Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 11,90 zł!

Subskrybuj
Świat

389. dzień wojny. Putin jak ukraiński kot. Czy nakaz jego aresztowania wpłynie na przebieg wojny?

Władimir Putin, marzec 2023 r. Władimir Putin, marzec 2023 r. Sputnik / Reuters / Forum
W przeszłości karano już zbrodniarzy wojennych, nawet tych z najwyższej półki, więc kto wie, co przyniesie przyszłość. Czy wydany przez Trybunał w Hadze nakaz aresztowania prezydenta to zachęta dla rosyjskich oligarchów, by się go pozbyć? A co to zmieni na wojnie?

Na początek szybkie omówienie sytuacji na frontach. Bachmut nadal się broni, choć Rosjanie czynią niewielkie postępy w samym mieście, liczone dosłownie w metrach i pojedynczych domach, a właściwie w ich ruinach. Natomiast po bokach miasta, gdzie wojska rosyjskie nie są w stanie zamknąć szerokiego na kilka kilometrów korytarza prowadzącego do Bachmutu, najeźdźcy nie są się w stanie posunąć o włos. Utknęli na dobre i nie bardzo wiedzą, jak z tego impasu wyjść.

Czytaj także: Broń prosta, lecz skuteczna. Moździerze zbierają krwawe żniwo

Zwykle tak jest, że jeśli natarcie w jakimś rejonie zwalnia tempo, ostatecznie obrońcom udaje się je całkowicie zatrzymać. Zdążą bowiem rozbudować pozycje obronne, dostosować je do konfiguracji terenu tak, by przeciwnik nie był w stanie efektywnie zbliżyć się do obrony – wszędzie jest na celowniku. Dlatego w zachodniej sztuce wojennej istnieje pojęcie „kulminacji”, czyli przesilenia, w którym nacierający traci impet, siły i wiarę w osiągnięcie sukcesu, co powoduje, że grzęźnie coraz bardziej, aż w końcu jego natarcie staje i nijak nie może ruszyć z miejsca. Wydaje się, że w Bachmucie mamy do czynienia z kulminacją, choć bez ukraińskiego kontrataku tego stanu nie da się dobrze wykorzystać.

Do podobnej sytuacji dochodzi powoli w rejonie Awdijiwki pod Donieckiem, gdzie ukraińscy obrońcy również są okrążani. Ale i tutaj rosyjska ofensywa jest daleka od sprawnego, błyskotliwego manewru i ani chybi, też skończy się kulminacją przed osiągnięciem sukcesu.

Czytaj także: Z Rosjan schodzi para, powoli nadchodzi właściwy moment

Na pozostałych kierunkach rosyjskiej ofensywy nie ma żadnych sukcesów. Coraz słabsze szturmy przerodziły się stopniowo w ataki nękające, mające dezorganizować przeciwnika i utrzymywać go w stanie wyczerpującej, długotrwałej gotowości, ale nie są już one nastawione na zajęcie określonych terenów.

W nocy natomiast Rosjanie dokonali ataku przy użyciu 16 dronów kamikaze (amunicja krążąca) Shahed 136, które skierowano tradycyjnie na obiekty infrastruktury energetycznej. Ukraińska obrona przeciwlotnicza zestrzeliła 11 z owych 16, pięć pozostałych trafiło w określone cele. Nocne ataki utrudniają zestrzelenie shahedów, bowiem w ciemnościach trudno użyć przenośnych przeciwlotniczych zestawów rakietowych, niemających nocnych przyrządów obserwacyjnych. Pomocny jest tutaj polski Piorun wyposażony w celownik pracujący w podczerwieni, ale większość tego typu zestawów nadaje się do użycia tylko w dzień. Dla systemów przeciwlotniczych wyposażonych w radar do wykrywania i wskazywania celów różnicy większej nie ma, dzień czy noc, ale tych niestety jest dużo, dużo mniej.

Czytaj także: Wojna – tak, mjasorubka – nie. Ostatni rok wstrząsnął Rosją. A najgorsze przed nią

Z kolei na terenach okupowanych przez Rosję swój samochód stracił rosyjski korespondent wojenny Roman Saponkow. Nie, nie został zniszczony przez ostrzał. Zajumali mu go całkiem bezceremonialnie policjanci separatystycznej samozwańczej republiki. I komu tu się poskarżyć? No przecież nie pójdzie na lokalną policję… Witaj w ruskim mirze, drogi Romanie, to twój umiłowany kraj, właśnie za to umierają tysiące Rosjan, dla tego lepszego świata, w którym może cię obrobić policja i guzik jej zrobisz.

Putin nie jest pierwszy

Pierwsze, co kojarzy się z wydaniem nakazu aresztowania Władimira Putina przez Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze, to słynne procesy norymberskie, trwające niecały rok – od 20 listopada 1945 r. do ogłoszenia wyroku 1 października 1946 r. Interesujące jest to, że głównym państwem, które dążyło do zorganizowania tego pokazowego procesu, był ZSRR. Czyżby Związek Radziecki tak bardzo pragnął sprawiedliwości? Po co to Sowietom, mogli równie dobrze uwięzić każdego, kto im wpadł w łapy, co notabene bez żadnego sądu uczynili w stosunku do 3 mln niemieckich, austriackich, węgierskich czy rumuńskich jeńców, trzymanych nawet do 1955 r. Zresztą z niewoli wrócił niecały milion, w tym wszyscy pozostali przy życiu jeńcy innych niż niemiecka narodowości.

Mimo to Sowieci nalegali na pokazowy proces głównej grupy przywódców III Rzeszy. Co ciekawe, nie miał on jednolitej podstawy prawnej. Teoretycznie zbrodniarze mieli być sądzeni na podstawie prawa obowiązującego na terenie państw, gdzie zbrodnie popełniono, ale wprowadzono też punkt: „wspólnej decyzji rządów koalicji”. Czyli ktoś miał dostać taki wyrok, bo podjęto taką, a nie inną decyzję w ramach państw koalicji.

Głównych zbrodniarzy i tak nie udało się osądzić. Adolf Hitler i odpowiedzialny za ogłupianie Niemców dr Joseph Goebbels popełnili samobójstwo, zanim mogli ich schwytać alianci. Heinrich Himmler, główny architekt hitlerowskich zbrodni, noszący śmieszny stopień marszałka SS (Reichsführer-SS), popełnił samobójstwo w momencie schwytania przez Amerykanów 23 maja 1945 r. Kolejny zbrodniarz Hermann Göring został skazany na karę śmierci, ale zanim wykonano wyrok, sam sobie odebrał życie w celi.

Pozostała jedenastka z dwunastu skazanych na karę śmierci hitlerowców była co najmniej nieoczywista. Naturalnie, większości z nich się kara rzeczywiście się należała, jak np. Ernstowi Kaltenbrunnerowi, szefowi Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy, który kierował popełnieniem wielu zbrodni. Powiesić go, to, szczerze mówiąc, za mało. I kilku innym też, jak np. dr. Hansowi Frankowi, gubernatorowi Generalnej Guberni w Polsce, na terenie której popełniono szczególnie dużo zbrodni. On również zawisnął.

Było jednak trzech skazanych i powieszonych, których wina była być może niewspółmierna do wymierzonej kary. Wszystkich trzech skazano pod naciskiem Sowietów, którzy oskarżyli ich o „przygotowanie napaści zbrojnej”. Byli to feldmarszałek Wilhelm Keitel – szef sztabu Oberkomando der Wehrmacht (OKW), gen. płk Alfred Jodl – szef sztabu dowodzenia OKW, i minister spraw zagranicznych hr. Joachim von Ribbentropp. Co ich łączyło?

Wszyscy trzej przedstawiali dowody na to, że ZSRR szykował napaść na Niemcy mniej więcej w lipcu 1941 r., a zatem niemiecki atak na to państwo 22 czerwca 1941 r. miał charakter ataku uprzedzającego. Przez lata ta prawda o Stalinie była ukrywana, dopiero niedawno wyszło na jaw, że istotnie wszyscy trzej mieli rację. Plan Stalina był taki, by państwa zachodnie wykrwawiły się, walcząc między sobą, a następnie ZSRR przyszedłby jako wyzwoliciel, ostatni sprawiedliwy, który ma zaprowadzić porządek. Według współczesnych historyków (Mark Sołonim, Władimir Bieszanow) rosyjski atak miał się zacząć 6 lipca. Przypuszczalnie dlatego całą trójkę uciszono na zawsze, jako oficjalną wersję wydarzeń przyjmując tę o niesprowokowanym niemieckim ataku, uznaną też przez aliantów zachodnich. Tymczasem wielu prawdziwych zbrodniarzy, takich jak np. Oberstgruppenführer SS (gen. płk SS) Josef „Sepp” Dietrich, posiedziało sobie kilka lat w więzieniu i wyszło na wolność.

Wniosek jest jeden: zwycięzca może wszystko, zrobi, co zechce. Nie zawsze jednak chodzi wyłącznie o sprawiedliwość.

Bardziej współcześni: Milošević, Karadžić, Mladić

Czasem jednak prawdziwa sprawiedliwość dosięga oskarżonych. Prezydent Serbii w latach 1989–97, a później także prezydent Nowej Jugosławii w latach 1997–2000 Slobodan Miloszević trafił do Hagi w 2001 r., gdzie miał zostać sądzony za zbrodnie ludobójstwa i inne zbrodnie popełnione przez Serbów w Chorwacji, Bośni i Hercegowinie, a później w Kosowie. Tyle że trafił on przed oblicze nieco innego sądu w Hadze: Międzynarodowego Trybunału Karnego dla byłej Jugosławii, utworzonego przez Radę Bezpieczeństwa ONZ w 1993 r.

Kiedy w maju 1999 r. wydano nakaz aresztowania wciąż jeszcze urzędującego prezydenta Nowej Jugosławii, nikt nie wierzył, że kiedykolwiek stanie on przed obliczem sprawiedliwości. Tymczasem już w 2001 r. został on aresztowany (rok po zakończeniu prezydentury) pod zarzutami korupcyjnymi i jeszcze w tym samym roku przekazano go do Hagi. Tam w 2006 r., w trakcie trwającego procesu, popełnił samobójstwo w haskiej celi.

Kolejnym w zestawie zbrodniarzy był poeta Radovan Karadžić, który choć pisał wzruszające wiersze, to jako przywódca Republiki Serbskiej w latach 1991–96 (państwa serbskiego w Bośni) nie za bardzo się popisał. Serbowie bośniaccy za jego pozwoleniem i zachętą dokonali bardzo wielu zbrodni, za co w 1997 r. wydano nakaz aresztowania go. Także i Karadžicia dopadła sprawiedliwość: aresztowano go w lipcu 2008 r. i w 2016 skazano na 40 lat odsiadki, czyli w praktyce dożywocie. Od wyroku się odwołał, ale w 2019 r. izba odwoławcza tego samego sądu przyklepała mu dożywocie, czyli wydała surowszy wyrok niż pierwsza instancja.

Podobnie było z butnym gen. płk. Ratko Mladiciem, dowódcą wojsk Republiki Serbskiej. Także i on został aresztowany w 2011 r. i w 2017 skazany na dożywocie. Obecnie obaj, i Karadžić, i Mladić, odsiadują karę i nie opuszczą więzienia już do swojej śmierci.

Co zmieni uznanie Władimira P. za zbrodniarza?

Teoretycznie nic nie zmieni. Wojna będzie się toczyć jak poprzednio, nie nastąpi żaden przełom. Ale kilka spraw ulegnie zmianie. Po pierwsze, może skończą się telefony niektórych zachodnich przywódców do prezydenta Rosji, no bo chyba głupio rozmawiać ze ściganym (także we własnym kraju) zbrodniarzem… Zmniejszą się też naciski na podjęcie rozmów pokojowych, bo z kim tu rozmawiać, ze ściganym przez prawo? Ponadto Władimir Władimirowicz zastanowi się przed każdym swoim wyjazdem, czy nic mu w danym kraju nie grozi. W takim RPA np. będzie musiał uzyskać gwarancje bezpieczeństwa, bo państwo to podlega jurysdykcji Trybunału i jest zobowiązane do uznawania jego orzeczeń. Warto przy tym wiedzieć, że immunitet dyplomatyczny – w myśl praw Rzymskiego Statutu Międzynarodowego Trybunału Karnego, będącego jego podstawą prawną, nie chroni w przypadku popełnienia zbrodni wojennych.

Czytaj także: Rosja to agresor. Czy Putin i inni odpowiedzą kiedyś za zbrodnie?

To oczywiście nie oznacza, że prezydent Rosji wyjedzie gdzieś za granicę, a tam zostanie aresztowany i dostarczony do Hagi. Jest to jednak zachęta dla ewentualnej opozycji, by go odsunąć od władzy i gładko się go pozbyć. A opór w kręgach kremlowskich może narastać. Zawsze się znajdą wpływowi ludzie, którzy chętnie by pozbyli się Putina i sami zajęli jego miejsce lub osadzili tam kogoś bardziej dla siebie wygodnego. Oligarchowie, tracący ciężkie miliony w wyniku rozpoczętej przez Putina wojny, nie są specjalnie zadowoleni. Nie są też wcale szczęśliwi generałowie, którzy mogą spodziewać się wyrzucenia ze stanowiska, a nawet aresztowań po wyczynach niezwyciężonej armii rosyjskiej w Ukrainie. Generałowie wiedzą, że nic dobrego przy Putinie ich czekać nie może, więc nie jest wykluczone, że chętnie poprą jego potencjalnego następcę w zamian za nietykalność.

Trwa więc podgryzanie władzy Putina na wszelkie możliwe sposoby, np. przez nagrodzenie Oscarem marnego filmu o Nawalnym, w którym ani słowa nie ma o tym, że jeszcze dekadę temu był on zagorzałym rosyjskim nacjonalistą. Co wywołało jego cudowne nawrócenie się na demokratę i obrońcę pokoju? I kto go chroni w jego niewoli, że zamiast z siekierą w ręku brać udział w wyrębie surowej tajgi jak inni osadzeni, siedzi sobie i tweetuje? Taki zagorzały wróg, a żadna krzywda mu się nie dzieje? Nie podzielił losu Politkowskiej czy Litwinienki. Dziwne to bardzo, ale te dwa sygnały wysłane Rosji są wyraźne.

Niestety, żeby wewnętrzna opozycja z najwyższych kremlowskich kręgów władzy wysadziła Władimira Władimirowicza ze stołka, potrzebny jest znacznie poważniejszy pretekst niż Oskar dla filmu o Nawalnym. A takim z pewnością byłaby utrata Krymu. I do tego wojska ukraińskie muszą dążyć. Jeszcze wiele krwi muszą przelać Ukraińcy, by ostatecznie przepędzić rosyjskie hordy z własnego terytorium. Gdyby to im się udało, gdyby choć upadł Krym, Putin miałby duże szanse wylecieć. A co by się z nim dalej stało, to trudno powiedzieć, w Rosji bywa czasem tak, że pewnie sam wolałby do tej Hagi pojechać, niż wpaść w łapy swoich rozwścieczonych przeciwników w Rosji.

Czytaj także: „Zaczystki” są specjalnością Rosjan. To nie faszyzm, tylko rusizm

A na froncie walki trwają jak gdyby nigdy nic. Dla rozładowania napięcia warto sobie obejrzeć ukraiński filmik krążący na Twitterze, pokazujący rozleniwionego kota wylegującego się na pustych łuskach z tyłu przedziału bojowego ukraińskiego działa samobieżnego 2S1 Goździk. Działo oddaje strzał, huk jak diabli, odrzut szarpie całym pojazdem, kot kołysze się na boki, ale leży sobie dalej, jak gdyby nigdy nic. Ukraiński żołnierz mówi do kota po rosyjsku (nie wszyscy mówią po ukraińsku): Kiciu, ty wsjo normalna blat', może ty pojdiesz gdie-to pogaliut, poka my rabotajem! – „kiciu, czy wszystko z tobą w porządku, cholera [no może nie całkiem cholera…], może sobie pójdziesz gdzieś pospacerować, póki my pracujemy?”. Ale kot niespecjalnie jest skory, by gdzieś łazić. A bo mu tam źle? A jak gdzieś bez niego pojadą, to kto będzie karmił?

Podobnie manewry wokół Putina są dla bezpośredniego przebiegu działań w Ukrainie równie obojętne, co huk wystrzałów dla ukraińskiego artyleryjskiego kota. Ale w przyszłości mogą mieć swoje implikacje.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Historia

Achilles kontra Roland. Jaka jest Europa: antyczna, barbarzyńska czy średniowieczna?

Co nas, Europejczyków, bardziej ukształtowało – rzymskie prawo czy chrześcijańska religia? Grecka demokracja czy kultura dworska wieków średnich?

Agnieszka Krzemińska
21.05.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną