Świat

Pandora Papers: pod lupą bogacze, politycy, celebryci. Co to zmieni?

Ujawnienie wyników śledztwa Pandora Papers, nad którym pracowało ponad 600 dziennikarzy ze 117 krajów, wywołało trzęsienie ziemi w niejednym gabinecie czy posiadłości możnych tego świata. Ujawnienie wyników śledztwa Pandora Papers, nad którym pracowało ponad 600 dziennikarzy ze 117 krajów, wywołało trzęsienie ziemi w niejednym gabinecie czy posiadłości możnych tego świata. Alexander Schimmeck / Unsplash
W największym śledztwie w historii dziennikarstwa pojawiają się nazwiska byłych i obecnych przywódców politycznych, wpływowych biznesmenów, monarchów i celebrytów. Pozostaje pytanie, czy te publikacje cokolwiek zmienią.
Zasięg Pandora Papers jest prawdziwie globalny – od Australii po Chile, od Norwegii po Kenię.Zeljko Lukunic / PIXSELL/Forum Zasięg Pandora Papers jest prawdziwie globalny – od Australii po Chile, od Norwegii po Kenię.

Od niedzieli piszą na ten temat największe serwisy informacyjne. Ujawnienie wyników śledztwa Pandora Papers, nad którym pracowało ponad 600 dziennikarzy ze 117 krajów, wywołało trzęsienie ziemi w niejednym gabinecie czy posiadłości możnych tego świata. Same liczby robią wrażenie. Pod auspicjami Międzynarodowego Konsorcjum Dziennikarstwa Śledczego (ICIJ), przy udziale tak uznanych redakcji jak brytyjskie BBC Panorama, setki reporterów (w tym z „Gazety Wyborczej”) przeanalizowało prawie 12 mln dokumentów, nagrań audio i wideo, plików księgowych i innych materiałów dotyczących działalności 14 firm prawniczych i doradczych, operujących przede wszystkim w rajach podatkowych i krajach o standardach odległych od demokratycznych (Kajmany, Brytyjskie Wyspy Dziewicze, Zjednoczone Emiraty Arabskie).

Pandora Papers. 100 miliarderów, 35 polityków

Jeszcze ciekawiej wyglądają personalne aspekty śledztwa. Padają nazwiska ponad 100 miliarderów, 35 byłych i obecnych przywódców politycznych, blisko pół setki urzędników państwowych i kilkunastu światowej sławy celebrytów. Protagoniści Pandora Papers pochodzą z ponad setki krajów, a zasięg projektu jest prawdziwie globalny – od Australii po Chile, od Norwegii po Kenię. Pod tymi względami to największa tego typu operacja dziennikarska w historii, przewyższająca skalą chociażby opublikowane w 2016 r. Panama Papers, oparte na tym samym schemacie, ale uderzające w mniejszą liczbę znanych osób.

ICIJ wzięło pod lupę międzynarodowe mechanizmy optymalizacji podatkowej i ukrywania kapitału w miejscach pozbawionych nadzoru fiskalnego. Wiedza o rajach podatkowych jest oczywiście powszechna, podobnie jak świadomość istnienia korporacji, które oferują bogatym mniejsze obciążenia podatkowe lub całkowite ich uniknięcie.

Oczywiście szokują – bo szokują zawsze – konkretne nazwiska, które tu się pojawiają. Ale Pandora Papers może odnieść skutek odwrotny do zamierzonego. Coraz większa częstotliwość tego typu śledztw, połączona z faktem, że w sumie niewiele zmieniają (gdyby zmieniały, nie byłoby śledztw), może sprawić, że opinii publicznej temat spowszednieje. Innymi słowy, polityka i biznes staną się – o ile już nie są – synonimami optymalizacji finansowej i oszustw. Do tego stopnia, że dziennikarska praca okaże się po prostu giełdą nazwisk.

Czytaj też: Przez Maltę do Europy. Groźny proceder z paszportami

Król Jordanii, Blair i Babiš

Według informacji zdobytych w Pandora Papers król Jordanii Abdullah II, cieszący się dobrą prasą bliskowschodnich przywódców, dzięki pomocy firm doradczych stworzył miniimperium nieruchomościowe, kupując za ponad 100 mln dol. posiadłości m.in. w amerykańskim Malibu, Londynie i Waszyngtonie. Transakcje realizowane były z kont ulokowanych w rajach podatkowych, monarcha uniknął więc danin. ICIJ skontaktowało się z dworem króla, prosząc o komentarz do wyników śledztwa i, co ciekawe, otrzymało w pewien sposób potwierdzenie ich prawdziwości. Abdullah II nie odniósł się do konkretnych zarzutów, ale jego służba prasowa odpisała dziennikarzom, że „monarcha nie widzi nic złego w lokowaniu swoich pieniędzy na zagranicznych kontach” w egzotycznych jurysdykcjach podatkowych.

Danin od nieruchomości uniknął też były premier Wielkiej Brytanii Tony Blair, który wraz z żoną kupił w Londynie budynek częściowo należący do jednego z członków rządu Bahrajnu. Poznał go najpewniej w czasie pełnienia funkcji publicznych. Transakcję na kwotę 6,5 mln funtów przeprowadził z udziałem pośrednika – spółki zarejestrowanej na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych. Dzięki lukom i optymalizacji kapitałowej zaoszczędził 132 tys. funtów w podatkach, które musiałby zapłacić, gdyby zakup odbył się w całości według brytyjskiego reżimu fiskalnego.

Blair, należy to podkreślić, nie złamał żadnego prawa – bulwersować może tylko bliska współpraca z przedstawicielem autokratycznego rządu oraz to, że niegdysiejszy lider lewicy, odgrywający chętnie rolę autorytetu moralnego w wielu społecznych i ekonomicznych kwestiach, tak bardzo brzydzi się ideą podatków.

Podobnego wehikułu użył premier Czech Andrej Babiš, kupując wartą 22 mln dol. posiadłość na południu Francji. Transakcję przeprowadził za pomocą firmy formalnie zarejestrowanej w raju podatkowym, więc ani czeski, ani francuski fiskus wiele pożytku z niej nie miał. Wątek czeskiego przywódcy jest o tyle ciekawy, że u naszych południowych sąsiadów już w najbliższy weekend odbędą się wybory parlamentarne. Czechom, wychodzącym na prostą po pandemii, niechęć Babiša do dokładania się do wspólnej kasy może się nie spodobać.

Putin, Piñera, Shakira... InPost

Nie pada wprawdzie w Pandora Papers nazwisko Władimira Putina, ale jest cichym celem śledztwa. Od lat spekuluje się, że posiada gigantyczną osobistą fortunę, kumulowaną przez lata i poukrywaną w kilku rajach podatkowych – sieć jest jednak tak gęsta i mocno związana z politykiem, że dotychczas nikomu nie udało się nawet jej naciągnąć, nie mówiąc o przerwaniu. W Pandora Papers przewija się kilka wątków, które zdają się prowadzić na Kreml, pada też nazwisko Petra Kołbina, przyjaciela Putina z czasów szkolnych, obecnie jego księgowego.

Fortunę na zagranicznych kontach miał zgromadzić też prawicowy prezydent Chile Sebastian Piñera, choć w jego przypadku trudno się dziwić. Piñera, wierny uczeń Miltona Friedmana i spadkobierca polityczno-gospodarczej doktryny Augusto Pinocheta, w podatki za bardzo nie wierzy, więc w spekulacjach, jakoby sporo z jego 3 mld dol. majątku pochodziło właśnie z półlegalnych operacji, jest zapewne sporo prawdy.

Pandora Papers opisują też transakcje z udziałem prezydenta Kenii Uhuru Kenyatty, Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego, azerskiego autokraty Ilhana Alijewa, kolumbijskiej piosenkarki Shakiry, niemieckiej modelki Claudii Schiffer i wielu innych znanych ludzi. Pojawia się wreszcie wątek polski. Rafał Brzoska, założyciel InPostu i jeden z największych czempionów rodzimego biznesu, zarejestrował własne podmioty komercyjne na Cyprze, czyli w europejskim raju podatkowym. Następnie pożyczał im pieniądze ze spółki matki, InPostu, potem kapitał wracał do domu. Obracanie nim w ten sposób pozwoliło uniknąć biznesmenowi znacznych podatków, które w przeciwnym razie musiałby przelać na konto polskiego fiskusa.

Czytaj też: Jak Nawalny ośmieszył Putina

Pandora Papers. Czy to coś zmieni?

Po przeczytaniu wszystkich doniesień z Pandora Papers jak zawsze w takich przypadkach nasuwa się pytanie, czy nawet tak ambitny projekt cokolwiek będzie w stanie zmienić. I niemal równie szybko pojawiają się głosy dające odpowiedź negatywną. Opisane w śledztwie transakcje nie noszą znamion przestępstw, są całkowicie legalne – nie grozi za nie żadna kara, może poza publicznym napiętnowaniem. Bogatych takie napiętnowanie jednak niewiele najczęściej obchodzi, bo stać ich na to, by je ignorować.

Problemem nie są oni sami, a światowy system gospodarczy i podatkowy, który na takie operacje pozwala. Zamiast więc skupiać się na miliardowych majątkach autokratów, warto zapytać, co na temat niemal nieistniejącego reżimu podatkowego na Cyprze ma do powiedzenia Unia Europejska – i dlaczego go w ogóle toleruje.

Bohaterowie Pandora Papers nie złamali prawa, a prawo piszą przecież rządzący. Bez naprawy ustawodawstwa trudno o jakąkolwiek zmianę na polu fiskalnym. Jeżeli status quo się utrzyma, dziennikarskie śledztwa stracą sens – bez względu na ich skalę, zasięg i recepcję.

Czytaj też: Polskie pieniądze na Cyprze

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kraj

Tata Maty

W przewrotnym sensie jest beneficjentem rządów PiS, gdyż będąc ich konsekwentnym krytykiem, stał się znaczącą osobistością życia publicznego. Niektórzy określają go mianem „opozycyjnego celebryty”, na co Marcin Matczak nieco się zżyma. Ale w sumie nieźle oddaje ono jego status.

Rafał Kalukin
18.10.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną