„Iran to nie nasza wojna”. Europa nauczyła się mówić „nie”. Trump pierwszy raz zderzył się ze ścianą
Transatlantyckie relacje sojusznicze przez moment znalazły się na kolejnym zakręcie. Tak wydawało się, gdy europejscy i pacyficzni sojusznicy USA zgodnie odmówili udziału w słabo zdefiniowanej, lecz głośno zakomunikowanej misji „zabezpieczenia cieśniny Ormuz”. Po tym jak irańskie groźby w odpowiedzi na amerykańsko-izraelski atak praktycznie zablokowały jedno ze światowych wąskich gardeł handlu i transportu.
Ale prezydent USA, który jeszcze w niedzielę stawiał NATO i innym sojusznikom ostre warunki, odbierane gdzieniegdzie jako ultimatum, teraz wydaje się przechodzić do porządku nad jednogłośną odmową wysłania okrętów i innych zasobów wojskowych na wojnę, na którą ani się nie godzili, ani nawet nie byli o niej poinformowani. Trump, jak to ma w zwyczaju, wylał publicznie swój żal, ponarzekał, poobrażał przy okazji, ale ostatecznie stwierdził, że Ameryka sobie poradzi, bo jest najsilniejsza i najwspanialsza na świecie. A to całe NATO, to - wiadomo – niewdzięcznicy, tchórze i słabeusze.
Gdy zainteresowana tym teatrem mniejsza część świata śledzi i próbuje analizować każdy zwrot w narracji amerykańskiego przywódcy, warto się bardziej skupić na podejściu Europy, która być może znalazła swój „klucz do Trumpa”. Jest nim spokój, wewnętrzna koordynacja i zgodna stanowczość w wyznaczaniu „czerwonych linii”.
Czytaj też: Western na Bliskim Wschodzie. Trump „dla zabawy” sprowadzi na świat katastrofę?
Europa ma karty
Aktów było kilka. Za pierwszy może być uznana wspólna i zgodna (z wyjątkiem kilku wiadomych stolic) odpowiedź państw europejskich na publiczne poniżenie prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego w Gabinecie Owalnym podczas wizyty już ponad rok temu.