Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Świat

286. dzień wojny. Uwaga: lecą pociski z Ukrainy! Gdzie się podziała obrona powietrzna Rosji?

Dziś nad ranem aparat bezpilotowy trafił w skład paliwa lotniczego przy Chalinie, czyli w wojskową część lotniska Kursk Wostocznyj. Dziś nad ranem aparat bezpilotowy trafił w skład paliwa lotniczego przy Chalinie, czyli w wojskową część lotniska Kursk Wostocznyj. Associated Press / EAST NEWS
Bezprecedensowy atak na dwie rosyjskie bazy strategiczne ujawnił kolejną słabość Rosji – kompletnie nieszczelny system obrony powietrznej państwa. Co by było, gdyby to NATO wykonało zmasowany atak pociskami manewrującymi?

Na frontach nie ma większych zmian. Strony wykrwawiają się w atakach – jutro wyjaśnimy, że szturmy nie zawsze zmierzają do przełamania obrony i zajęcia terenu, czasem to ataki nękające, rozpoznanie walką, rajdy, zasadzki, kontrataki lub ataki dywersyjne, zgodnie z klasyfikacją NATO i amerykańskich regulaminów polowych (spoiling attacks, reconnaissance in force, raids, ambushes, counterattacks i feint attacks). Mamy wrażenie, że to, co obecnie dzieje się w Ukrainie, trafia dokładnie w tę klasyfikację. Dlatego na razie nie ma co się spodziewać istotnych zmian terytorialnych.

Walki, ostrzały i szturmy miały miejsce w rejonie na północ i południe od Swiatowego, pod Kreminną, w szerokim pasie wokół Bachmutu i w rejonie Doniecka. Wzdłuż Dniepru, który w obwodzie chersońskim stał się teraz linią frontu, trwają działania specjalne, głównie ukraińskich sił, które co rusz dokonują wypadów na przeciwległy brzeg, korzystając z faktu, że Rosjanie w obawie przed ostrzałem odsunęli obronę od rzeki. Co dokładnie robią tu specjalsi, z oczywistych względów nie wiadomo, ale łatwo się domyślić: urządzają zasadzki na wrogie patrole i transport logistyczny, prowadzą rozpoznanie, podkładają miny na drogach wykorzystywanych przez przeciwnika, zapewne porywają też jeńców.

W czasie II wojny światowej w sowieckim wojsku i w 1. i 2. Armii Wojska Polskiego walczących na froncie wschodnim mówiło się, że to „wypady po język”. Chodziło o to, żeby złapać żołnierzy drugiej strony i „zasięgnąć języka”, czyli różnymi metodami zmusić ich do gadania. Tak zdobywano cenne informacje o nastrojach, sile jednostek, ich działaniach, dowódcach itd.

Reklama