Czy po Iranie następna będzie Kuba? Trump chce iść za ciosem, Kubańczycy nie wierzą w inwazję
– Jeszcze niedawno całe nabrzeże było pełne ludzi. Przypływały tu wycieczkowce, tysiąc osób naraz schodziło na ląd. Bez nich wszystko usycha, nie dajemy sobie rady – mówi Carlos, przekrzykując się z radiem grającym lokalne szlagiery i rzężącym silnikiem różowego Chevroleta. Przed rewolucją jeździł nim dziadek, podobno szofer w jednym z amerykańskich kasyn. Potem auto przejął ojciec.
Trudno wytłumaczyć, jakim cudem samochód z 1950 r. porusza się jeszcze po ulicach Hawany. Z całej deski rozdzielczej zwisają kable, jakby pogryzły je myszy. Drzwi ledwo się zatrzaskują. Ale mimo tych niedogodności i braku turystów, problemów z paliwem i nieprzychylnej, głodzącej wyspę amerykańskiej administracji Carlos pozostaje optymistą. Kiedy pytam o przyszłość – swoją i kraju – zapewnia, że wycieczkowce wrócą już latem.
Czytaj także: Rewolucji z tego nie będzie. Kubańczykom jest ciężko, ale Trumpa się nie boją, nie chcą tu Miami
Trump się nie zatrzyma?
Żeby tak się stało, Donald Trump musiałby odpuścić Kubańczykom i odblokować dostęp do wyspy. Na razie docierają tu tylko transporty humanitarne z Meksyku. Lokalni sceptycy, coraz bardziej krytyczni wobec rodziny Castro, szepczą na ulicach, że na tych statkach połowę ładunku zajmują towary luksusowe, z których korzystają partyjni dygnitarze. Wszyscy z utęsknieniem czekają na powrót europejskich i amerykańskich turystów. Odkąd kilka lat temu prezydent Miguel Díaz-Canel zezwolił na małą przedsiębiorczość, pozwalając Kubańczykom wynajmować kwatery i prowadzić zaskakująco dobrze zaopatrzone sklepiki w bramach kamienic, to właśnie turystyka jest najważniejszym sektorem gospodarki.