Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Świat

23. dzień wojny. Ataki z morza i powietrza. Czy pilot widział napis „Dzieci”?

Atak na zakłady remontowe pod Lwowem, 18 marca 2022 r. Atak na zakłady remontowe pod Lwowem, 18 marca 2022 r. Roman Baluk / Reuters / Forum
Cztery pociski manewrujące odpalone z rosyjskich okrętów podwodnych spadły na lwowskie zakłady LDARZ, zajmujące się remontem i modernizacją samolotów bojowych. Wciąż też bombardowane i ostrzeliwane są miasta. Ale ukraińska obrona trwa jak zamurowana.

Dzisiaj nad ranem zaatakowano zakłady LDARZ we Lwowie, odpowiednik naszych Wojskowych Zakładów Lotniczych. Mamy w Polsce trzy: WZL-1 w Łodzi remontuje śmigłowce (z filią w Dęblinie serwisującą samoloty szkolne), WZL-2 w Bydgoszczy naprawia samoloty bojowe, a WZL-4 na warszawskim Bemowie – silniki lotnicze.

Spóźniony atak na bazy

W Ukrainie też jest kilka takich zakładów. Samoloty bojowe remontowano w Zaporożu i we Lwowie, a śmigłowce w Konotopie. W porównaniu do polskich były to olbrzymie przedsiębiorstwa o większych mocach remontowo-produkcyjnych. Działały jeszcze w czasach układu warszawskiego. Nasze samoloty MiG-23 w latach 80. serwisowano właśnie we Lwowie (poza tym w Dreźnie i Płowdiw w Bułgarii), wysyłaliśmy tu też Su-20.

Wydawałoby się, że zakłady zapewniające sprawność ukraińskim samolotom bojowym Rosjanie zaatakują wcześniej, wszak na samym początku zbombardowali lotnisko w Łucku. Tymczasem Ukraińcy zadawali wrogowi poważne straty, a gdy w końcu lotnictwo uległo niemal całkowitemu zniszczeniu i już nie bardzo jest co naprawiać, agresor przypomniał sobie o LDARZ.

Planowanie rosyjskiego dowództwa dosłownie powala przenikliwością. Nieodgadnione są zamysły sztabowców. Może obawiają się, że na bazie Lwowa można otrzymane z NATO (Polska, Słowacja, Bułgaria) migi-29 dostosować do ukraińskich wymogów, głównie poprzez montaż własnego systemu identyfikacji „swój-obcy” i radiostacji.

Rakiety z okrętów podwodnych

Według doniesień za odpalenie rakiet skrzydlatych Kalibr odpowiada 4. Samodzielna Brygada Okrętów Podwodnych Floty Czarnomorskiej stacjonująca w Noworosyjsku. Ma sześć okrętów typu 633 „Warszawianka” (nomen omen), czyli ulepszonej odmiany znanego u nas typu 877 „Pałtus”. Słynny ORP Orzeł, który ostatnio więcej czasu spędza w stoczni niż morzu, jest eksportową odmianą 877E.

Wspomniane sześć okrętów podwodnych 4. brygady to B-261 Noworosyjsk, B-237 Rostow-na-Donu, B-262 Staryj Oskoł, B-265 Krasnodar, B-268 Wielikij Nowogrod i B-271 Kołpino. To jednostki z napędem elektrycznym, uzbrojone w sześć wyrzutni torped (plus 18 w zapasie) lub odpalane z nich rakiety 3M14 Kalibr. Takie pociski znajdują się też na okrętach nawodnych i można je odpalać z Iskandera, który przenosi jednak głównie rakiety balistyczne.

Co ciekawe, obie klasy pocisków, i te skrzydlate, i te balistyczne, wywodzą się w prostej linii od niemieckich „cudownych broni”: V-1 i V-2. Przypomnijmy, że V-1 był protoplastą pocisków manewrujących. To bezpilotowy aparat napędzany silnikiem odrzutowym (typu pulsacyjnego), który spadał na wyznaczony cel z ładunkiem bojowym dużej bomby lotniczej. V-1 był bardzo niecelny, bo miał prymitywny żyroskopowo-zliczeniowy układ sterowania, a ponadto leciał na większej wysokości. Brytyjska obrona przeciwlotnicza zestrzeliwała te pociski na potęgę, także polscy piloci myśliwscy zniszczyli ich nad Anglią ok. 190.

Zadanie dla patriotów

Współczesne rakiety manewrujące o wiele trudniej zniszczyć, bo lecą niziutko, na wysokości ok. 30 m, po zaprogramowanej trasie i trafiają w cel z dokładnością do metrów dzięki bezwładnościowym układom nawigacyjnym, wspomaganym odbiornikami GPS lub rosyjskim Glonass. Przykładem takiej rakiety skrzydlatej jest popularny amerykański BGM-109 Tomahawk, także odpalany z okrętów nawodnych i podwodnych, masowo używany w Zatoce Perskiej, na Bałkanach i przeciw celom w Afganistanie (który nie ma dostępu do morza). I choć rakiety skrzydlate, których sporą zaletą jest zasięg do nawet 2500 km, są dość trudne do zestrzelenia, to zwalcza się je podobnie jak samoloty.

Co innego z rakietami balistycznymi. Takimi jak V-2, który unosił się w powietrzu nie dzięki sile nośnej, ale sile ciągu silnika rakietowego, niczym klasyczna rakieta kosmiczna. Rakiety rozwijają prędkość kilka razy przekraczającą dźwięk, lecąc po torze balistycznym (tak jak rzucony kamień), stąd ich nazwa. Także one są kierowane małymi sterami aerodynamicznymi na oddzielanej głowicy bojowej w końcowej fazie jej lotu, kiedy wchodzi z powrotem w gęstsze warstwy atmosfery. Właśnie taką rakietą jest Iskander o zasięgu 500 km.

Pociski balistyczne potrafią zwalczać tylko amerykańskie patrioty, THAAD i Standard, europejskie SAMP-T z rakietami Aster, do tego niektóre zestawy rosyjskie, takie jak S-400 Triumf, i oczywiście chińskie, np. HQ-16.

Czytaj też: Wojna się przybliżyła. NATO będzie musiało się bronić?

Czy pilot widział napis „Dzieci”?

W związku z atakiem na zabytkowy teatr w Mariupolu nasuwa się pytanie: czy pilot, który zrzucił serię śmiertelnie celnych bomb 500 kg, nie widział napisu „Dieti” (dzieci) w języku rosyjskim? Jako były pilot zrzucający podobne bomby na poligonie odpowiem, że mógł nie widzieć. Zrzucił je zapewne z dość małej wysokości, lecąc z dużą prędkością, kiedy na wycelowanie i obsługę uzbrojenia jest dosłownie kilka sekund.

Co oczywiście nikogo nie usprawiedliwia. Pilot wiedział przecież, co mu (a raczej im, bo samoloty bojowe pojedynczo nie latają) kazano zbombardować i że nie była to baza rakietowa czy pozycje artylerii. Wiedział, że ma łupnąć w budynek. Raczej nie nakazano mu niszczyć kostiumów, rekwizytów czy kosmetyków z charakteryzatorni. Miał pełną świadomość, że leci zabijać cywilów, głównie kobiety, dzieci i osoby starsze.

Kolejną odpowiedzialność ponoszą jego przełożeni. Decyzję o ataku na ten konkretny obiekt podjęto przecież na podstawie określonej wiedzy. Dostępne były zapewne zdjęcia satelitarne czy lotnicze z samolotu rozpoznawczego lub drona, a tu napis „Dzieci” był wyraźnie widoczny. I raczej nie pozostawiał pola do interpretacji. Mimo to zaplanowano atak, bo że ataki lotnicze się planuje, to chyba powszechnie wiadomo. Nikt nie wysyła załóg z zadaniem: polećcie i walnijcie w coś, co się wam spodoba… Można najwyżej wysłać załogę samolotu szturmowego do poszukiwania konkretnych obiektów w danym rejonie i w razie wykrycia – zniszczyć je natychmiast. Ale także wtedy załogę informuje się wyraźnie, czego ma szukać i co atakować, a czego pod żadnym pozorem nie.

Teatr w Mariupolu przed atakiem. Zdjęcie satelitarne, na którym widać napis „Dzieci”Maxar Technologies / AFP/EAST NEWSTeatr w Mariupolu przed atakiem. Zdjęcie satelitarne, na którym widać napis „Dzieci”

Czytaj też: Imperium znów atakuje. Co jest ostatecznym celem Putina?

Nikt nie otwiera ognia bez rozkazu

Tak samo jest w przypadku artylerii – artylerzyści, którzy zwykle nie widzą celów odległych o kilkanaście kilometrów lub dalej, nie decydują sami o otwarciu ognia. Otrzymują współrzędne do wykonania tzw. zadania ogniowego, czyli ostrzału jednoczesnego, skoncentrowanego, w postaci rozproszonej nawały ogniowej bądź stałej lub ruchomej zapory ogniowej. Siłą jednego lub kilku dywizjonów wystrzeliwują ściśle określoną ilość salw w ściśle określonym czasie i dokładnie wskazanym rodzajem amunicji.

O tym decydują dowódcy szczebla taktycznego (w ramach swoich kompetencji mają przyznany tzw. wysiłek artylerii, czyli określoną ilość amunicji do wystrzelenia) czy wręcz dowódcy szczebla operacyjnego (dowódcy armii i wyżej).

Dlatego za wszelkie działania powinni odpowiadać nie tylko ich wykonawcy, ale także ich przełożeni. A nazwiska dowódców armii są przecież znane. Dziś możemy ich śmiało nazwać zbrodniarzami.

Czytaj też: Wojna na wyczerpanie. Czy Ukraina ma szanse?

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Niezbędnik

Prawda według filozofów

Prawda jest cechą zdania. Po prostu. Jej przeciwieństwem jest fałsz. Zdanie może być prawdziwe, fałszywe albo nie wiadomo jakie. Tylko jak to stwierdzić? Dzięki czemu mamy pewność, że o jednych zdaniach daje się powiedzieć, że są prawdziwe lub fałszywe, a o innych nie?

Magdalena Środa
04.04.2017
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną