Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Mury nie uchronią przed Putinem i Łukaszenką. Ani przed wojną

Płot na granicy węgierskiej Płot na granicy węgierskiej Bernadett Szabo / Reuters / Forum
Mury nigdy nie były żadnym rozwiązaniem, są obchodzone. To narzędzie polityczne – uważa Agnès Callamard, sekretarzyni generalna Amnesty International, globalnej organizacji chroniącej prawa człowieka.
Agnès Callamard, sekretarzyni generalna Amnesty International, globalnej organizacji chroniącej prawa człowiekaClaudio Bresciani / TT newsagency/Forum Agnès Callamard, sekretarzyni generalna Amnesty International, globalnej organizacji chroniącej prawa człowieka

JĘDRZEJ WINIECKI: Uczciwi obywatele patrzący na sytuację na granicy z Białorusią odczuwają przede wszystkim bezsilność. Co powinni robić?
AGNÈS CALLAMARD: Ratować umierających z głodu, chorób i zimna. Doraźnie należy zapobiegać najgorszemu, udzielać pomocy humanitarnej. Trzeba skupić się na dostarczaniu odzieży i żywności, co mogą też robić mieszkańcy terenów objętych stanem wyjątkowym. Obojętnie, co się robi, ważne, by nie działać na własną rękę, lepiej dołączyć do już funkcjonującej grupy albo założyć własną. W pojedynkę łatwo się wypalić i szybko przygnębić.

Trzeba uzbroić się w cierpliwość, bo to nie jest bieg na 50 m, ale długi maraton. Celem jest zmiana polityki, co zajmuje mnóstwo czasu. Nawet w takich miejscach jak Polska, gdzie państwo prawa słabnie, wciąż są możliwości pociągania decydentów i funkcjonariuszy do odpowiedzialności. O tej osobistej można przypominać poszczególnym strażnikom granicznym. Zbierać dowody. I jeśli teraz ich nie wykorzystamy, to przydadzą się pewnie za rok, dwa albo 20. Sprawiedliwość często nie jest rychliwa, przecież nadal toczą się procesy za II wojnę światową.

Zbieranie dowodów służy także temu, by przekaz trafiający do opinii publicznej nie był zdominowany przez rządową narrację. Dla przeciwwagi warto zamieszczać relacje migrantów o tym, kim są i skąd przychodzą. Można utrudnić rządowi instrumentalizację kwestii migracyjnej i używanie jej do osiągania politycznych zysków. W kraju z tak silną tradycją chrześcijańską efekty może przynieść docieranie do kościoła, zwracanie się do jego liderów, by wstawili się za migrantami i uchodźcami.

A co z obywatelskim nieposłuszeństwem? Wdzierać się na teren objęty stanem wyjątkowym?
Amnesty International dopiero co przyjęła politykę obywatelskiego nieposłuszeństwa, nasi członkowie mogą brać udział w tego typu akcjach, byleby się chronili. Bo nie każdy może się tak zaangażować, trzeba samodzielnie ocenić ryzyko i konsekwencje dla swojej rodziny. Żyjemy w takich czasach, że musimy być i na to gotowi. I znów: nie warto robić tego samodzielnie. Grupa da lepszą ochronę i przeszkoli, jak się zachowywać.

Ewa Siedlecka: Państwo zorganizowanego okrucieństwa

Mury nie są rozwiązaniem

Teoretycznie sposobem jest presja na polityków. Z jakimi argumentami się do nich zwracać?
Dekada polityki zamykania granic nie wpłynęła na źródła migracji. Udało się jedynie zepchnąć ludzi na coraz bardziej niebezpieczne szlaki – zawsze znajdują nowe drogi po odcięciu wcześniej używanych odcinków granic. Nie ma żadnego empirycznego dowodu, podkreślam: żadnego, który by potwierdzał, że taka polityka kogokolwiek powstrzymuje. Jedynie dezorganizuje trasy migracyjne.

Nacisk na polityków można prowadzić protestem, obywatelskim nieposłuszeństwem, działalnością w organizacji pozarządowej czy kościele, przez pokazywanie, że się nie godzimy na taki sposób traktowania, za to proponujemy inne metody. Takie zabiegi są cenne, bo pomagają chronić społeczeństwo. Sytuacje podobne do tej z granicy białorusko-polskiej zatruwają nas wszystkich. Dehumanizują uchodźców i sprawiają, że stajemy się mniej ludzcy, skoro nie przejmujemy się, że pod naszym nosem umierają ludzie.

