Czyja wojna?
Czyja wojna? Amerykanie oskarżają Izrael i Żydów. Dziś to idealni kandydaci na winnych
Sekretarz stanu Marco Rubio chciał przekonać Amerykanów, że inwazja na Iran to wojna nie z wyboru, lecz z konieczności. I popełnił niewymuszony błąd. To Izrael – tłumaczył mediom – przygotowywał się do bombardowania, a ponieważ było oczywiste, że ajatollahowie w odwecie zaatakują amerykańskie bazy w Zatoce Perskiej, musieliśmy uderzyć prewencyjnie. Gdybyśmy tego nie zrobili – przekonywał – ponieślibyśmy ogromne straty.
Wersja Rubio zdawała się ilustrować bezwarunkowe poparcie Donalda Trumpa dla ultraprawicowej i wojowniczej polityki Beniamina Netanjahu. Ale była łatwa do odparcia. Czyżby izraelski premier postanowił zaatakować Iran bez konsultacji z Waszyngtonem? Uzyskał stamtąd zielone światło – dawali do zrozumienia oficjele rządu w Jerozolimie. Przypominali, że Trump nie zawsze popierał posunięcia Bibiego, zmuszając go m.in. do zgody na amerykański plan pokojowy w Gazie. Sam Netanjahu powiedział w Fox News, że jego przyjaciel Donald działa, jak mu własny rozum dyktuje.
Netanjahu nie uchodzi jednak w Stanach Zjednoczonych za wzór prawdomówności. I kiedy zginęło siedmiu amerykańskich żołnierzy, a ceny benzyny podskoczyły o pół dolara za galon, rozpętała się burza. Administracja Trumpa oddała ster swej polityki Izraelowi – interpretowały wypowiedź Rubio media sympatyzujące z opozycją. Komentował tak inwazję Thomas Friedman w „New York Timesie”, ale także czołowe postacie ruchu MAGA.
Czytaj też: „Iran to nie nasza wojna”. Europa nauczyła się mówić „nie”. Trump pierwszy raz zderzył się ze ścianą
Polityka Waszyngtonu
Atak na Iran to „głupia, bezsensowna wojna w interesie Izraela”, oświadczyła była republikańska kongresmenka Marjorie Taylor Greene.