Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Świat

Doniecka i Ługańska Republika Ludowa? Czyli jak Putin trolluje

Obchody 7. rocznicy Dnia Republiki w Doniecku, 11 maja 2021 r. Obchody 7. rocznicy Dnia Republiki w Doniecku, 11 maja 2021 r. Alexander Rekun / Russian Look / Forum
Rosyjscy komuniści chcą uznania niepodległości Doniecka i Ługańska. To jeszcze bardziej skomplikowałoby polityczne rozwiązanie konfliktu wokół Ukrainy.

19 stycznia 11 posłów Komunistycznej Partii Rosji, sankcjonowanej pseudoopozycji wobec putinowskiej Jednej Rosji, zaproponowało rezolucję wzywającą prezydenta do uznania niepodległości Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej. Dzień później projekt trafił do prac w komisji ds. Wspólnoty Niepodległych Państw, integracji euroazjatyckiej i relacji z współobywatelami. Przewodniczący Dumy Wiaczesław Wołodin, blisko związany z Putinem, powiedział, że warto rozmawiać, choć rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow wstrzymał się z oceną do czasu głosowania w parlamencie.

Komuniści wysuwają argumenty zgodne z retoryką Kremla: uznanie będzie chroniło mieszkańców, którzy chcą mówić i pisać po rosyjsku, których prawa i wolności są naruszane przez gloryfikujące nazistów władze ukraińskie i którzy w referendach w 2014 r. opowiedzieli się za niepodległością.

Argumenty mogą być absurdalne, zwłaszcza ten o rzekomo uczciwych referendach, ale nie mają tak naprawdę większego znaczenia. Rezolucja to kalka z 2008 r., gdy Rosja uznała niepodległość Abchazji i Osetii Południowej, próbujących oderwać się od Gruzji. Dosłownie, bo projekt kopiuje niektóre zdania, ale również pod względem logiki politycznej. Podobnie jak prawie 14 lat temu ewentualne uznanie prorosyjskich (a raczej po prostu wykonujących wolę Rosji) separatystów – formalnie nawet przez Kreml uznawanych za część Ukrainy – bardzo zmniejszyłoby szansę na rozwiązanie konfliktu.

Reszka: Jak Ukraińcy szykują się na wojnę

Secesja pod pewnymi warunkami

Uznanie niepodległości innego państwa ma wprawdzie skutki prawne, ale to decyzja całkowicie polityczna. Teoretycy przekonują czasem, że uznać można jedynie państwa spełniające kryteria z konwencji z Montevideo z 1933 r. – są na stałe zamieszkane, mają określone terytorium, rząd i zdolność zawierania umów międzynarodowych. Pomijając niejednoznaczność tych warunków, to i tak w praktyce nie zawsze są stosowane. Somalia przez lata nie miała funkcjonującego rządu, a jednak nigdy nie przestała formalnie istnieć; próbujący się od niej oderwać Somaliland ma sprawne instytucje, ale nikt go nie uznaje. Zresztą Donieck i Ługańsk akurat te warunki mniej więcej spełniają.

Większym prawnym wyzwaniem jest tzw. doktryna Stimsona z 1932 r., zgodnie z którą nie należy uznawać państw stworzonych z pogwałceniem prawa. Oddolna próba secesji sama w sobie nie jest nielegalna, ale inwazja rosyjskich zielonych ludzików już jak najbardziej. Doktryna Stimsona to amerykańskie wytyczne osadzone w doktrynie ex injuria jus non oritur – prawa nie należy wywodzić z bezprawia. Do pewnego stopnia potwierdził je w 2010 r. Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w opinii na temat deklaracji niepodległości Kosowa. Rada Bezpieczeństwa ONZ w 1983 r. zastosowała tę doktrynę do deklaracji niepodległości Tureckiej Republiki Cypru Północnego, jednostki utworzonej w wyniku inwazji na wyspę. Rada nie tylko uznała, że deklaracja była nielegalna, ale zakazała uznawania jej przez członków wspólnoty.

Problem w tym, że nawet jeśli MTS potwierdziłby w przyszłości nielegalność secesji Doniecka i Ługańska (Rada Bezpieczeństwa, gdzie Rosja ma prawo weta, nie zrobi tego na pewno), to miałoby to niewielki wpływ na całkowicie polityczną decyzję Rosji. Jeśli zdecyduje, że chce uznać te dwie republiki, to tak zrobi. Mimo rezolucji Rady Bezpieczeństwa Turcja nieprzerwanie, jako jedyna zresztą na świecie, uznaje Cypr Północny.

Donieck i Ługańsk. Decyduje Rosja

Trudno w tej chwili przewidzieć, czy Rosja zdecyduje się na ten krok. Z punktu widzenia państw, które nie uznawałyby Doniecka i Ługańska, prawnie nie zmieniłoby się absolutnie nic. Jedno- lub kilkustronne uznanie nowego państwa, nawet gdyby w ślad za Rosją podążyli niektórzy z jej sojuszników (pierwsza byłaby zapewne Białoruś oraz inne powszechnie nieuznawane miejsca w regionie: Abchazja, Osetia Południowa i Naddniestrze), nie dałoby separatystom przywilejów we wspólnocie międzynarodowej, bo te przynosi dopiero członkostwo w ONZ. Na to nie ma szans, bo musiałaby się na nie zgodzić cała Rada Bezpieczeństwa, a prawo weta mają Stany, Wielka Brytania i Francja.

Z punktu widzenia Rosji i separatystów uznanie sformalizowałoby obecną sytuację. Poza działaniami symbolicznymi, takimi jak ustanowienie ambasad, Donieck i Ługańsk mogłyby otwarcie „poprosić” Rosję o stacjonowanie wojsk na ich terytorium. W tej chwili Rosja udaje, że tego nie robi, bo nawet z perspektywy Kremla byłoby to złamanie prawa międzynarodowego.

Uznanie umożliwiłoby też otwartą współpracę biznesową, inwestycje, wstępowanie do skoncentrowanych wokół Rosji organizacji międzynarodowych. Byłoby to wprawdzie ograniczone prawdopodobnymi sankcjami dla firm angażujących się otwarcie w tych „niepodległych” republikach, ale współpraca na pewno by się zacieśniła. Dochodzi do tego zerwanie i tak słabo przestrzeganych porozumień mińskich. Historia pokazuje, że nie należy też zakładać, że za uznaniem stałaby dalekosiężna strategia – Kavus Abushov przekonywał w artykule w „Ethnopolitics” w zeszłym roku, że ogłoszenie Abchazji i Osetii Południowej było impulsywne, a w dłuższej perspektywie skomplikowało sytuację dla Rosji.

Czytaj też: Rosja na Białorusi przećwiczy wojnę

Zamrożone państwa de facto

Uznanie Doniecka i Ługańska przede wszystkim zmniejszyłoby szanse na zażegnanie konfliktu. Te dwa terytoria już teraz można traktować jak państwa nieuznawane, zwane też państwami de facto czy spornymi. To wyjątkowe w historii jednostki, których powstawanie jest wynikiem przyjętego po wojnie systemu uznawania państw i zasady nienaruszalności granic. Nowe kraje mogą zatem powstawać tylko wówczas, gdy państwo matka zgadza się na secesję. Przyjęto, że prawo samostanowienia obejmuje jedynie byłe kolonie i to w wyznaczonych przez kolonizatorów granicach; w kontekście Związku Radzieckiego i Jugosławii prawo do państwowości dano jednostkom najwyższego rzędu administracyjnego. Po rozpadzie tych dwóch państw federalnych, czyli od ćwierć wieku, tempo powstawania uznawanych przez ONZ krajów jest najwolniejsze. Joshua Keating nazywa to poczucie, że osiągnęliśmy końcowy etap tworzenia państw, „kartograficznym zastojem”.

Oczywiście, chętnych do niepodległości zawsze było więcej, a sporej grupie z nich udało się objąć kontrolę nad terytorium. Jeśli nie pasowali do kolonialnych granic, nie mieli na to szans. Bridget Coggins zbadała, że przez całą zimną wojnę światowe potęgi były zaskakująco zgodne co do nieuznawania państw de facto. Większość, jak Biafra w Nigerii, była wcielana do państwa matki po kilku latach. Te, które przetrwały, są zaskakująco długowieczne, ale funkcjonują zupełnie bez formalnego uznania międzynarodowego (Somaliland w Somalii) lub są uznawane tylko przez państwo patrona (Cypr Północny).

Joseph Huddleston z uniwersytetu Seton Hall argumentuje, że zamrożenie statusu de facto dla wspólnoty międzynarodowej może być najlepszym rozwiązaniem. Wprawdzie narusza integralność państwa matki, ale równocześnie daje względną stabilność wobec alternatyw: reintegracji czy całkowitego oddzielenia i powszechnego uznania nowego państwa, które mogłyby się wiązać z wznowieniem lub intensyfikacją konfliktu. Ich istnienie zostało znormalizowane, a nawet nawiązują z resztą świata jakąś współpracę.

Rosja lubi trollować

Państw de facto nowego typu zaczęło gwałtownie przybywać po rozpadzie ZSRR na jego dawnym terytorium. Wszystkie wspiera Rosja, choć nie wszystkie są od niej w takim samym stopniu zależne – szczególnie dotyczy to Naddniestrza, poniekąd zintegrowanego z Mołdawią.

Naddniestrze, Abchazja, w mniejszym stopniu Osetia mają własne ambicje, nie zawsze całkowicie zbieżne z rosyjskimi. Jednak Donieck i Ługańsk to całkowite marionetki, a nie oddolne ruchy secesjonistyczne. Rosja doskonale potrafi trollować międzynarodowy system norm, często niepisanych, i wie, że prawo nie rozróżnia marionetek i innych państw de facto. Może uznać te dwa terytoria i reszta świata niewiele zrobi, aby temu zapobiec. A Putin na pewno widzi, że im bardziej sformalizuje relacje z Donieckiem i Ługańskiem, tym bardziej ich przetrwanie stanie się prawdopodobne, nawet jeśli inni się z tą decyzją nie zgodzą.

Świerczyński: Rosyjska napaść wisi w powietrzu. Czy Ukraina ma się jak bronić?

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Świat

Gerhard Schröder, towarzysz Putina. Toksyczny związek na dobre i złe

Były kanclerz Gerhard Schröder, który wciąż nie wyrzekł się przyjaźni z gospodarzem Kremla, jest symbolem wszystkich niemieckich problemów z Rosją. Ale wcale nie najgorszym.

Marek Orzechowski
19.05.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną