Izrael znów zdobył zamek. Tylko po co? Beaufort w Libanie nadal jest symbolem bezsensu bitew
Brzmi to jak opowieść z czasów wypraw krzyżowych. Jest zamek na wysokiej skale, 300 metrów poniżej rzeka od wieków barwiąca się krwią. Są dzielni rycerze, którzy przypuszczają szturm, a potem na najwyższej wieży wywieszają flagę i obejmują zamek we władanie.
Historia ta wydarzyła się jednak w ostatnią niedzielę. Tego dnia na izraelskich kontach społecznościowych związanych z rządem i siłami zbrojnymi pojawiły się romantyczne zdjęcia ruin XII-wiecznego zamku Beaufort w południowym Libanie, „zdobytego” (nikt go nie bronił) przez żołnierzy ze słynnej Brygady Golani. Spektakularny krajobraz gór i wąwozu rzeki Litani zrobiły swoje. A premier Beniamin Netanjahu dodał: „Wróciliśmy”.
Geopolityczna łamigłówka
Zajęcie Beaufort, prawdziwego zamku krzyżowców (o czym zaraz), jest elementem kampanii rozpoczętej 2 marca – zaraz po tym, jak kontrolujące południowy Liban oddziały Hezbollahu w ramach solidarności z irańskim patronem zaatakowanym wcześniej przez Izrael i USA ostrzelał północny Izrael. To dość charakterystyczna łamigłówka geopolityczna, którą ten region przerabia, no cóż... od wypraw krzyżowych.
Tym razem armia izraelska próbuje utworzyć w południowym Libanie strefę bezpieczeństwa, która ma zapewnić spokój północnej części Izraela, bo Hezbollah właśnie z południowego Libanu wystrzeliwuje swoje pociski. Początkowo Izraelczycy mówili o 12-kilometrowym pasie, licząc na północ od izraelskiej granicy. Potem mieli się zatrzymać na wspomnianej rzece Litani, która od wieków dla kolejnych imperiów stanowi strategiczny punkt odniesienia. Ostatnio pojawiły się plany jeszcze dalszej izraelskiej ekspansji – miałaby ona sięgnąć nawet Bejrutu, który w zeszłym tygodniu był bombardowany przez siły izraelskie.