Cztery wojny w miesiąc, a piąta i szósta w drodze. Konflikt z Iranem jest jak rak z przerzutami
Jeśli Irańczycy w pierwszą „miesięcznicę” ataku chcieli zrobić coś, co by Amerykanów zabolało, to odnieśli sukces. Uderzenie w najważniejszą bazę lotniczą regionu, Prince Sultan pod Rijadem, znowu uszkodziło samoloty tankujące i zraniło ponad dziesięciu żołnierzy, w tym dwóch poważnie. Tym razem nie dało się już zaprzeczać i kluczyć, tak jak Pentagon robił to za pierwszym razem, gdy irańskie drony i rakiety spadły na bazę. Najwyraźniej ponownie nie zadziałała też obrona lub Irańczycy nauczyli się ją omijać.
Równo miesiąc po pierwszych nalotach, w których stracili niemal całe kierownictwo państwa i wojska, pokazują, że słowa Donalda Trumpa o rozbiciu w pył zdolności wojskowych Iranu nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością, a w każdym razie presja z powietrza nie doprowadziła ani do upadku władzy, ani do kapitulacji sił zbrojnych. Z tego punktu widzenia bilans tej wojny wypada coraz gorzej dla agresorów, którzy posiadając pozornie miażdżącą przewagę militarną, Iranu zmiażdżyć nie zdołali, ponieśli za to gigantyczne koszty i wywołali dramatyczne zawirowania rynkowe na całym świecie. Już widać, że „szkody uboczne” będziemy ponosić wszyscy, przez lata. A wcale nie zanosi się na szybki koniec.
Cztery wojny
To, co dzieje się na Bliskim Wschodzie i poza nim, to nie jedna wojna, a cztery. Pierwsza, najbardziej oczywista, to amerykańsko-izraelska kampania powietrzna, przed którą bezpośrednio Iran nie bardzo ma się jak bronić.