USA porywają Maduro. Ta akcja przejdzie do historii operacji specjalnych. Trump zyskał. Kto straci?
W tropikalnym Caracas był środek nocy, gdy nad uśpioną dwumilionową metropolią zaszumiały silniki i wirniki śmigłowców amerykańskich sił specjalnych. Do akcji wybrano noc przy dużym zachmurzeniu – ulubione i naturalne środowisko tych żołnierzy, którzy najlepiej czują się w ciemności.
Utrzymanie całkowitej ciszy zwykle się nie udaje, bo koniec końców trzeba użyć siły, w tym wybuchowej, by pokonać fizyczne przeszkody na drodze zespołów bojowych. Ale akcja z reguły odbywa się przy jak najmniejszym kontakcie z przeciwnikiem, bez niepotrzebnej strzelaniny. I tak szybko, jak tylko się da.
Szczegóły tego, czego dokonali operatorzy jednostek specjalnych – a siły zbrojne USA mają ich kilka – będą stopniowo wychodzić na jaw, tak samo jak przez ponad dekadę poznawaliśmy przebieg akcji w pakistańskim Abbottabadzie 1 maja 2011 r., w której zabity został najbardziej poszukiwany terrorysta świata Osama bin Laden. Ale noc z 2 na 3 stycznia 2026 r. też przejdzie do historii operacji specjalnych USA.
Namierzenie, schwytanie i uprowadzenie urzędującego prezydenta (wraz z żoną) suwerennego kraju, który od miesięcy był pod militarną i polityczną presją USA, który mógł się spodziewać, że „coś” się zdarzy, i który miał pełną kontrolę nad siłami zbrojnymi, jest pod względem operacyjnym i wywiadowczym olbrzymim sukcesem Amerykanów.
Czytaj także: Atak USA na Wenezuelę. Maduro wywieziony z kraju, państwo na krawędzi chaosu
Maduro musiał poczekać
Sama operacja była oczywiście wynikiem drobiazgowego rozpoznania i planowania, o którym niewiele wiemy, ale które wynikało z zarządzonej w sierpniu operacji wojskowej na Morzu Karaibskim.