1521. dzień wojny. Na nic nam czołgi, drony, śmigłowce. Rosja już tu jest, atakuje wściekle
Pojawił się w sieci ciekawy wpis anonimowego ukraińskiego weterana. Jak zauważa, przez wszechobecne drony nie ma jasno zarysowanej granicy tzw. strefy śmierci. Upraszczając: do 5 km od przedniego skraju własnych wojsk masz 100 proc. szans, że zostaniesz trafiony, jeśli nie będziesz działał i przemieszczał się taktycznie. 5–10 km to 75 proc. szans, 10–15 km – 50 proc., 15–20 km – 25 proc. Powyżej 30 km możesz stać i palić papierosy, o ile nie zaparkujesz wojskowej ciężarówki na widoku.
Australijski emerytowany generał i deputowany Mick Ryan całkiem słusznie zauważył: „Ukraina coraz częściej wykorzystuje bezzałogowe pojazdy naziemne, głównie po to, by zmniejszyć straty w ludziach i wesprzeć wojska, a nie je zastąpić”. Pisaliśmy niedawno to samo. Nie dajmy się nabrać na opowieści o samodzielnych akcjach dronów innych niż dowóz zaopatrzenia. Jako wsparcie ogniowe zawsze działają z piechotą, bez ludzi są bezradne, przynajmniej na tym etapie rozwoju technologii.
23 kwietnia rosyjska Rada Bezpieczeństwa oskarżyła władze Litwy o rozniecanie „ogniska napięcia” w pobliżu granicy i militaryzację pod pozorem „rosyjskiego zagrożenia”. Kreml eskaluje, bo kraje bałtyckie mogą być jego kolejnym celem. Bajdurzy więc o tym, że prowadzone tu ćwiczenia NATO poprzedzają agresję na Obwód Kaliningradzki.
Na ukraińskich frontach sytuacja jest stabilna. Spodziewamy się, że silna ofensywa Rosjan ruszy w maju, choć nie będzie to klasyczna głęboka operacja zaczepna. Ograniczą się do reszty Donbasu.