Prenumerata na trudne czasy.

6 miesięcy za 99 zł.

Subskrybuj
Świat

Tak straszy Viktor Orbán. Segregacja ras i czarne wizje przyszłości

Zdaniem Viktora Orbána Europa musi radykalnie zmienić sposób postrzegania kwestii narodowych, etnicznych i rasowych. Zdaniem Viktora Orbána Europa musi radykalnie zmienić sposób postrzegania kwestii narodowych, etnicznych i rasowych. Nicolas Landemard / Zuma Press / Forum
Słowa premiera Węgier w Rumunii obiegły świat i wywołały gigantyczne oburzenie. Problem w tym, że Viktor Orbán rasizmem, etnonacjonalizmem i nawiązaniami do faszyzmu bawi się od lat. Pora reagować.

Premier Viktor Orbán wystąpił w weekend jako gość specjalny letniego uniwersytetu Tusványos, organizowanego w samym sercu Rumunii, w miasteczku Băile Tușnad. Impreza odbywa się od ponad 30 lat i choć nazwa odnosi się do programu akademickiego, jest raczej politycznym, a wręcz partyjnym happeningiem dla młodych ludzi. Wiele mówi formalna nazwa: „uniwersytet wolności”, typowa dla dyskursu populistyczno-narodowego.

Czytaj też: Czwarte zwycięstwo Orbána. Węgry wybrały hańbę

Viktor Orbán, obrońca ludu

Imprezę założyły i finansują organizacje powiązane z Fideszem, nie powinno więc dziwić, że Orbán jest tam regularnym gościem. Przez ostatnie dwa lata z powodu pandemii nie miał okazji tu być. Największy hultaj w Unii Europejskiej wrócił więc na to forum po przerwie – i był to występ głośny na całą Europę. Jak przystało na proroka nowych czasów, za którego Orbán się uważa, nie koncentrował się na błahostkach czy bieżących problemach. Niczym wizjoner o niespotykanej przenikliwości mówił sporo o przeszłości, ale jeszcze więcej o tym, co będzie.

A zapowiadał katastrofę. Stwierdził mianowicie, że niebawem „rdzenni Europejczycy” będą stanowić tylko połowę ludności kontynentu. Należy zwrócić uwagę, że mówił zwłaszcza o miastach, bo to one, znacznie bardziej liberalne, a więc zdominowane przez neomarksizm i multikulturalizm, są narażone na szkodliwy wpływ pozaeuropejskich cywilizacji. Homogeniczna, bardziej konserwatywna wieś obroni się przed najazdem migrantów, a jej mieszkańcy są depozytariuszami tradycyjnych wartości. Tego Orbán nie powiedział – tym razem. Ale mówił o tym już wielokrotnie. Wieś jest jego oczkiem w głowie.

Już w książce „Narodowy populizm. Zamach na liberalną demokrację” angielscy badacze Roger Eatwell i Matthew Goodwin podkreślili, że Orbán, podobnie jak inni środkowoeuropejscy populiści, jest przerażony wizją wyludnienia swojego kraju. Emigracja zarobkowa, głównie na Zachód, przyczynia się do liberalizacji poglądów, osłabia tożsamość narodową, a przez to zmniejsza popularność partii takich jak Fidesz (albo PiS). Problem w tym, że zliberalizowani obywatele zachowują czynne prawo wyborcze. Dlatego premier Węgier tak wiele czasu spędza poza Budapesztem, a zarazem wdraża rozwiązania na rzecz dzietności czy odbudowy „tradycyjnego modelu rodziny”.

Jednocześnie z niepokojem spogląda na węgierską diasporę na Zachodzie. Nie chce powtórki scenariusza rumuńskiego, gdzie liberalny prezydent Klaus Iohannis wygrał drugą kadencję w zaciętej rywalizacji – a przesądziły o tym głównie głosy z zagranicy. PiS, znany z intensywnego (choć często nieudolnego) inspirowania się różnymi populistami, próbował tego w Polsce, utrudniając Polonii udział w wyborach prezydenckich w 2020 r.

Podkast „Polityki”: Polak, Węgier, dwa bratanki? W wyborach też?

Czystość ras i wojna mocarstw

Orbán przeszedł w swoim wystąpieniu do ofensywy. Jego zdaniem Europa musi radykalnie zmienić postrzeganie kwestii narodowych, etnicznych i rasowych, by ocalić swoją tożsamość. Węgry powinny zamknąć się na osoby spoza kontynentu, nawet jeśli przejścia Schengen są otwarte. Na zewnętrznych granicach UE należy zaś uważniej weryfikować tożsamość przybyszy – nie tylko sprawdzać unijny paszport, ale i pochodzenie etniczne. Wywodzących się – nawet kilka pokoleń wstecz – z innych obszarów świata niż Europa Unia nie powinna wpuszczać lub przynajmniej ograniczyć ich liczbę. Premier Węgier otwarcie mówił też o potrzebie wprowadzenia segregacji rasowej wśród mieszkańców wspólnoty. Chodzi o to, by nie dopuścić do mieszania się ras – może uda się tak uchronić miasta, w których migrantów jest już najwięcej.

Prócz tego oczywiście – mówił Orbán – musi rodzić się więcej dzieci. W przeciwnym razie nie tylko Węgry, ale cały region karpacki „zostanie nam zabrany”.

Choć szokujące, to nie są nowe poglądy węgierskiego premiera. Te słowa już padały, nawet w tym samym miejscu. Sześć lat temu Orbán wygłosił tu płomienną przemowę wspierającą Donalda Trumpa w walce o prezydenturę USA. Mówił, tak jak parę dni temu, o groźbie „eksterminacji” węgierskiego narodu. To zagrożenie nieśli oczywiście migranci, którzy mieli spowodować, że Węgrzy podzielą los „Indian”. Choć to oni reprezentują prawdziwą tożsamość narodową, staną się mniejszością, endemitem na wymarciu. (O związkach trumpistów z Orbánem pisała m.in. Elisabeth Zerofsky z „New York Timesa”, a natywistyczne obsesje węgierskiego premiera dobrze przedstawili Iwan Krastew i Stephen Holmes w głośnej książce „Światło, które zgasło. Jak Zachód zawiódł swoich wyznawców”).

Sporo w sobotę było też o wojnie. Zdaniem Orbána pokoju między Ukrainą i Rosją nie będzie co najmniej do 2024 r. A konfliktu nie byłoby w ogóle, gdyby nadal rządzili Angela Merkel i Trump. Dlaczego? Bo na pewno dogadaliby się z Putinem. 2024 to data nieprzypadkowa, odnosi się do kolejnych wyborów prezydenckich w USA. Zmiana rządów w Białym Domu jest zdaniem Orbána warunkiem osiągnięcia rozejmu, bo „obecny prezydent Ameryki nie jest zainteresowany pokojem”. Przesadne jest też zaangażowanie NATO. Według Orbána Putin doskonale zdaje sobie sprawę, że jest militarnie słabszy, więc obawy, że po Ukrainie zaatakowałby inne kraje, są bezpodstawne. Na Ukrainę najechał, bo poczuł się zagrożony ekspansją Sojuszu na Wschód i miał do tego prawo, bo jasno domagał się gwarancji, że Ukraina do NATO nigdy nie wejdzie. Zachód nie posłuchał – więc ma wojnę. Wojnę, dodajmy, na której według Orbána zyskują jak na razie Rosja i Chiny, a Unia tylko traci, głównie w wyniku drożejącej energii.

Cała część przemówienia poświęcona wojnie odnosiła się do spraw ekonomicznych. Dla szefa rządu w Budapeszcie to nie konflikt o wartości, ale starcie dwóch państw – Rosji i USA – chcących zdominować energetyczne rynki zbytu.

Czytaj też: Tak zakorzenia się populizm

Zachód musi upaść?

Zachód, mówił Orbán, i tak upadnie najpóźniej do 2030 r. Znowu – głównie z przyczyn gospodarczych. Zawali się strefa euro, bo napięcia między unijnym Południem i Północą się pogłębią. Wtedy to Węgry powinny przyjąć rolę lidera w UE. W tym celu trzeba będzie jednak rozwinąć się ekonomicznie, militarnie, ale też „odrzucić genderowe bzdury”. Co ciekawe, w dalszej części wystąpienia Orbán odwołał się do psychologii tłumu niczym korporacyjny coach. Jego zdaniem ambicję narodową napędza żądza zemsty i poczucie, że świat jest nam coś dłużny. Przydałby się też silny region, ale o to będzie trudno. Również dlatego, że – jak diagnozuje Orbán – Grupa Wyszehradzka jest w „słabym stanie”. Palcem wskazał zwłaszcza na rządy Czech i Słowacji, które stały się „zbyt zachodnie” w swojej polityce.

Czytaj też: Orbán potępia wojnę i... dalej wspiera Putina

To tylko najważniejsze wątki z sobotniego przemówienia, a była w nim też cała masa niuansów wskazujących, że Orbán chce patrzeć, jak liberalny Zachód staje w płomieniach. Wprost używał pogardliwych określeń – ludzi wiernych wartościom Zachodu określał z rosyjska mianem zapadników. Cytował Lenina i jego słynne „co robić?”. I jak zawsze grał na dwa fronty. Doskonale wie, że bez pieniędzy z Funduszu Odbudowy UE węgierska gospodarka rozpadnie się jak domek z kart.

Szybko więc Fidesz opublikował w internecie anglojęzyczną wersję przemówienia: ocenzurowaną, bez fragmentów o rasizmie i węgierskich ambicjach przejęcia władzy nad UE. Krajowa opozycja zaraz to nadrobiła i umieściła w sieci pełną treść. Warto słowom Orbána przyjrzeć się dokładnie, co prawda nie można się im dziwić, nie w 2022 r., bo powtarza je od prawie dekady. Viktor Orbán z liberalnymi, unijnymi wartościami nie ma nic wspólnego. Najwyższy czas, by reszta Europy zdała sobie z tego sprawę i zaczęła go traktować jak niebezpiecznego intruza, a nie dobrego – bo własnego – łajdaka.

Czytaj też: Od Paryża po Londongrad. Politycy, których Putin ma w kieszeni

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Świat

Co z tymi czołgami? Niemiecka prasa o kolejnym sporze Warszawy i Berlina

Spór o Leopardy, obiecane ponoć Polsce w ramach „zamiany okrężnej”, zmienił się w kolejny punkt zapalny. Sprawa rozgrywana jest przez rząd PiS jak zwykle w pełnym świetle jupiterów.

Adam Krzemiński
07.08.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną