Operacja z powietrza
Przed Iranem jest kilka scenariuszy. Najgorszy? Ludzie słuchają Trumpa, rebelia zostaje utopiona we krwi
Jeszcze całkiem niedawno, kiedy Ameryka planowała jakąś większą wojnę, odbywała się debata publiczna: w mediach, w Kongresie i w think tankach w Waszyngtonie. Prezydent i jego ludzie apelowali do narodu, a czasami nawet do całego świata. W 2002 r., kilka miesięcy przed inwazją na Irak, ówczesny sekretarz stanu Colin Powell wystąpił na sesji Rady Bezpieczeństwa ONZ i pokazywał dowody, że Saddam Husajn potajemnie pracuje nad bronią masowego rażenia. Wprawdzie później okazały się fałszywe, ale Amerykanie je pokazywali, bo chcieli przekonać społeczność międzynarodową, że wojna jest konieczna i sprawiedliwa.
Tym razem nic takiego się nie zdarzyło. Kilka tygodni temu, kiedy irański reżim brutalnie tłumił uliczne demonstracje, Donald Trump ogłosił w mediach społecznościowych: „Irańczycy nie przerywajcie protestów, pomoc jest w drodze!”. A potem wysłał dwie flotylle pod przewodem lotniskowców – jedną na Morze Śródziemne, drugą do wejścia Zatoki Perskiej. Nie odbyła się w tej sprawie żadna publiczna debata, Trump nic nikomu nie wyjaśniał, a też – co najdziwniejsze! – mało kto w Ameryce domagał się od niego wyjaśnień. Większość opinii publicznej była przeciw atakowi na Iran, ale nie do tego stopnia, żeby robić z tego powodu jakieś awantury. Ludzi bardziej oburzała np. sprawa Epsteina. Nie było też tradycyjnego przemówienia prezydenta transmitowanego na żywo z Białego Domu. W sobotę o drugiej w nocy Trump wrzucił do netu ośmiominutowy filmik, w którym stwierdził, że właśnie wydał rozkaz ataku na „grupę bardzo złych ludzi, którzy tworzą irański reżim, a ich działania stanowią bezpośrednie i nagłe zagrożenie dla narodu amerykańskiego, dla naszych wojsk i naszych sojuszników”.
Nawet ktoś, kto ledwo śledzi newsy, zapewne wyczuwa tu fałsz.