Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 11,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Bregret? Już dobrze wiedzą, że brexit był błędem, ale na razie powrotu nie ma

Antybrexitowy protest w Londynie, 27 lutego 2023 r. Antybrexitowy protest w Londynie, 27 lutego 2023 r. Jordan Pettitt / PA Images / Forum
W brytyjskim społeczeństwie coraz silniejsze jest przekonanie, że rozwód z Brukselą był kolosalnym błędem. Nie oznacza to prób naprawienia tej relacji, a najwyżej stworzenie jej zasad na nowo.

Jest już nawet pojęcie określające ten stan rzeczy: bregret, połączenie brexit i regret, żalu z powodu wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Ostatni sondaż YouGov pokazał, że 53 proc. Brytyjczyków uważa opuszczenie wspólnoty za złą decyzję. Tylko 32 proc. nadal wierzy, że był to dobry pomysł, a korzyści rozwodu jeszcze się objawią. To spora zmiana, jeszcze w kwietniu 2021 r. przeważały głosy zadowolenia. Co prawda ich przewaga nad krytykami była niewielka – 46 do 44 proc. – ale widoczna. W dodatku co piąty zwolennik wyjścia z Unii teraz uważa, że był to błąd.

Czytaj też: Awantury rozwodników, czyli burzliwe życie po brexicie

Brexit się nie opłacił

Dla analizy tego, co dalej w stosunkach Londynu z Brukselą, kluczowy jest inny zbiór danych: preferencje wyborcze Brytyjczyków i sprawy dla nich dzisiaj najważniejsze. Pod koniec 2019 r. brexit i relacje z Europą za kluczowe uznawało 72 proc. obywateli. Trzy lata później, w szczycie chaosu po odejściu Liz Truss i trzecich wyborach szefa rządu w ciągu roku, brexit nie obchodził już prawie nikogo (6 proc. respondentów). I chociażby dlatego, mimo negatywnej oceny rozwodu z Brukselą, na ponowne małżeństwo nie ma teraz szans – na Wyspach są po prostu ważniejsze tematy.

To, że Wielkiej Brytanii brexit się nie opłacił, widać gołym okiem. Rajski ogród, w jaki miał zamienić się świat według zapewnień Partii Konserwatywnej, nie zmaterializował się nawet w kawałku. Londyn jako indywidualny gracz na arenie międzynarodowej podpisał do tej pory tylko trzy nowe umowy handlowe: z Japonią, Nową Zelandią i Australią. Cztery – jeśli dodać umowę brexitową, regulującą zasady handlu z UE. Strategia „Globalnej Brytanii”, groźnie pachnąca nostalgią za imperium i wpływami kolonialnymi wizja brytyjskiej polityki zagranicznej, okazała się zbiorem pompatycznych idei bez wpływu na rzeczywistość. Wbrew obietnicom Borisa Johnsona, a wcześniej Michaela Gove’a i Theresy May, Londyn nie stał się liderem inicjatyw dyplomatycznych. Wprawdzie jest jednym z najgłośniejszych adwokatów sprawy ukraińskiej, przekazał broń o wartości 4,89 mld euro, ale trudno uznać to za skutek brexitu. To raczej próba naprawienia błędów z przeszłości niż wytyczenia nowych szlaków dla dyplomacji.

Wojna jest jednak okazją, by wyróżnić się na tle innych aktorów. Taką interpretację jastrzębiego podejścia do uzbrajania Ukrainy przedstawił „New York Times”, analizując zachowania i wypowiedzi brytyjskich polityków. Rzeczywiście, z początku Johnson dużo rozmawiał przez telefon z Władimirem Putinem, Liz Truss odwiedziła Siergieja Ławrowa, a szef resortu obrony Ben Wallace spotkał się z Siergiejem Szojgu. Potem Johnson jako pierwszy rzucił się do publicznej obrony Ukrainy, co zaowocowało dość kuriozalnym dysonansem w ocenie jego postaci. W Wielkiej Brytanii stał się politykiem znienawidzonym, trudno go traktować poważnie. Ukraińcy widzą w nim bohatera, nazywają jego imieniem ulice i przy każdej okazji podkreślają wdzięczność za pośrednictwo w rozmowach z innymi mocarstwami. Nawet jeśli uznać, że „NYT” ma rację i lwia obrona Ukrainy jest po prostu chłodną kalkulacją, w wyniku której Londyn ma odróżnić się od Brukseli, Berlina czy nawet Waszyngtonu, należy spytać: czy naprawdę trzeba było wychodzić z UE, żeby to osiągnąć?

Johnson w głośnym dokumencie BBC: Putin groził Wielkiej Brytanii

Addio pomidory!

Brexit dziś jest właściwie kozłem ofiarnym, gotowym (czasem fałszywym) uzasadnieniem wszystkich niepowodzeń. Weźmy trwający kryzys pustych półek i niedoboru importowanych warzyw, głównie pomidorów. Supermarkety racjonują i limitują żywność. W sieci natychmiast zaczęła dominować narracja, że to wina brexitu.

Problem w tym, że nawet jeśli tak jest, to tylko pośrednio. Niedobory i wysokie ceny warzyw to zjawiska odczuwalne w całej Europie, wynikające przede wszystkim z kryzysu klimatycznego. Kontynent wychodzi z rekordowo gorącego 2022 r., gdy brakowało opadów, dominowały susze i zbiory były mniejsze niż zwykle.

Pomidory to ciekawy przykład. Analiza rynku doskonale pokazuje, że choć brexit nie zawsze jest bezpośrednią przyczyną problemów, to zwykle pojawia się przynajmniej w tle. Jedną czwartą sprzedawanych pomidorów Londyn sprowadza z Maroka. Afrykańskie królestwo wysyła ich w tym roku w świat mniej niż dotychczas (z powodu niższych zbiorów). Próbując regulować ceny, reglamentuje eksport, ale nie we wszystkich kierunkach. Najważniejszym partnerem Maroka jest bowiem Unia, tu trafia aż 56 proc. wszystkich produktów sprzedawanych przez ten kraj za granicę.

Brytyjczycy z Rabatem handlują sporo, ale na znacznie mniejszą skalę. Jeśli Marokańczycy mają wybierać między dobrymi relacjami z najważniejszym odbiorcą swojej żywności a rozwijaniem partnerstwa z krajem niepewnym, politycznie mało stabilnym i żałującym swoich strategicznych decyzji, decyzja wydaje się oczywista. Do tego dochodzi trwający od miesięcy kryzys zaopatrzeniowy, wynikający z braku odpowiedniej liczby kierowców samochodów dostawczych i kolejek w portach. I wreszcie kwestia coraz droższej energii, przez którą domowa produkcja pomidorów w szklarniach jest po prostu mniej opłacalna. Prędzej czy później zawsze chodzi o brexit.

Czytaj też: Kryzys paliwowy. Uczmy się na błędach Brytyjczyków

Czy Wielka Brytania może wrócić do Unii?

Mimo wszystko powrót Wielkiej Brytanii na łono UE jest bardzo mało prawdopodobny, przynajmniej w najbliższej przyszłości. Po pierwsze, jak już wspominaliśmy, Brytyjczyków zajmują teraz inne sprawy – kryzys gospodarczy, migracje, przyszłość Królestwa po śmierci Elżbiety II, intensyfikacja działań SNP na rzecz drugiego szkockiego referendum niepodległościowego. Żadna licząca się siła polityczna nie postawiłaby dziś na temat europejski jako swój główny postulat – zwyczajnie by nie chwycił.

Opinia publiczna, owszem, zgadza się, że brexit był błędem, ale jest też rozmową o Europie zwyczajnie zmęczona. Za wcześnie na powrót do tematu. Nie mówiąc o kosztach biurokratycznych, które musiałyby zostać poniesione. W dodatku część rządzących elit nadal uważa, że brexit był dobrym pomysłem – do błędu nie przyznał się jeszcze przecież żaden wiodący polityk Partii Konserwatywnej.

Dlatego rozmowa o brexicie przypomina trochę dyskusję o religii. Oczekuje się, że w sens opuszczenia UE będzie się po prostu „wierzyć” bez oczekiwania dowodów. One nie istnieją teraz i być może nigdy się nie objawią. Dlatego na dłuższą metę debata o Wielkiej Brytanii w Unii nie ma sensu. Zamiast tego trzeba zejść na poziom pragmatyczny i relacje Londynu z Brukselą znormalizować, ustawić ich ramy tak, by obie strony mogły skorzystać. W przeciwnym razie katastrofa tylko się pogłębi – i żadna abstrakcyjna dyskusja o pryncypiach jej nie zatrzyma.

Czytaj też: Bardzo długi brexit. Bruksela i Londyn ścierają się w Irlandii

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Kultura

Dlaczego książki drożeją, a księgarnie upadają? Na rynku dzieje się coś dziwnego

Co trzy dni znika w Polsce jedna księgarnia. Rynek wydawniczy to materiał na poczytny thriller.

Justyna Sobolewska, Aleksandra Żelazińska
18.04.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną