Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Pseudoreferenda pod lufami karabinów. Czy Kreml urwie jeszcze trochę Ukrainy?

Pseudoreferendum w Mariupolu, 25 września 2022 r. Pseudoreferendum w Mariupolu, 25 września 2022 r. Alexander Ermochenko / Reuters / Forum
Zakończyły się „referenda” w sprawie przyłączenia do Rosji kolejnych okupowanych terytoriów Ukrainy. Głosowanie trwało od 23 do 27 września, ale wyniki były i tak z góry znane. I mocno podkręcone nawet jak na standardy rosyjskich propagandystów.

W środowym orędziu Władimir Putin wyłożył to wprost: „Wiemy, że większość ludzi mieszkających na terenach wyzwolonych od neonazistów, przede wszystkim na historycznych ziemiach Noworosji, nie chce pozostawać pod jarzmem reżimu. Dlatego będziemy wspierać decyzje, które podejmie większość mieszkańców Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej, obwodów zaporoskiego i chersońskiego”. Jak dodał, Rosja zrobi wszystko, by „zapewnić bezpieczne warunki dla przebiegu referendów”.

Przygotowania trwały od miesięcy, wielokrotnie też przesuwano terminy. Ostatnio referenda miały się odbyć 11 września, gdy w Rosji trwały wybory regionalne i lokalne. Ale ukraińska kontrofensywa pokrzyżowała te plany. Tuż przed 21 września Kreml zdecydował się sprawę przyspieszyć. Zaważył argument miejscowych władz okupacyjnych: „jeśli nie teraz, to nie będzie czego anektować”. Poza tym pseudoreferenda, mobilizacja i straszak nuklearny wpisują się w strategię, którą Putin obrał w jesiennej fazie wojny.

Głosowania mają dać Kremlowi pretekst do przywłaszczenia jeszcze 15 proc. terytorium Ukrainy. Rosja wprawdzie nie kontroluje w całości żadnego z czterech okupowanych obwodów, ale formalnie zamierza anektować je w pełni, czyli w ich granicach administracyjnych. Władimir Rogow, rosyjski politolog i samozwańczy mer Melitopola, zapowiedział na Telegramie: „Rosja zyska 5–6 mln obywateli. A w przyszłości, gdy zaczną wracać uchodźcy, nawet 8–9 mln”.

Czytaj też: Czy to realna groźba? Proste pytania o wojnę atomową

Referenda pod lufami karabinów

Do tego potrzebny jest teatr – a ponieważ wszystkie strony wiedzą o inscenizacji, Kreml nie dba już specjalnie o detale. Nie ukrywa, że „referenda” toczyły się pod lufami karabinów. W sieci są nagrania z monitoringu w Enerhodarze pokazujące członków „komisji wyborczej”, którzy w towarzystwie uzbrojonych żołnierzy chodzą od drzwi do drzwi. „Głosowanie domowe” trwało cztery dni, a „publiczne” w lokalach dzień dłużej.

Przymuszanie do głosowania w domach było, jak twierdzi szef zaporoskiej obwodowej administracji Jewhen Balicki, tylko formą agitacji. Brygady składające się z członków CKW i policjantów apelowały do mieszkańców o udział w „referendach” z troski o ich bezpieczeństwo. Ale tak naprawdę władze okupacyjne nie były technicznie gotowe na e-głosowania, które łatwo załatwiłyby sprawę frekwencji i wyników.

Do lokali dowożono ludzi z Krymu i często to oni trafiali do kadrów w rosyjskiej telewizji. Głosowały w większości kobiety i emeryci. Mężczyżni, jak się tłumaczy, ukrywają się przed mobilizacją. Kreml chętnie bowiem wysyła na front nie tylko Buriatów, Dagestańczyków i narody głębokiej Rosji, ale też „ochotników” z terytoriów okupowanych.

Rosyjskie media są teraz pełne relacji wdzięcznych i wzruszonych mieszkańców Donbasu, zdziwionych wysokim standardem „głosowania”. Chwalił się Denys Puszylin, lider samozwańczej DNR: „Wszystko jest absolutnie legalne i to jest jasne dla obserwatorów, którzy są na miejscu i wszystko rejestrują. Czasem są nawet zaskoczeni, jak demokratycznie wszystko się tutaj odbywa”.

Czytaj też: Edward Snowden dostał rosyjskie obywatelstwo. Po co?

Kreml chciał mieć „wyniki”

Po czterech dniach oficjalna frekwencja miała wynieść 83 proc. w tzw. ŁNR, 86 proc. w tzw. DNR, a w obwodach chersońskim i zaporoskim odpowiednio 63 i 66 proc. Pierwszego dnia głosowania zbliżony do Kremla ośrodek badania opinii publicznej WCIOM opublikował prognozę wyników „za przyłączeniem do Rosji” – szacował, że będzie 97 proc. wskazań w tzw. DNR i ŁNR, 87 proc. w Zaporożu i 89 proc. w Chersoniu. To poparcie zbliżone do czeczeńskiego, czyli mocno podkręcone nawet jak na standardy rosyjskich propagandystów. Kiedy w 2007 r. w wyborach do Dumy na partię Putina w Czeczenii zagłosowało 99,9 proc. wyborców, kremlowscy oficjele nie dowierzali. Kreml ewidentnie dąży do powtórki z „referendum krymskiego” w 2014 r. – aneksję poparło 96 proc. mieszkańców półwyspu i 95 proc. Sewastopola.

Ukraińcy twierdzą, że realnie mogło zagłosować ok. 20 proc. mieszkańców tych obszarów. Po pierwsze, wiele miast i wsi Rosjanie po prostu zrównali z ziemią albo są wyludnione. Mer Meritopola Iwan Federow mówi np., że na 150 tys. osób mieszkających tu przed wojną pozostało tu zaledwie 20 tys. Po drugie, ukraińskie władze od dawna powtarzały, że za udział w nielegalnych „referendach” grożą kary. Iryna Wereszczuk, minister ds. reintegracji terytoriów tymczasowo okupowanych, oświadczyła 3 września: „Apeluję o ewakuację wszystkich, których się da. Jeśli ludzie będą zmuszeni pozostać na terytoriach niekontrolowanych, apeluję, by nie brali udziału w żadnych »referendach«”.

Udział w fałszywych „wyborach” uznaje się za przestępstwo kolaboracji i zdrady stanu. Biorąc pod uwagę praktykę sądową, działania organizatorów (kolaborantów) z komisji wyborczych będą podlegać karze od trzech lat pozbawienia wolności maksymalnie do dożywocia i konfiskaty mienia. W wielu materiałach rosyjskiej propagandy „wyborcom”, np. z Berdiańska, agencja RIA Nowosti na wszelki wypadek zamazała twarze. Tymczasem ukraińskie służby zdążyły udowodnić, że zdrajców umieją eliminować – przed wojną postawiły przed sądem wielu organizatorów krymskich „referendów” z 2014 r. W 2019 na granicy z półwyspem SBU zatrzymało Romana Łagina, byłego szefa CKW (tzw. DNR); dwa lata później został oskarżony o zdradę stanu i udział w tworzeniu ugrupowania terrorystycznego.

Czytaj też: Cicha branka, czyli jak werbuje Rosja. Nikt się nie pali

Putin szykuje nowe orędzie

Tymczasem Moskwa ostentacyjnie gwałci prawo międzynarodowe i już ogłasza sukces. Dmitrij Miedwiediew stwierdził, że „referenda przywrócą sprawiedliwość dziejową”, a przewodniczący Dumy Państwowej Wiaczesław Wołodin obiecał, że gdy tylko zostaną ogłoszone wyniki, jego izba poprze decyzję o wejściu nowych terytoriów w skład Rosji.

Władze Ukrainy, państwa Zachodu, nawet Turcja – wszystkie przekonują, że status prawny okupowanych terenów się nie zmieni. Obwody doniecki, ługański, chersoński i zaporoski są integralną częścią suwerennej Ukrainy. „Kijów ma wszelkie prawo do wyzwolenia swoich terytoriów i zrobi to bez względu na to, co powie Rosja” – napisał na Twitterze szef ukraińskiego MSZ Dmytro Kułeba. Dyrektor biura Biura Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka OBWE (ODIHR) Matteo Mecacci na konferencji w Warszawie wyraził się zaś jednoznacznie: „Wyniki referendów będą nielegalne”.

Ale Putin i tak wygłosi w piątek kolejne orędzie. Uzna „wolę Noworosów”, inicjując formalny proces aneksji. Data oficjalnego przyjęcia nowych regionów do Rosji nie została jeszcze podana. Jak wyjaśnił rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow, „wszystko w swoim czasie”.

Czytaj też: Imperium znów atakuje. Co jest ostatecznym celem Putina?

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Rynek

Kim pan jest, panie W.? Skąd się wziął i na czym dorobił cichy bohater afery taśmowej

Cała Polska usłyszała o zeznaniach Marcina W. Najpierw, że Marek Falenta sprzedał Rosjanom słynne „taśmy prawdy”; potem, że Michał Tusk przyjął 600 tys. euro łapówki. Ale równie ciekawe jak zeznania są biznesy Marcina W. I jego związki z CBA.

Marek Czarkowski
05.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną