Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Świat

Trzy Wenezuele, trzy kobiety. Jedna z nich zdecyduje o losach kraju. Jak ułoży się z Trumpem?

Delcy Rodriguez Delcy Rodriguez Federico Parra / AFP / East News
Cilia Flores, Delcy Rodríguez, María Corina Machado – zaskakujące, jak przeszłością, teraźniejszością i przyszłością (?) wciąż maczystowskiej Wenezueli zawładnęły kobiety.

Przeszłość

Pierwsza z nich była do niedawna szarą eminencją reżimu. Cilia Flores, rocznik 1956, żona Nicolasa Maduro, porwana razem z nim przez Amerykanów 3 stycznia, przez ponad dekadę była „główną kadrową” Wenezueli. „Cicha i wycofana”, jak pisze o niej Eva Golinger, była insajderka reżimu, dziś na emigracji. Ponoć mocno pokiereszowana przez amerykańskich komandosów podczas porwania (kontuzja kręgosłupa) przebywa w tym samym nowojorskim więzieniu co jej mąż.

Poznali się też w więzieniu, w połowie lat 90. Ona była adwokatką pułkownika Hugo Cháveza, lidera marksistowskiego buntu, wówczas osadzonego za nieudany zamach stanu, przyszłego prezydenta Wenezueli. On był młodym działaczem związkowym, u progu wielkiej kariery politycznej, który odwiedzał swojego patrona za kratkami. Ona, sześć lat od niego starsza, z czasem weszła w rolę politycznej mentorki Maduro.

Gdy Chávez przejął władzę, to Flores wcześniej zaczęła piąć się po kolejnych urzędach. W 2006 r. została szefową Zgromadzenia Narodowego, Maduro wciąż błąkał się w systemie. Chávez na łożu śmierci wyznaczył go jednak niespodziewanie na swojego następcę. I gdy ten został prezydentem w 2013 r., kilka miesięcy później byli już z Flores małżeństwem (oboje z dziećmi po poprzednich związkach).

Wokół tego małżeństwa narosły różne teorie. Na przykład taka, że jest ono „papierowe” (Golinger). Że Flores po prostu trzymała rękę na pulsie słabo rozgarniętego politycznie Maduro – bo Wenezuela nie była jeszcze gotowa na kobietę u władzy. Jednocześnie wypełniła lojalistami kilkadziesiąt kluczowych stanowisk w państwie.

Reklama