Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Czy gróźb Putina należy się bać? Rosja gra w cykora, ale nie jest w tej grze najlepsza

Władimir Putin ogłasza aneksję części terytorium Ukrainy. 20 września 2022 r. Władimir Putin ogłasza aneksję części terytorium Ukrainy. 20 września 2022 r. Adrien Fillon / Zuma Press / Forum
Szantaż jądrowy Władimira Putina wygląda jak klasyczna gra w cykora. A Rosjanie dowiedli już nie raz, że nie są w niej mistrzami. Czy gróźb Kremla należy się bać? Jak Zachód ma odpowiedzieć na szantaże i argumenty siły?

Przez ostatnie dwie dekady Władimir Putin górą był zawsze wtedy, gdy świat postrzegał go przez pryzmat klisz i obrazów wykreowanych przez Kreml. Ze względu na wizerunek bezwzględnego kagiebisty wszystkie jego groźby traktowane są poważnie. Ma też opinię kalkulującego na zimno byłego oficera wywiadu, stąd przekonanie, że nie popełnia błędów i nie ulega emocjom. Wreszcie dyktator z natury musi być twardzielem. Dopiero wojna w Ukrainie obnażyła prawdziwe oblicze Rosji. Szantaż jądrowy ma wyjątkową siłę psychologicznego rażenia, prawda jest jednak taka, że w dylemacie cykora to Rosjanie zwykle „mrugają” pierwsi.

Rozmawiamy czy walczymy?

Przekonali się o tym już Amerykanie w Syrii w czerwcu 2017 r. Konflikt był w ostrej fazie. Na południu koalicja wspierana przez USA prowadziła operację „Inherent Resolve”. Nieco wcześniej syryjska armia użyła broni chemicznej, na co siły opozycyjne odpowiedziały uderzeniami lotniczymi i ostrzałem rakietowym. Rosjanie atakowali z powietrza na wspierane przez USA grupy rebeliantów. Moskwa zagroziła nawet, że zawiesi gorącą linię, czyli mechanizm deeskalacyjny między USA a rosyjskim sztabem na miejscu. Krótko mówiąc, było o włos od konfrontacji.

Kierujący operacją „Inherent Resolve” gen. Stephen J. Townsend otrzymał od dowódcy sił rosyjskich w Syrii gen. Władimira Zarudnickiego żądanie, aby siły koalicyjne wycofały się z południowej części kraju w ciągu dwóch godzin, w przeciwnym razie zostaną ostrzelane. Dowódca Centcom (Centralnego Dowództwa USA) gen. Joseph Votel uznał groźbę za poważną i zalecił skontaktować się z rosyjską stroną. Pentagon w międzyczasie zdążył nawiązać kontakt z szefem rosyjskiego sztabu generalnego gen. Walerym Gierasimowem. Czas mijał szybko i gdy Townsend zwrócił się do Zarudnickiego, do zapowiadanego ataku Rosji pozostało już tylko 10 minut.

W dodatku zamiast przejść do sedna rosyjski generał perorował na temat skandalicznego zachowania Amerykanów w Syrii. Townsend słuchał cierpliwie, ale dwie minuty przed deadline′em kazał tłumaczowi przerwać Zarudnickiemu i zapytać go wprost: „Rozmawiamy czy walczymy?”. Zapadła cisza. Zanim padła odpowiedź, Amerykanin napisał słynną notatkę: „Mój rosyjski przyjaciel właśnie mrugnął”. Zarudnicki wybrał rozmowę. Wojskowi USA zyskali zaś namacalne potwierdzenie, że choć blef był mocny, to Rosja nie jest gotowa na starcie z siłami Ameryki.

Czytaj też: Narodziny strachu przed atomową apokalipsą

Nas tam wcale nie ma!

Podobnie nie wyszedł Rosjanom blef rok później, a nawet skończył się katastrofą. Kreml musiał milczeć i udawać, że sprawy nie ma, a ostatecznie po prostu podkulić ogon i uznać porażkę. Było tak: w lutym 2018 r. siły Baszszara Asada wspierane przez najemników z Grupy Wagnera usiłowały opanować pole naftowe Conoco w pobliżu Dajr az-Zaur. Wywiad USA obserwował ich przygotowania do operacji, a nawet kilkakrotnie ostrzegł Moskwę i sugerował, żeby się wycofała. Rosja w odpowiedzi zaprzeczyła, jakoby w tamtym rejonie miały operować jakiekolwiek jej siły. „Nas tam nietu” (nas tam nie ma) – usłyszeli Amerykanie.

W obliczu wielokrotnych zapewnień szefa resortu obrony Siergieja Szojgu, stojących w sprzeczności z danymi wywiadowczymi, Amerykanie przed północą 7 lutego 2018 r. rozpoczęli zmasowany ostrzał syryjsko-rosyjskich pozycji. W pierwszych minutach próbowali kontaktować się z Rosjanami i dać im ostatnią szansę na ustąpienie. Bezskutecznie. Po trzech godzinach ogień ustał. Zginęli m.in. Rosjanie, których „tam nie było”, w sumie 200–300 wagnerowców. Dopiero po upublicznieniu dowodów – filmów, zdjęć i zapisu lotów maszyn wojskowych do Rosji – rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow przyznał: „nie da się wykluczyć, że w walkach w Syrii mogą brać udział obywatele Federacji Rosyjskiej”. Rosja za nic nie chciała przyznać się do klęski, bo była dotkliwa. Do ojczyzny wracał gruz 200, a miesiąc później odbywały się wybory prezydenckie. Interwencja militarna w Syrii miała uchodzić za sukces.

Czytaj też: Czy Rosja zrzuci bombę na Kijów? Odwet byłby potężny

Rosja znowu gra w cykora?

Podobnych przykładów jest więcej, sowietolodzy z czasów zimnej wojny ukuli nawet termin „brinkmanship”, oznaczający ostrą zagrywkę taktyczną, w której jedna strona stwarza realne ryzyko rozniecenia wojny. Spopularyzował go w połowie lat 50., a zatem w gorącej fazie konfrontacji, sekretarz stanu John Foster Dulles. Strategię brinkmanship przetestowano podczas kryzysu rakietowego na Kubie w 1962 r. Zadziałał wtedy mechanizm zwany grą w cykora, gdy ustępuje nie słabszy, lecz rozsądniejszy, ten, kto ceni ponad wszystko pokój i bezpieczeństwo. Wtedy ustąpiły obie strony, a skutkiem postawienia świata u progu wojny jądrowej były w kolejnych dekadach negocjacje w sprawie ograniczenia zbrojeń jądrowych w USA i ZSRR.

Kluczem do zneutralizowania obecnego szantażu jądrowego Rosji jest przyjęcie zalecenia sekretarza Dullesa. Konfrontację z Moskwą w wywiadzie dla magazynu „Life” w 1956 r. ujął on jednym zdaniem: „Jeśli się boisz, jesteś stracony”. To, że Putin jest dziś zdolny sięgnąć po arsenał jądrowy, jest bezsporne. Nie oznacza jednak, że jej użyje, skoro jego cele (kapitulacja Ukrainy i blokada militarnego wsparcia Zachodu) da się osiągnąć innymi środkami. Groźba zastosowania broni nuklearnej jest przede wszystkim psychologicznym narzędziem zastraszania pacyfistycznych i mieszczańskich zachodnich społeczeństw. To one mają naciskać na swoje rządy, by „skończyły z tym szaleństwem atomowej apokalipsy”.

Kalkulacja Putina polega na założeniu, że Rosja nie jest w stanie pokonać ukraińskiej armii na froncie. Cała nadzieja w odcięciu Kijowa od zagranicznego wsparcia. To by zmusiło Wołodymyra Zełenskiego do rokowań na warunkach Kremla. Rzecz w tym, by społeczeństwa na Zachodzie uwierzyły, że Putin nie blefuje, a perspektywa trzeciej wojny światowej jest bardzo realna. Stąd masowa operacja w infosferze i wzmacniające dezorientację sprzeczne komunikaty z Moskwy.

Gen. Drewniak: Putin podniósł stawkę do maksimum. Atak jądrowy wchodzi w grę

Zachód musi być twardy

Prokremlowscy propagandyści nawołują więc do zrzucenia bomby na Kijów. O tym, że Rosja będzie bronić „swoich ziem wszelkimi środkami”, mówił sam Putin po ceremonii podpisania umów z okupacyjnymi władzami Donbasu, Ługańska, Zaporoża i obwodu chersońskiego. Ale zauważmy, że gdy czeczeński przywódca Ramzan Kadyrow zażądał eskalacji i sięgnięcia po „ostateczne rozwiązanie”, został brutalnie sprowadzony na ziemię przez Pieskowa. Usłyszał, że podstawy użycia broni jądrowej ściśle określa doktryna wojenna, a więc wchodzi ono w grę tylko w odpowiedzi na groźbę jądrową wobec Rosji lub jej sojuszników.

Reakcja Zachodu na narastające groźby jądrowe Kremla musi być więc wyważona, ale i twarda. To jasne, że Putin rozumie wyłącznie argumenty siły. Drugą stronę stać na więcej. Odpowiedź Zachodu musi się opierać na trzech elementach. Po pierwsze, zdolności i woli stawiania czoła blefom i szantażom Rosji. Po drugie, gotowości utrzymania dominacji eskalacyjnej, czyli świadomości, że agresja jądrowa będzie oznaczać koniec reżimu Putina. I po trzecie, na strategicznej komunikacji, jasnej i bezpośredniej. W tle nagrzewa się linia między stolicami – i na szczeblu politycznym, i wojskowym. Ci drudzy wiedzą jak nikt, kto mruga częściej.

Reszka: Rosjanie wieją za granicę nawet na hulajnogach. Branka zmieniła wszystko

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Społeczeństwo

Rząd tnie cesarki, choć Polki boją się rodzić naturalnie. Co się dzieje na porodówkach?

Polka idzie dziś po zaświadczenie od psychiatry nie tylko wtedy, kiedy potrzebuje aborcji, ale i po to, żeby zagwarantować sobie cesarskie cięcie. Rodzi w ten sposób już co druga. Eksperci WHO i ONZ przypatrują się tej sytuacji ze zdziwieniem, pytając, co właściwie dzieje się na polskich porodówkach?

Agata Szczerbiak
02.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną