Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Świat

Jedna lista? Dlaczego opozycja na Węgrzech przegrała

Niedzielny wieczór w Budapeszcie. Pusty plac, na którym opozycja ogłosiła porażkę wyborczą. Niedzielny wieczór w Budapeszcie. Pusty plac, na którym opozycja ogłosiła porażkę wyborczą. Marton Monus/Reuters / Forum
Wybory nie były sprawiedliwe i opozycja musiała się zjednoczyć, by mieć szansę na zwycięstwo. Mimo to jej porażka wynikała głównie z problemów wewnętrznych – pisze ekspert związany z Polska 2050 Szymona Hołowni.

Zgodnie z przewidywaniami większości ośrodków badania opinii publicznej rządząca od 12 lat partia Viktora Orbána wygrała niedzielne wybory. Zaskakująca jest tylko skala tego zwycięstwa – konserwatywno-nacjonalistyczny Fidesz utrzymał większość konstytucyjną. Opozycji nie pomogło zjednoczenie, blok stworzony przez sześć ugrupowań od konserwatystów po lewicę wypadł poniżej oczekiwań. Nieskuteczność szerokiej koalicji nie powinna jednak zaskakiwać. Choroby, które dotknęły wspólny blok, wynikały głównie z wewnętrznych tarć i są charakterystyczne dla tego typu przedsięwzięć.

Mimo różnic w systemach wyborczych i nieporównywalnych warunków kampanijnych węgierskie zjednoczenie było często przywoływane w Polsce jako przykład politycznej dojrzałości i pożądany scenariusz dla rodzimej opozycji. Na przekór optymizmowi strategia zjednoczenia okazała się nieskuteczna dla Węgrów – ze względu na nierówny dostęp do zasobów, różnorodność ideową i brak gotowości starych liderów do przedłożenia wspólnego dobra nad własny interes partyjny.

Czytaj też: Orbán potępia wojnę i... dalej wspiera Putina

System wyborczy wymusił współpracę

W 2012 r. Fidesz zmienił zasady, według których odbywają się wybory. Zmniejszył liczbę miejsc w parlamencie, ale zwiększył proporcję mandatów przydzielanych w okręgach jednomandatowych kosztem miejsc przyznawanych proporcjonalnie. Granice okręgów padły ofiarą gerrymanderingu – zostały zmienione tak, by pokrywały się z poparciem dla partii Orbána. Dziesięć lat temu Fidesz wprowadził także instytucję głosów kompensacyjnych, która podwójnie docenia zwycięstwa w okręgach jednomandatowych odniesione z dużą różnicą głosów.

Przy okręgach skrojonych pod Fidesz opozycja nawet po zjednoczeniu musiała uzyskać kilka punktów procentowych więcej, by zwycięstwo przełożyło się na większość w parlamencie. Z kolei duża rola okręgów jednomandatowych wymusza zjednoczenie, podobnie jak w polskich wyborach do Senatu.

Zdecydowanie największym sukcesem bloku opozycyjnego były prawybory w ubiegłym roku. Wyłoniono w nich kandydata na premiera i polityków startujących z jednomandatowych okręgów. Głosować mogli wszyscy Węgrzy, a debaty w większości transmitowała największa internetowa telewizja w kraju.

Prawybory przyniosły zaskakujące wyniki: kandydatem na premiera nie został żaden faworyt wielkomiejskich elit, a konserwatywny burmistrz Hódmezővásárhely Péter Márki-Zay. Zwycięstwo zarządcy małego miasta na południu kraju zaskoczyło również machinę propagandową Fideszu, która przez kilka dni nie miała ujednoliconych przekazów na ten temat. Konserwatystę z prowincji ciężko podciągnąć pod wizerunek odklejonego euroliberała.

Czytaj też: Można ciąć fundusze za podważanie państwa prawa

Cały cykl życia szerokich koalicji

Bezpośrednio po prawyborach pod koniec roku zjednoczona opozycja prowadziła w sondażach z Fideszem. Zjednoczeni dla Węgier przecierpieli większość chorób, które dotykają tak szerokie i zróżnicowane bloki. Szokujące zwycięstwo Márki-Zaya doprowadziło jednak do napięć. Liderzy dużych partii ograniczali zaangażowanie w kampanię centralną, skupiając się na okręgach, w których kandydowali politycy z ich ugrupowań – dotyczyło to zwłaszcza konserwatywnego Jobbiku i Koalicji Demokratycznej byłego premiera Ferenca Gyurcsanyego. Z drugiej strony nowe partie uważały, że dla dobra sprawy polaryzujące postaci pokroju Gyurcsanyego powinny schować osobiste ambicje i wycofać się z kampanii.

Przy takiej różnorodności ideowej i tożsamościowej trudno o dobre kompromisy. Program opozycji ograniczył się do ogólników i nie miał jak konkurować ze spójnym i wyrazistym Fideszem. Do tego doszły wpadki wizerunkowe. Opozycja do ostatnich chwil nie była w stanie uzgodnić wspólnego kandydata w marcowych wyborach prezydenckich. Było to tym bardziej małostkowe, że na Węgrzech głowa państwa wybierana jest przez parlament, który z kolei zdominowany jest przez Fidesz. Przy braku szans na zwycięstwo wystawienie wspólnego kandydata miało wymiar wyłącznie symboliczny.

Przez ponad rok opozycja przerobiła cały cykl życia szerokich politycznych tworów. Od początkowego entuzjazmu, przez pierwsze sukcesy, po rosnące konflikty i frustrację. Na końcu spotkało się to z rozczarowaniem wyborców, a wymarzona jedność miała liczne pęknięcia. Zresztą podobnie jak w przypadku Koalicji Europejskiej sformowanej na wybory do PE w Polsce w 2019 r.

Machina propagandowa Fideszu

Reżim Orbána niemal w całości kontroluje politykę tradycyjnych mediów, sprawując pieczę nad przekazem zdecydowanej większości telewizji, stacji radiowych, gazet krajowych oraz regionalnych. Z rządem współpracują właściciele nośników reklamowych czy poczta. Pod tym kątem warunki do prowadzenia kampanii przez opozycję są nieporównywalnie trudniejsze i mniej równe niż w Polsce.

Czytaj też: Węgry grają z Rosją nad głową Ukrainy

Według raportu Transparency International reżim Orbána na same plakaty wyborcze wydał osiem razy więcej niż opozycja, znacznie przekraczając dozwolony budżet. Było to możliwe m.in. dzięki oznaczaniu niektórych banerów jako materiałów rządowych, choć oczywiście pokrywały się z przekazem Fideszu.

Zjednoczenie opozycji ułatwiło Fideszowi prowadzenie kampanii negatywnej. Machina propagandowa mogła obrać sobie jeden cel i go dyskredytować. Robiła to np. dzięki prostym, tabloidowym plakatom przedstawiającym czarno-białą twarz Márki-Zaya, a obok niej czerwoną pieczęć z napisem „100% Gyurcsany”. Tak by nikt nie miał wątpliwości, kto zasiada w zjednoczonej opozycji. Zabieg nie był tak prosty zeszłej jesieni w Czechach, gdzie opozycja stworzyła dwa silne bloki. Media związane z rządem musiały podzielić między nie środki i gdy atakowały jednych, zyskiwali drudzy. W rezultacie partia rządzących populistów przegrała wybory.

Wybory na Węgrzech nie były sprawiedliwe i opozycja musiała się zjednoczyć, by mieć szansę na zwycięstwo. Mimo to jej porażka wynikała głównie z problemów wewnętrznych, a nie zewnętrznych uwarunkowań. Szerokie koalicje tworzone na potrzeby wyborów niemal zawsze spotykają się z podobnymi problemami ambicjonalnymi i na koniec demobilizują wyborców. Ich stworzenie jest jednak konieczne w systemach większościowych, takich jak w polskich wyborach do Senatu.

Samobójstwem jest formowanie takich tworów w wyborach proporcjonalnych, jak w naszym głosowaniu do Sejmu. W tym wypadku głównym celem powinno być zapewnienie przekroczenia progu przez wszystkie demokratyczne partie, a nie wzmacnianie najsilniejszej listy za wszelką cenę.

Czytaj też: Od Paryża po Londongrad. Politycy, których Putin ma w kieszeni

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Rynek

Nowe szaty tyrana. Dlaczego Putin zaatakował i co go dziś przeraża?

Sergei Guriev, profesor ekonomii, były doradca prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa i były główny ekonomista EBOiR, o tym, co może czekać Putina i Rosję pod jego dyktatorskimi rządami.

Jacek Żakowski
18.05.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną