Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Świat

Bodnar dla „Polityki”: Czy Trybunał w Strasburgu potrzebuje dopalaczy?

Adam Bodnar Adam Bodnar Andrzej Hulimka / Forum
Sprawiedliwość opóźniona nie jest żadną sprawiedliwością.

Komentarze prof. Adama Bodnara, byłego rzecznika praw obywatelskich, ukazują się w serwisie internetowym tygodnika „Polityka” w piątki co dwa tygodnie.

W tym tygodniu Europejski Trybunał Praw Człowieka poinformował, że trafiła do niego skarga dotycząca zakazu sprzedaży dopalaczy w Polsce. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że została zakomunikowana rządowi RP po ponad siedmiu latach od jej złożenia (Iwona Słomiańska przeciwko Polsce, skarga nr 67322/14). Myślę, że nawet najwytrwalsi obserwatorzy naszego życia publicznego zapomnieli, do czego skarga nawiązuje. Tymczasem powinna nas ona skłaniać do poważniejszych rozważań na temat efektywności ochrony praw człowieka w Europie.

Czytaj też: Po co państwu PiS konwencja praw człowieka

Opóźniona sprawiedliwość

Jakieś dziesięć lat temu premier Donald Tusk wytoczył wojnę producentom dopalaczy. Na liście zakazanych substancji znalazł się m.in. środek o nazwie „Tajfun”. Pracownicy inspekcji sanitarnej, w sposób dość pospieszny i wątpliwy pod względem zgodności z regułami proceduralnymi, zamykali lokale handlujące dopalaczami bądź konfiskowały znaleziony towar, także przypominający podejrzany „Tajfun”, sprzedawany jako tzw. produkty kolekcjonerskie. Następnie toczyły się sprawy przed sądami administracyjnymi. Sądy nawet uznawały rację skarżących, ale zatwierdzały działania władz. Dlatego też niektórzy sprzedawcy ostatecznie poskarżyli się do Trybunału w Strasburgu. Tak właśnie zrobiła właścicielka sex-shopu, która oprócz różnych gadżetów erotycznych sprzedawała dopalacze.

W przypadku Trybunału w Strasburgu, niestety, dość często sprawdza się powiedzenie, że sprawiedliwość opóźniona nie jest żadną sprawiedliwością. I można byłoby napisać cały artykuł na temat różnych spraw trwających nawet dziesięć lat. Pamiętam, że kiedyś reprezentowałem mężczyznę, który jako hipis został przez policję pobity na terenie wrocławskiego squatu. W Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka w dniu ogłoszenia wyroku strasburskiego pojawił się porządny biznesmen, ubrany w garnitur, nieprzypominający młodzieńca z dredami. A cała sytuacja była dla niego podobnie odległym wspomnieniem co referendum w sprawie przystąpienia Polski do UE. Zatem nawet jak Trybunał w Strasburgu wydaje słuszne wyroki, to ich wydźwięk i znaczenie dla systemu ochrony praw człowieka jest pomniejszone ze względu na upływ czasu.

Strasburg: Nie można zabrać dziecka z powodu orientacji seksualnej

Ofiara własnego sukcesu

Myślę, że wielu adwokatów, radców prawnych i innych osób zaangażowanych w strasburskie sprawy mogłoby wymienić podobne historie. Ale być może ważniejsze jest zastanowienie się nad przyczynami kryzysu. Trybunał w Strasburgu jest od lat ofiarą własnego sukcesu. Każda osoba, której prawa – gwarantowane Europejską Konwencją Praw Człowieka – zostały naruszone, może się poskarżyć. W Polsce Trybunał wręcz doczekał się uwzględnienia w popkulturze. Rysunek Andrzeja Mleczki przedstawia Boga, który siedzi gdzieś wysoko na chmurce. Na dole modli się do niego na kolanach człowiek. A Bóg odpowiada: „Nic więcej nie mogę zrobić. Teraz musisz zwrócić się do Strasburga”. No i obywatele polscy pisali liczne skargi. Podobnie jak obywatele Rosji, Ukrainy, Serbii, Rumunii, Gruzji i wielu innych państw, cierpiący z powodu systemowych naruszeń praw człowieka. Skargi dotyczyły przewlekłości postępowań, problemów własnościowych, warunków w więzieniach, brutalności policji, rzetelności procesów. Słowem, zwyczajne ludzkie sprawy, w których każdy szukał odrobiny sprawiedliwości, zrozumienia, wysłuchania, poszanowania godności.

Trybunał w Strasburgu od lat przy wsparciu Rady Europy próbuje poradzić sobie z własnym sukcesem. Stosuje mechanizmy lepszego filtrowania spraw (aby nie przepuszczać tych, które można rozwiązać lokalnie), zachęca do polubownego porozumienia, korzysta z procedur pilotażowych pozwalających na rozwiązanie konkretnego problemu za pomocą jednej, potężnej sprawy. Wprowadził także metodę priorytetyzacji: każda sprawa jest na wstępie klasyfikowana jako należąca do określonej kategorii ważności, a następnie nadawany jest jej odpowiedni stopień pilności. Sprawy dotyczące kwestii fundamentalnych, jak prawo do życia, zakaz tortur czy niewolnictwa, trafiają do pierwszej kategorii. Mają szansę na rozpatrzenie nawet w ciągu jednego roku. Bardzo istotne są także sprawy rozwijające orzecznictwo, jak np. niedawne dotyczące niezależności sądownictwa w Polsce. Istotne są także problemy, którymi można zająć się systemowo, a tym samym ograniczyć napływ kolejnych spraw.

Czytaj też: Policjanci znów interweniują na śmierć

Sprawy „szybsze” i „wolniejsze”

Sprawy dotyczące naruszenia prawa własności w kontekście polityki walki z „dopalaczami” nie mieszczą się wysoko na liście priorytetów. Dlatego rozpoznawane są bardzo długo, czasami nawet wiele lat. Na pozór można się zgodzić, że inne sprawy są priorytetowe. Ale po głębszym zastanowieniu może przyjść refleksja. Czy możemy krzywdę konkretnej osoby (przedsiębiorcy) różnicować? Czy możemy mówić, że niektóre naruszenia praw człowieka są ważniejsze niż inne? Przecież za każdą taką sytuacją zazwyczaj kryje się jakieś poczucie krzywdy, frustracji, braku zaufania do państwa oraz rządów prawa. Być może patrzymy na sprawę dotyczącą prawa własności i wydaje nam się, że jest mniej ważna niż sprawa dotycząca wolności słowa, ale za nią może stać jakaś tragedia rodzinna, bankructwo czy inne tragiczne skutki zawodu ze strony państwa.

Dlatego sprawa domniemanego sprzedawcy dopalaczy powinna nas skłaniać do refleksji, czy czasami Europejski Trybunał Praw Człowieka nie potrzebuje dopalaczy. Oczywiście nie po to, by mieć jakieś halucynacje, ale by przyspieszyć własne procedury.

Strasburg: Dublerzy w polskim Trybunale Konstytucyjnym to nie sędziowie

Pieniądze i Rosja

Po pierwsze, Europejski Trybunał Praw Człowieka jest od lat niedofinansowany. Jeśli się porówna budżety Strasburga i Trybunału Sprawiedliwości UE w Luksemburgu, to ten pierwszy wygląda jak bardzo ubogi krewny. Zasoby ma kilka razy mniejsze, a przecież jego odpowiedzialność jest znacząca i wpływa na funkcjonowanie całej Europy. Zwiększenie budżetu mogłoby pozwolić na zatrudnienie dodatkowych setek prawników. Sprawy indywidualne mają to do siebie, że nie można ich rozwiązywać za pomocą sztucznej inteligencji. To był zresztą dla mnie zawsze największy problem jako RPO – jak spowodować, aby mieć wystarczającą liczbę prawników do różnych, systemowych typów skarg.

Po drugie, rozwój Rady Europy był przez lata blokowany przez Federację Rosyjską. Nie tylko ze względu na liczne przegrywane sprawy przed Trybunałem w Strasburgu. Rada Europy starała się pogodzić interesy polityczne państw członkowskich, ale dopiero teraz widzimy, że Putinowi po prostu chodziło o osłabienie jednej z organizacji międzynarodowych. Co więcej, Rosja inspirowała inne kraje w dziele niszczenia, kwestionowania oraz podważania znaczenia tej organizacji. Tymczasem aktualna sytuacja pokazuje, jak ważny jest multilateralizm w relacjach między państwami oraz jak istotne dla obywateli mogą być silne organizacje międzynarodowe. Skoro Rosji już nie ma w Radzie Europy, to warto się zastanowić, jak powinna ona funkcjonować w odnowionej Europie, opartej na wartościach demokracji liberalnej. W kuluarach pojawiają się postulaty zwołania czwartego szczytu Rady Europy, który zaprogramowałby jej działanie na kolejne dziesięciolecia. Wzmocnienie Trybunału w Strasburgu powinno być jednym z jego ustaleń.

Czytaj też: Ważny wyrok w Strasburgu, kłopot dla PiS i Dudy

Jak trybunał z trybunałem

Po trzecie, od lat dyskutuje się na temat przystąpienia Unii Europejskiej do Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Jeszcze pod koniec lat 90. pisałem na ten temat pracę magisterską. Od tego czasu wylano mnóstwo atramentu na stanowiska, opinie prawne i nic się nie zmieniło. UE jest stroną takich umów międzynarodowych jak Konwencja ONZ o Prawach Osób z Niepełnosprawnościami, ale do Europejskiej Konwencji Praw Człowieka nie chce się przyłączyć. Tej kwestii poświęcony jest nawet specjalny przepis traktatu o UE, upoważniający ją do przystąpienia do konwencji.

Wygląda jednak na to, że dominujące znaczenie ma rywalizacja o palmę pierwszeństwa między Trybunałem w Strasburgu a Trybunałem w Luksemburgu. Luksemburg nie chciałby, aby jakikolwiek zewnętrzny organ oceniał jego wyroki. Co ważne, sądy i trybunały państw członkowskich nie mają z tym problemu (z wyjątkiem polskiego TK, ale to raczej aberracja niż reguła). Myślę, że w aktualnej sytuacji organy UE powinny schować ambicje do kieszeni i zastanowić się, jak UE mogłaby po prostu wzmocnić system Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Przystąpienie do niej, a także wsparcie Rady Europy, jest najprostszym sposobem.

Wojna w Ukrainie pokazuje, że europejska architektura ochrony praw człowieka wcale nie jest doskonała, ma sporo luk i niedoskonałości. Skorzystajmy z historycznej szansy i naprawmy to, co można zrobić bez większych trudności. Rosja w tym dziele już nie może przeszkadzać.

Czytaj też: Strasburg bierze się za polskie sprawy

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Świat

Franciszek szokuje, gdy mówi o wojnie. O co mu chodzi?

Papież Franciszek wprowadził pół świata w osłupienie swoimi komentarzami na temat wojny w Ukrainie. Kręci, lawiruje i nie chce wprost nazwać najeźdźców – najeźdźcami, a ofiar – ofiarami agresora. Trudno też pojąć, czemu Franciszek chce jechać do Moskwy, do której i tak go nie zapraszają, i rozmawiać z Putinem. Bo tylko on ma klucze do bram pokoju?

Adam Szostkiewicz
12.05.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną