Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Kuba legalizuje małżeństwa jednopłciowe. To koniec pewnej epoki

Nowy kodeks prawa rodzinnego radykalnie zmieni krajobraz relacji społecznych na Kubie. Nowy kodeks prawa rodzinnego radykalnie zmieni krajobraz relacji społecznych na Kubie. Yamil Lage / AFP / EAST NEWS
Przyjęty w referendum nowy kodeks prawa rodzinnego radykalnie zmieni krajobraz relacji społecznych na Kubie. Definitywnie zamyka epokę, w której osoby homoseksualne uznawano za wrogów komunistycznego reżimu.

Według oficjalnych wyników, potwierdzonych przez Narodową Komisję Wyborczą, za przyjęciem kodeksu opowiedziało się niemal równo dwie trzecie obywateli (66,9 proc. głosów). Przeciwko było 33,1 proc., zwłaszcza ludzi wywodzących się z ruchów neoprotestanckich (o czym dalej). Zawierający ponad 400 artykułów dokument legalizuje małżeństwa jednopłciowe, zezwala im także na adopcję dzieci. Wprowadza też szereg innych zmian w zakresie praw reprodukcyjnych i ogólnego funkcjonowania rodziny w ramach prawa.

Od poniedziałku 26 września dozwolona jest więc również surogacja, po raz pierwszy formalnie zakazano aranżowanych małżeństw nieletnich i wprowadzono instrumenty zwiększające prawną ochronę dzieci. Nowy kodeks zawiera prócz tego regulacje dotyczące przemocy wobec kobiet. Według danych feministycznej organizacji YoSíTeCreo (hiszp. Ja ci wierzę) tylko od stycznia do lipca tego roku w wyniku feminicidios – morderstw na tle płciowym, najczęściej z elementem przemocy seksualnej – zginęły 24 kobiety. Kraj jest na trajektorii wzrostowej, bo w całym 2021 r. tych przypadków było 36, w 2020 – 32.

Kuba zrywa z brutalną tradycją

To pierwsza reforma prawa rodzinnego od 1975 r. W kampanię na jego rzecz mocno zaangażował się komunistyczny rząd z prezydentem Miguelem Diaz-Canelem na czele. On sam nazwał przepisy „uczciwą, zaktualizowaną, konieczną normą odpowiadającą współczesnym standardom, która zapewnia prawa i daje gwarancje wszystkim obywatelom i zróżnicowanym rodzinom”. Kubański reżim ostatecznie zrywa więc z brutalną tradycją dyskryminowania osób homoseksualnych.

Choć od czasów rewolucji marksistowskiej z 1959 r. kraj formalnie był neutralny światopoglądowo, a ojcowie suwerenności Kuby – bracia Castro i Ernesto „Che” Guevara – deklarowali się jako ateiści, w pierwszych latach po ustanowieniu komunizmu mniejszości seksualne były prześladowane przez partyjnych funkcjonariuszy. W latach 60. i 70. na wyspie funkcjonowały dla nich „obozy reedukacyjne”, w praktyce obozy pracy. Wielu więźniów wcześniej zwalniano z pracy i publicznie upokarzano. Z kolei w 1980 r., kiedy Castro na chwilę otworzył granice dla potencjalnych politycznych uciekinierów, wypuszczając – głównie do USA – setki kryminalistów, siłą wydalono z kraju wiele osób LGBT+. Wprawdzie Fidel przed śmiercią, w wywiadzie dla prestiżowej meksykańskiej gazety „La Jornada”, uderzył się w piersi i wziął odpowiedzialność za prześladowania osób homoseksualnych, ale zbiorowa trauma pozostała żywa.

Czytaj też: Kuba. Wolność do góry nogami

Katolicy w odwrocie

Tym razem komuniści stanęli po stronie mniejszości, w opozycji natomiast znalazły się organizacje religijne. Przeciwko przyjęciu nowego kodeksu protestował Kościół katolicki, ale jego wpływy na Kubie są od lat coraz mniejsze. Znacznie bardziej widoczny był protest społeczności neoprotestanckich, które zyskują na znaczeniu – nie tylko zresztą na wyspie, ale w całej Ameryce Łacińskiej. Według szacunków Pew Research w 2030 r. region może stać się w większości protestancki. Biorąc pod uwagę, że jest tradycyjnie postrzegany jako jeden z największych bastionów katolicyzmu, taka ewentualna zmiana to byłby sejsmiczny wstrząs na religijnej mapie świata.

Na Kubie jest widoczna. W liczącym nieco ponad 11 mln mieszkańców kraju znajduje się 25 tys. protestanckich świątyń i miejsc kultu, prowadzonych przez 32 różne zgromadzenia, związane przede wszystkim z Kościołem zielonoświątkowym. Brakuje dokładnych danych na temat liczby ich wyznawców, według różnych badań może się wahać od 400 do nawet 700 tys. W kraju, w którym 60 proc. obywateli było ochrzczonych w jednym z chrześcijańskich kościołów, to oczywiście wciąż mniejszość, ale znacząca. Zwłaszcza że członków neoprotestanckich społeczności przybywa na Kubie w tempie ok. 5 proc. rocznie.

Znani z ultrakonserwatywnego światopoglądu liderzy tych społeczności nie tylko nawoływali do odrzucenia kodeksu, uznając go za dzieło szatana sprzeczne z wartościami cywilizacji chrześcijańskiej, ale i domagali się kontrreformy. A więc nie tylko blokady postępu, ale też m.in. całkowitego zakazu aborcji, która na Kubie jest legalna i dostępna na życzenie od 1965 r. To głównie z grona neoprotestantów pochodziły głosy na „nie” w referendum. Biorąc pod uwagę wzrost ich znaczenia, należy spodziewać się podobnych, światopoglądowo regresywnych inicjatyw w najbliższych latach, a co za tym idzie – pojawienia się na Kubie pierwszej od dekad polaryzacji wokół polityki tożsamościowej.

Czytaj też: Kubańska pierestrojka

Na wyspie powiał wiatr zmian

Głosowanie nad kodeksem prawa rodzinnego ma jeszcze jeden ważny wymiar, niezwiązany z treścią dokumentu. Referendum było bowiem zwieńczeniem długiego procesu konsultacji społecznych, zainicjowanego na Kubie pierwszy raz od rewolucji. Innymi słowy, nigdy wcześniej pod rządami komunistów obywatele nie mogli uczestniczyć w pracach ustawodawczych. Tym razem w rozmowach z przedstawicielami partii wzięły udział organizacje pozarządowe, zrzeszenia mieszkańców i inne grupy społeczeństwa obywatelskiego, które od kilku lat rodzi się na wyspie.

Pokazuje to, że wbrew zapewnieniom samego Diaza-Canela kubański reżim mocno się liberalizuje, przynajmniej jak na swoje standardy. Odejście od twardych, zamordystycznych metod wydaje się nieuniknione, choć do pełnego otwarcia oczywiście daleko. Kubą nadal rządzi opresyjna dyktatura, która zamyka w więzieniach ludzi o odmiennych poglądach. Traci jednak poparcie – zarówno wśród własnych obywateli, jak i dawnych sojuszników. Kubańskich komunistów nie popiera już nawet latynoska lewica, na początku roku Hawanę mocno skrytykował nowy prezydent Chile Gabriel Boric. Na wyspie wieje więc wiatr zmian. Na razie cichy, ale z czasem może przerodzić się w huragan. W tej części świata to zjawisko znane aż za dobrze – dosłownie i w przenośni.

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Społeczeństwo

Rząd tnie cesarki, choć Polki boją się rodzić naturalnie. Co się dzieje na porodówkach?

Polka idzie dziś po zaświadczenie od psychiatry nie tylko wtedy, kiedy potrzebuje aborcji, ale i po to, żeby zagwarantować sobie cesarskie cięcie. Rodzi w ten sposób już co druga. Eksperci WHO i ONZ przypatrują się tej sytuacji ze zdziwieniem, pytając, co właściwie dzieje się na polskich porodówkach?

Agata Szczerbiak
02.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną