„Złote bronie” Trumpa. Po co USA dzisiaj pancerniki? Wizja jak z największych koszmarów dowódców
Gwiazdka dla marynarzy nadeszła wcześniej, a św. Mikołajem był sam prezydent – można było przeczytać w amerykańskiej prasie tuż przed świętami. Prosto z rezydencji na Florydzie Donald Trump ogłosił plan rekordowej inwestycji w morskie siły Ameryki – ponad 20 wielkich okrętów wojennych nazwanych „typem Trumpa”.
Mają one być częścią „Złotej Floty”, która ma dać Ameryce nowe narzędzia walki, ale też pobudzić przemysł stoczniowy i zbrojeniowy, by po rozbudowie marynarki wojennej pozwolić na utrzymanie światowego pokoju przez siłę. By uczynić zadość zadawanym przez Trumpa w pierwszej kadencji pytaniom, czemu u licha Ameryka nie produkuje już pancerników, nowy typ okrętów nazwano dokładnie tak – battleshipem.
Klasyfikacja okrętów nie jest nijak skodyfikowana. Ale anachroniczne dziś miano pancerników od ich wprowadzenia pod koniec XIX w. zarezerwowane było dla okrętów największych, najcięższych i najsilniej uzbrojonych w czterech wielkich flotach: brytyjskiej, niemieckiej, amerykańskiej i włoskiej (która w XX w. przestała być potęgą). Nazwy i losy takich gigantów jak niemieckie Bismarck i Tirpitz, brytyjskie Dreadnoughty i King George V, amerykańskie „Iowa” czy japońskie Yamato i Musashi do dziś pobudzają wyobraźnię. Ich olbrzymie działa miażdżyły okręty przeciwnika lawiną ognia. Jeden pocisk ważył kilkaset kilogramów, a jedna salwa kilka ton. Nietrudno sobie wyobrazić, co się działo, gdy trafiły.
Ale bitew morskich, w których okręty sunęły w dwóch liniach, licząc wzajemnie na trafienie, było coraz mniej. O zwycięstwie na morzu zaczęła decydować potęga powietrzna i podwodna, więc pływająca ciężka artyleria stała się niepotrzebna. Okręty wojenne przeszły z czasem na rakiety – skuteczniejsze od armat i niepotrzebujące olbrzymich kadłubów.