Donald Trump wyjechał z Ankary zadowolony – i to nie był główny, lecz jakże ważny sukces szczytu NATO, przed którym atmosfera między sojusznikami z Europy i Ameryki była napięta jak nigdy w ostatnich latach. Na kilkanaście godzin przed naradą z przywódcami państw NATO prezydent Stanów Zjednoczonych wypominał im brak wsparcia w wojnie z Iranem, narzekał, że „nie płacą” na Sojusz, a nawet groził wycofaniem wszystkich amerykańskich wojsk z Europy.
Na szczęście następnego dnia przeszła mu złość. Już nie wspominał o Grenlandii, zawahanie w sprawie wykorzystania europejskich baz do ataków na Iran nazwał „słabszym momentem”, a wielkie liczby pokazujące wzrost wydatków obronnych w Europie zrobiły na nim wrażenie poparcia dla idei samodzielnej obrony, w myśl jego wskazówek. Ukraińskiego prezydenta też potraktował jakby nie po swojemu – nie ustawiał do pionu, żartował z nim jak przyjaciel, a nawet zapowiedział udzielenie licencji na Patrioty. Ujęty przepychem pałacu Recepa Tayyipa Erdoğana i królewskim przyjęciem zgotowanym mu przez współczesnego sułtana Turcji, Trump przynajmniej na chwilę pojednał się z NATO.
Jednak w tle tego seansu wywoływania dobrych duchów były realia Ameryki coraz mniej zaangażowanej na rzecz Europy i coraz bardziej osobnej wobec Sojuszu, który sama założyła. Jak tuż przed szczytem donosił bliski Republikanom „Wall Street Journal”, europejscy przywódcy od miesięcy spotykali się na tajnych naradach i wymieniali poufne wiadomości, planując przyszłość bezpieczeństwa bez USA. To, co Amerykanie zwą wersją NATO 3.0, narzucaną Europie metodą faktów dokonanych, ma być w oczach Starego Kontynentu wstępem do pełnego rozwodu.
Trump lubi wielkie liczby
Dziś chodzi o to, aby okres nieuchronnej separacji ucywilizować na tyle, by wspólny dorobek jak najmniej ucierpiał.