Jeśli nie mury, to co?
Nigdy nie były rozwiązaniem, są obchodzone, ludzie się na nie wspinają, jak w Maroku na granicy z Hiszpanią czy w Meksyku. Są głupie. To narzędzie polityczne i trzeba o tym na okrągło przypominać, trzeba się im przeciwstawiać. Sytuacja na białorusko-polskim pograniczu to katastrofa zawiniona całkowicie przez człowieka: przez Białoruś i przez Polskę. Mówiąc szczerze, liczby nie są wysokie, dlatego nie mogę zrozumieć, dlaczego Polska nie zdecydowała się na sprawdzanie statusu osób przechodzących przez granicę.

Może dlatego, że rządząca partia doskonale odnajduje się w tej sytuacji i chce, by stan wyjątkowy trwał jak najdłużej? Wysyła tą drogą sygnał Putinowi, że granica jest chroniona.
Tak, i jednocześnie gra w jego grę. Putin z Łukaszenką chcą zdehumanizować nasze społeczeństwa i nas podzielić. Nie dbają o migrantów. Za sprawą tego kryzysu nasze społeczeństwa stają się coraz bardziej otwarte na ideologię Putina, która polega na rozroście sił bezpieczeństwa.

Czytaj też: „Ciemne dni dla Europy”. Świat o kryzysie na polskiej granicy

Dajemy wygrać Putinowi i Łukaszence

Dlaczego Putinowi i Łukaszence idzie tak gładko?
Bo jesteśmy bardzo słabi i bardzo głupi. Wielu z nas przepełnia nienawiść. To nie jest takie trudne: wykorzystać nasz brak poczucia bezpieczeństwa. Polityką murów nie chronimy się przed Putinem i Łukaszenką, robimy coś kompletnie przeciwnego, pozwalamy im wygrywać.

Nawet polska opozycja twierdzi, że część projektowanego muru na granicy ma uzasadnienie, skoro sytuacja wiąże się z hybrydowym atakiem Łukaszenki.
I nie zdaje sobie sprawy, że w ten sposób idzie pod rękę z Łukaszenką i Putinem. W Polsce większość społeczeństwa podziela nienawistną narrację wymierzoną w migrantów.

Przy okazji wielkiej fali migracyjnej sprzed kilku lat dowiedzieliśmy się, że sformułowanie „nielegalny imigrant” jest stygmatyzujące, bo żaden człowiek nie może być nielegalny. Czy teraz przez granicę przechodzą migranci, czy uchodźcy, jak powinniśmy ich opisywać i co o nich myśleć?
W pierwszej kolejności należy dostrzec w nich bezbronnych ludzi starających się o azyl. Nie wiemy, co ich motywuje, bo się z nimi nie rozmawia, nie rozpatruje ich wniosków. Bez wysłuchania ich nie możemy rozstrzygnąć, czy są tu nielegalnie.

Czytaj też: Jak będzie działać „ustawa wywózkowa”?

To nie tylko polski problem

Z tym wyzwaniem zmaga się nie tylko Polska.
Tak, podobne trudności występują między Francją i Wielką Brytanią w Calais, na Lesbos w Grecji, na Sycylii we Włoszech, na granicy między Meksykiem i USA, między Mjanmą, Tajlandią i Bangladeszem. To nie jest wyłącznie kwestia polska, choć tak próbuje być przedstawiana przez polski rząd.

Co się dzieje?
W naszych czasach wszystko musimy rozumieć globalnie. Spójrzmy na trzy–cztery historyczne trendy i ich wpływ na aktualny kontekst. Trend pierwszy to zmiana klimatu, migracje są jedną z ich konsekwencji. Po drugie, system gospodarczy po kryzysie finansowym z 2008 r. przeszedł poważną transformację, nierówności między krajami i wewnątrz nich rosną, są też wzmacniane przez covid. Po trzecie, zwiększa się demograficzny rozziew na bogatą i bardzo starą północ oraz biedne, bardzo młode południe. To wielka luka, skoro średni wiek mieszkańców Nigru wynosi 15 lat, a w Polsce pewnie nieco ponad 40. No i po czwarte, trwa rewolucja przemysłowa w informatyce, biotechnologii, robotyce i sztucznej inteligencji. Nowe technologie się upowszechniają, dają wielkie szanse i niosą równie potężne wyzwania, choćby transformację całych społeczeństw, każą też na nowo przemyśleć naturę bycia człowiekiem.

Z kolei najbardziej współczesnym wyzwaniem jest rekonfiguracja systemu międzynarodowego, objawiająca się konfliktem między USA, Chinami i Rosją, przebudową wielobiegunowego systemu Narodów Zjednoczonych. Ten proces przybiera formę wojen zastępczych, wyścigu zbrojeń, sporów ideologicznych i normatywnych, którym towarzyszy podważanie dotychczasowych zasad, w tym praw człowieka. Skutki odczuwa Polska i każda inna część świata.

To dlatego rządy, w tym polski, solidarnie postępują coraz mniej fair? Wypychanie migrantów za granicę spotyka się z sympatią władz państw Unii, mimo że to praktyka niebezpieczna i nielegalna.
Działanie według zasad może wyglądać na nieopłacalne. Pięć lat temu Włochy były gotowe przyjąć migrantów, by później rozesłać ich po Europie, ale zabrakło chętnych, by im pomóc. Polska nie jest więc jedyna, ale dziś nie reaguje w najbardziej odpowiedzialny sposób, przynajmniej nie tak, jak by mogła. Większość państw na świecie łamie zobowiązania, zabija ludzi pushbackami i innymi metodami.

Bardzo nieliczne kraje są gotowe postępować właściwie. Wszystkich innych kusi powstrzymywanie się od dotrzymywania międzynarodowych zobowiązań. Musimy mieć długofalową perspektywę, podchodzić strategicznie i taktycznie, musimy być realistami. Doraźnie możemy i musimy bronić się przed najgorszym, a więc ratować ludzi od śmierci, nagłaśniać sprawę i przynajmniej zapobiegać dalszej degradacji społecznego postrzegania migracji. Przy czym musimy wiedzieć, co możemy realnie osiągnąć w ciągu 5–10 lat i brać pod uwagę wachlarz narzędzi i opcji, które pozwolą te cele zrealizować. Obojętnie, czy chodzi o publiczne protesty, akcje humanitarne, przykłady solidarności, przekonywanie polityków. Wszystkie te metody są dobre i Amnesty to jedno z takich narzędzi.

Nie ma wątpliwości, że międzynarodowy system polityczny i normatywny, który przez ostatnie blisko 80 lat przyniósł zwłaszcza Europie tak wielkie korzyści, w tym relatywną stabilność, wzrost gospodarczy i pokój, z wyjątkiem może państw byłej Jugosławii, równomiernie słabnie. Ale za to osłabienie nie jest odpowiedzialna jedynie Polska. Tak samo ktokolwiek inny nie odpowiada za to swoimi samodzielnymi działaniami. I odwrotnie – nikt nie zacznie stosować się do reguł, skoro inni nie mają na to ochoty.

Czytaj też: Dlaczego taki mur nie powinien w ogóle powstać

Jak uniknąć III wojny światowej

Czeka nas zapaść? Czy globalny system da się jeszcze zreperować?
Mam nadzieję, że da się go naprawić bez rozpętania III wojny światowej, że nie staniemy się pokoleniem lat 30. XX w. i bez wojny przeskoczymy do 1948 r. (gdy przyjęto Powszechną Deklarację Praw Człowieka – przyp. red.). Szanse, że tak się stanie, oceniam mniej więcej pół na pół. Wszystko sprowadza się do politycznego przywództwa, bo pewnie nikomu na wojnie nie zależy. Z drugiej strony ludzie nie wierzą, że w ogóle może do niej dojść. Zapomnieliśmy już, czym jest wojna, mamy za sobą tyle lat pokoju. Ryzyka wybuchu pandemii jakoś też nie brano poważnie pod uwagę.

Brakuje nam wyobraźni, by uznać, że jednak może dojść do najgorszego, do spełnienia się najczarniejszego scenariusza. Do miejsc, gdzie się dziś realizuje – w Iraku, Syrii, Mjanmie, Afganistanie – mamy bardzo daleko, czujemy się więc bezpiecznie. Nasze jedyne obawy budzą ci straszni migranci, którzy przynoszą rzeczywistość tamtych konfliktów, przypominając nam o naszej bezbronności. W tych warunkach jedyna odpowiedź, jaka przychodzi do głowy, to budowanie murów. Ale mury nie ochronią nas przed wojną. Ich stawianie to postępowanie wbrew tym regułom, które dały nam wzrost, pokój, w dużym stopniu ekonomiczną równość. Tymczasem budując bariery, zachowujemy się tak, jakbyśmy osiągnęli jakąś nirwanę. Dochodzimy do wniosku, że jest tak dobrze, że tych zasad już nie potrzebujemy.

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Rynek

Tadeusz Gołębiewski i hotelowa gigantomania

Właściciel największej polskiej sieci hoteli Tadeusz Gołębiewski do tej pory był witany przez władze lokalne z entuzjazmem i nadzieją. Teraz ściąga też kłopoty i podejrzenia. Jego gigantomania ma powody, ale i cenę.

Joanna Solska
23.07.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną