Świat

„Lex Tusk”. PiS się jeszcze pociesza, ale reakcja USA jest jasna. Koniec zabawy w „ruskich szpiegów”

Wizyta prezydenta Joe Bidena w Polsce, 21 lutego 2023 r. Wizyta prezydenta Joe Bidena w Polsce, 21 lutego 2023 r. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl
Zabawa w „ruskie onuce” i szukanie agentów bywała rytuałem i pustą grą polityczną na poziomie Antoniego Macierewicza. Tym razem jest inaczej, wojna zmieniła wszystko. PiS stawia zachodni porządek działania na głowie.

Tak już w Polsce jest, że podczas każdego ważnego przesilenia politycznego spowodowanego przekroczeniem barier praworządności i demokracji Polacy oglądają się na zagranicę, na USA zwłaszcza. Chcą się upewnić, czy i na ile problem wewnętrzny zapowiada kryzysy zewnętrzne.

Prawo i Sprawiedliwość pociesza się, że po zatwierdzeniu przez Andrzeja Dudę ustawy o utworzeniu komisji weryfikacyjnej ds. badania „rosyjskich wpływów” reakcja zagranicy wskazuje raczej na niezrozumienie intencji jej twórców, niż zapowiada kryzys w relacjach sojuszniczych. Marcin Przydacz, doradca prezydenta ds. międzynarodowych, tłumaczy w PAP, że Amerykanie po prostu nie pojęli ustawy. Nie mają „głębokiej analizy” jej treści! Mało tego, ambasada przy Al. Ujazdowskich nie informuje właściwie departamentu stanu!

Politycy PiS, jak Kazimierz Smoliński, pocieszają się, że badanie rosyjskich wpływów miało miejsce również na Zachodzie, np. we Francji. Zakłada, że takie przypadki przypomną Amerykanom, zwłaszcza obecnej administracji i demokratom, że sami z sukcesami badali rosyjskie wpływy na wybory prezydenckie w 2016 r. Podobnie dowodził Andrzej Duda, twierdząc, że także Unia powinna taką komisję utworzyć i zbadać rosyjskie wpływy na poziomie unijnym. Trwa eksport polskiego problemu na poziom unijny – jak zwykle, kiedy rząd coś sknoci.

Ustawa z ducha putinowska, po pisowsku nieudolna

Usprawiedliwianie powołania komisji nabrało takiej wagi, kiedy prezydent – z wciąż niewyjaśnionych właściwie powodów – zdecydował się na podpisanie ustawy, która zarówno w opinii autorytetów prawniczych, jak i dużej części społeczeństwa jest niekonstytucyjna i łamie podstawowe prawidła demokratyczne. Nie można bowiem wymyślić sobie przestępstwa – „ulegania rosyjskim wpływom” – i zapowiadać ścigania, sankcji oraz odbierania praw obywatelskich politykom opozycji. Po prostu nie można tego robić bez sądu, zaś każde usprawiedliwianie, że wojna, że Rosjanie, że „zbrodnie w Buczy”, nie wystarczy do usprawiedliwienia brudnych działań w ramach kampanii wyborczej.

Na tzw. zdrowy rozum i wrażliwość społeczną i demokratyczną jest to ustawa po prostu bezprawna, putinowska z ducha i po pisowsku nieudolna w treści. Poprzednie próby łamania praworządności jakoś PiS uchodziły na sucho, tłumaczył się i wycofywał na z góry upatrzone pozycje. Tak było w przypadku badań nad Holokaustem i próby manipulacji przy ustawie o IPN, tak było również przy próbie zdławienia TVN.

Dezawuowanie zwycięstwa Joe Bidena w wyborach i spóźnienie się z gratulacjami Amerykanie odbierali jako tanie politykowanie Andrzeja Dudy, wstrząśniętego przegraną Donalda Trumpa w 2020 r. Nic to, sądził Waszyngton, polski rząd i tak jest od nas uzależniony. Brutalnie, choć metaforycznie mówiąc, Duda schylał się przy biurku Trumpa, więc schyli się też przy biurku Bidena. Co prawda na razie szans na to wielkich nie ma – bo go jakoś do Białego Domu nie zapraszają.

Czytaj też: Komisją w Tuska. Totalna i niekonstytucyjna hucpa, znak firmowy PiS

PiS się tego nie spodziewał

Zabawa w „ruskie onuce” i szukanie agentów bywała rytuałem i pustą grą polityczną na poziomie Antoniego Macierewicza. Tym razem jest trochę inaczej, ponieważ środowisko międzynarodowe, nasycone obrazami rosyjskich zbrodni w Ukrainie, traktuje podobne oskarżenia poważniej. Wojna zmieniła znaczenie dezinformacji, fake newsów, rosyjskich wpływów – przestały być gierką polityczną, egzotycznym ewenementem polityki wewnętrznej, stały się natomiast wstępem do zbrodni. Każde takie oskarżenie i zapowiedź użycia podobnych argumentów do fałszywej gry wewnętrznej musi budzić zaniepokojenie. Wojna w Ukrainie trochę jakby wyprostowała moralne kręgosłupy Zachodu i uwrażliwiła go na powagę rosyjskich zagrożeń.

Decyzja Dudy zaskoczyła jednak nie tylko opozycję i tę część opinii publicznej, która uwierzyła w trwającą od ponad roku transformację prezydenta w autonomiczną jednostkę polityczną, dobroczyńcę Ukrainy i strażnika zasad podstawowych. Najwyraźniej zaskoczyła też PiS, który chyba nie wierzył, że Duda jest wciąż „ich”. Stąd feeria pisowskich zaprzeczeń, korekt i tłumaczenia, że autorom projektu o co innego chodziło. Wrażenie chaotyczności reakcji władzy jest dojmujące, jakby działania PiS nie jawiły się jako zapowiedź ponurej, ale jednak strategii, a były raczej świadectwem bezsilności i czepiania się okazji do dowalenia opozycji. Ustawa sprawia wrażenie, jakby pisała ją osoba o poziomie intelektualnym Janusza Kowalskiego, a nie przebiegły i wszechmocny autokrata Jarosław Kaczyński z grupą prawników. Jest zbyt prymitywna, by wykryć rosyjskie wpływy, i od biedy mogła być potraktowana jako nieszkodliwe retoryczne narzędzie. Kiedy stała się prawem, budzi jednak opór Zachodu, czego PiS najwyraźniej się nie spodziewał.

Stąd też zaskoczenie tempem odpowiedzi zarówno ambasadora USA Marka Brzezinskiego, jak i wczesnoporannym (w Waszyngtonie był wieczór) stanowiskiem departamentu stanu 30 maja. Już się odezwali pisowscy publicyści żądający karania amerykańskiego ambasadora wezwaniem do MSZ. Już się odezwał niezawodny Witold Waszczykowski, grzmiąc o „niebywałym skandalu dyplomatycznym”.

Przy czym oświadczenie Brzezinskiego było jeszcze w miarę umiarkowane i oddawało Dudzie resztki uznania. „W pełni doceniamy i rozumiemy, dlaczego prezydent Duda przekierował tę ustawę do Trybunału Konstytucyjnego” – napisał Brzezinski, dając kredyt i Dudzie, i Trybunałowi Julii Przyłębskiej. Departament stanu zarówno w stanowisku pisemnym, jak i komentarzu rzecznika Matthew Millera był już jednak bezceremonialny i wyraził zaniepokojenie „rządu USA”, że nowa ustawa może zostać wykorzystana do ingerencji w proces wyborczy w Polsce.

Czytaj też: Czeriezwyczajnyj Komitet Kaczyńskiego, czyli komisja ds. odwracania kota ogonem

PiS stawia na głowie zachodni porządek świata

To dość interesujący dwugłos amerykańskiej dyplomacji. Mark Brzezinski dał się już poznać jako dyplomata subtelnie przypominający o wartościach demokratycznych, obrońca amerykańskich inwestycji w Polsce i niestrudzony promotor zakupów zbrojeniowych Mariusza Błaszczaka w Ameryce. Ale również jako „przyjaciel Daniela Obajtka” i dyplomata wychwalający Polskę jako nowe „mocarstwo humanitarne”, solidnie inwestujące w amerykański przemysł zbrojeniowy. Do opozycji demokratycznej ma stosunek życzliwie wstrzemięźliwy i dyskretny. Można by metaforycznie powiedzieć, że od nadmorskiego Gdańska, przystani Donalda Tuska, woli „Trójmorze” – teatr działania Dudy, dający amerykańskim firmom i lobbystom dobrze zarobić.

Departament stanu w suchym komunikacie jest jednak bardziej zasadniczy i kwituje ustawę pisowską, a teraz również prezydencką, tonem przypominającym napominanie Ugandy czy Uzbekistanu za łamanie praw człowieka. Nie ma tu nic z wiary ambasadora Marka Brzezinskiego w Dudę i Przyłębską. Jest silna obawa, że Polska nie trzyma się ideowej i cywilizacyjnej linii Zachodu w konfrontacji z Rosją.

Owszem, wszyscy już wiedzą, że rosyjskie wpływy są realne – przekonali się o tym Amerykanie w czasie wyborów 2016 i 2020, Brytyjczycy przy okazji brexitu, Hiszpanie przy okazji próby secesji Katalonii, a Czesi przy okazji wysadzenia magazynów amunicji dla Ukrainy. Niemcy doświadczyły tych wpływów przy okazji próby zamachu stanu przez „obywateli Rzeszy”, groteskowej operacji zwolenników QAnon inspirowanych przez rosyjski wywiad. Francuzi odkryli rosyjskie powiązania i pieniądze dla Marine Le Pen. I tak dalej.

Rzecz w tym, że powiązania te wykrywały i ścigały prokuratury, służby specjalne, wolne media zachodnie oraz sygnaliści z wnętrza administracji. Komisje Kongresu, sprawozdania parlamentów i innych politycznych ciał o rosyjskich wpływach były na Zachodzie wtórne wobec działania instytucji państwa. Nigdy ich nie zastępowały, choć na pewno służyły naciskowi na te instytucje, by sprawniej rosyjskiemu wpływowi się przeciwstawiały.

PiS stawia zachodni porządek działania na głowie. Przez osiem lat zagarnięte przez niego instytucje i służby rosyjskich wpływów nie zdołały wykryć i udowodnić. Więc teraz powołuje komisję, która zwolenników Rosji wskaże, a następnie instytucje pisowskiego państwa mają ich pognębić.

Czytaj też: Plan Rosji w ONZ skończył się samobójem

Wojna zmieniła wszystko

Ale dlaczego właściwie ta ustawa jest tak groźna z punktu widzenia relacji polsko-amerykańskich? Powiedziałby ktoś: przecież Amerykanie w swojej niedawnej historii nie takich antydemokratów jak Kaczyński i Duda tolerowali. Ot, Waszyngton musi przecież wiedzieć, że polskie władze są nań skazane.

Jednak wojna Rosji z Ukrainą zmienia wszystko. To, co uchodziło dwa lata temu i traktowane było przez Waszyngton jak wybryki niedojrzałej wschodnioeuropejskiej demokracji, po wybuchu wojny ma związek z bezpieczeństwem żołnierzy amerykańskich i stabilnością amerykańskich interesów wojskowych i wywiadowczych.

Po pierwsze, badanie, kto jest w Polsce rosyjskim szpiegiem, a kto nie, nie pozwoli Amerykanom właściwie ocenić, czy incydenty w rodzaju nieznalezionej w porę rakiety pod Bydgoszczą są produktem realnego zagrożenia, czy dalszym ciągiem obrzucania się błotem nad Wisłą. Milczenie Błaszczaka po grudniowym upadku i karczemna awantura z generałami w kwietniu, zahaczająca o jakość cywilnej kontroli nad armią, zwróciły uwagę Amerykanów na to, jak łatwo w Polsce wpłynąć kartą rosyjską na sprawy wojskowe, sięgające również NATO. W kraju frontowym, w którym rozpętywana jest polityczna awantura o wpływy rosyjskie, trudno będzie ocenić, gdzie te wpływy właściwie się roztaczają i jak oddziałują na najwrażliwsze interesy sojusznicze.

Skończył się czas zabaw w szukanie „ruskich szpiegów”, gdy prawdziwi ruscy szpiedzy mordują się nawzajem z ukraińskimi szpiegami, dokonują dywersji w Europie i prawdopodobnie świadomie strzelają nienaładowanymi rakietami w terytorium państwa NATO. To wojna na prowokacje, gdzie konieczny jest zimny umysł, a nie gorączka pisowskiej nocy. Jeśli towarzyszyć temu będzie gwałtowna gra „w ruskiego szpiega”, sojusznikom trudniej się będzie zorientować w polskiej reakcji i determinacji do przeciwdziałania Rosjanom. Ale również trudniej będzie kontrolować polskie reakcje na kolejne tego typu incydenty. To, że w polskiej przestrzeni pojawią się kolejne rakietowe albo balonowe prowokacje albo niezamierzone przez Rosjan przypadki, jest pewne – i sojusznicy muszą być pewni zimnej krwi po polskiej stronie.

Polska na biegunie niepewności

Drugim argumentem sojuszników przeciwko destabilizacji naszego kraju przez komisję weryfikacyjną jest jak najbardziej realna i czasem brutalna wojna wywiadów w Ukrainie, w Rosji, a z czasem również w Europie. Tak, w Polsce i Europie działają rosyjscy agenci wywiadu i agenci wpływu (choć tych trudniej złapać za rękę), jednak niekoniecznie tak widoczni, jak chciałby Jarosław Kaczyński. Jak więc ma wyglądać sojusznicza współpraca wywiadowcza i kontrwywiadowcza, jeśli kwity polskich służb zaczną latać od sejmowej komisji do zaprzyjaźnionych z PiS mediów i z powrotem? Festiwal szpiegomanii, jaki niechybnie komisja wywoła, zagrozi wiarygodności i polskich, i sojuszniczych służb w wykrywaniu szpiegów prawdziwych.

Ameryka to już z Polską raz przerabiała, po weryfikacji Wojskowych Służb Informacyjnych przez Antoniego Macierewicza w 2006 r. W Pakistanie i Afganistanie w 2007 r. dyplomaci i oficerowie amerykańscy najpierw z niedowierzaniem słuchali rewelacji z Polski o raporcie Macierewicza, a później dystansowali się od polskich kolegów. Jak współdziałać z polskim wywiadem na wojnie, jeśli jego przełożony ujawnia całkiem dobrze zapowiadającą się, choć delikatną operację wywiadowczą przeciwko talibom? A wojna w Ukrainie ma stokroć większe znaczenie. Czy Polacy właśnie fundują sobie raport Macierewicza 2.0, tylko w jeszcze głupszej wersji?

Trzeci argument jest najsłabszy, bo moralny i ideologiczny. Ale też najsilniejszy, bo tożsamościowy i definiujący Zachód jako wehikuł oporu przeciw autorytarnej Rosji i Chinom. Wojna w Ukrainie nie zlikwidowała oczywiście reprezentowanego przez Rosję zła i przemocy, także tej symbolicznej. Nie zniosła z pewnością kłamstw, fake newsów czy rosyjskich machinacji i wykorzystywania słabości zachodnich demokracji. Ale jednocześnie ułatwiła ich wykrycie, pokazała jaskrawie szkodliwość „ruskiego miru” jako stylu działania wiodącego do zbrodni. Rosja stała się biegunem autorytaryzmu. W opozycji doń stoją państwa demokratyczne, cokolwiek słabe, często z ułomnymi systemami władzy, sądownictwa i mediów. Zachód od kilku lat jest biegunem demokratycznej niepewności i z trudem próbuje tę niepewność uziemić.

A ustawa o pozaprawnym, pozademokratycznym i pozazachodnim tropieniu rosyjskich wpływów tylko tę niepewność powiększa.

Czytaj też: Ameryka uratowała Ukrainę przed upadkiem. Bije Rosję, a nawet Chiny

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Kultura

Jak Koreańczycy podbijają świat muzyki klasycznej. Słychać ją nawet w słynnych k-dramach

Muzycy z Korei Południowej coraz częściej podbijają świat muzyki klasycznej. To dalszy ciąg koreańskiej fali, efekt olbrzymich ambicji i kultury, która Beethovena i Brahmsa umieszcza w tytułach romansowych seriali.

Dorota Szwarcman
15.07.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną