybko budowano w zeszłym roku szpitale tymczasowe dla zakażonych koronawirusem.

Chińskie powodzie, zaniedbania władz

Państwu – a co za tym idzie, rządzącej w ChRL partii komunistycznej – nie udało się być wszędzie, choć przewodniczący Xi Jinping dał znać, że sytuacja jest bardzo poważna, i zalecił miejscowym władzom ratowanie życia oraz ograniczanie strat materialnych. W niesieniu pomocy poszkodowanym, np. pasażerom naziemnych pociągów, którzy na wiele godzin utknęli w stojących składach, władze wyręczyli zwykli obywatele, którzy przez media społecznościowe wymieniali się informacjami o tym, kto i gdzie potrzebuje m.in. butelkowanej wody czy jedzenia. Mimo ostrej cenzury portale społecznościowe zapełniły się od zdjęć z zalanych miejsc, także z ciałami ofiar, odkłamując oficjalny przekaz. Nie dziwi więc, że z miejsca na atrakcyjności zyskała hipoteza, że władze przyczyniły się do powodzi, spuszczając w krótkim czasie zbyt wiele wody ze zbiorników zaporowych.

Chiny od zawsze zmagały się z powodziami, próbowano już im zaradzić w starożytności. Sposobem partii komunistycznej miały być tamy i wały, obliczone na wzięcie w karby niesfornych rzek. Teraz zmieniający się klimat weryfikuje ich wytrzymałość. W zeszłym roku doszło do powodzi wzdłuż Jangcy, zginęły setki osób, miliony musiały uciekać. Zbiornik zakorkowany gigantyczną Tamą Trzech Przełomów wypełnił się do najwyższego poziomu od otwarcia zapory w 2003 r. i pojawiły się wątpliwości, czy wytrzyma.

Czytaj też: Operacja Pusty Talerz w Chinach

Katastrofy topią polityków

Katastrofy naturalne niosą zagrożenie dla każdej władzy. W demokracjach potrafią zniszczyć reputację polityków jednym zdjęciem, wystarczą jakieś uśmiechy na wałach w środku powodzi. Topią kariery kilkoma słowami (słynne „trzeba być przezornym i trzeba się ubezpieczać” polskiego premiera), tak samo niszcząca jest zwłoka w reakcji, a już zabójcza: nieobecność. Podczas zeszłorocznych pożarów buszu w Australii szef rządu był na wakacjach, których początkowo nie chciał skrócić, a gdy to zrobił, wracał jako polityczny trup.

Także w Henanie władze dały okazję, by mieszkańcy poczuli się opuszczeni i porzuceni. Na przykład lokalne stacje telewizyjne nie przerwały programu, by pomóc koordynować akcję ratunkową. Każde zdarzenie tego typu to kolejna porcja wątpliwości, czy kontrakt między partią komunistyczną a obywatelami („dajcie nam monopol na władzę, a my o was zadbamy”) powinien dalej obowiązywać w obecnym kształcie.

Czytaj też: Chiny–Tajwan. O krok od inwazji?

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Społeczeństwo

Za jakie grzechy? O co proboszcz procesuje się z parafianami

Ki diabeł?! – pomyślała pani sołtyska, gdy dostała wezwanie na komisariat. Wnet się jednak okazało, że żaden diabeł, tylko ksiądz postanowił ścigać parafian na drodze prawnej.

Zbigniew Borek
04.07.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną