Cienie nad Iranem. Trump gromadzi „zabójczą armadę” do bitwy. Ale Teheran to nie Caracas
Gdy padnie sygnał do ataku, pierwsze przebudzą się czarne „Duchy”. Wolno wypełzną z hangarów położonej w sercu USA bazy i majestatycznie odlecą w nieznane. Mają globalny zasięg, wyznaczony tylko wytrzymałością dwuosobowej załogi i techniczną sprawnością maszyn, dlatego kierunek lotu nie ma większego znaczenia, byle zgadzał się cel, a po drodze dyżurowały latające tankowce.
Najdłuższy odnotowany lot bombowców B-2 Spirit liczył 44 godziny, ale ponoć piloci są w stanie spędzić w powietrzu i trzy doby. Te samoloty, mimo ponad 30 lat w służbie, nadal są ikoną: kształtem, rolą i możliwościami niepodobne do innych. Gdy Ameryka idzie na wojnę, są na pierwszej linii, bo po to właśnie zostały zbudowane, by działać z zaskoczenia i bez kompromisów. Całkiem niedawno były już nad Iranem i zaliczyły celne trafienia, a zdaniem prezydenta Donalda Trumpa – „fenomenalny, historyczny, bezprzykładny sukces”.
Nie mogło być inaczej: wszystko, co robi Trump, jest w jego ocenie wyjątkowe i przełomowe, a on sam powtarza, że stworzył potęgę amerykańskich sił zbrojnych, jeśli nie w poprzedniej kadencji, to w minionym roku. Dlatego gdy zdecyduje się jeszcze raz uderzyć, wyśle „Duchy” ponownie. Start będzie dobrany tak, by nad cel nadleciały nocą, w swoim naturalnym środowisku. Ale nawet w dzień byłyby trudno zauważalne z racji cech budowy. O tym, że zostały użyte, świadczą najczęściej już wybuchy na ziemi, nie wiadomo skąd.
Czytaj też: Ajatollahowie się mszczą, irańska sprężyna przemocy jest nakręcona mocno.