„W naszym mieście miłość i sprawiedliwość wygrały z nienawiścią” – ogłosiła Elif Eralp, murowana kandydatka na burmistrzynię niemieckiej stolicy. Radykalna Lewica wyraźnie wygrała wybory do lokalnej Izby Deputowanych, zagłosował na nią co czwarty Berlińczyk (25,4 proc.). Tym samym partia, która wywodzi się w prostej linii z komunistycznej SED, prawie podwoiła swój wynik sprzed pięciu lat. Daleko w tyle zostali tym razem chadecy (18,8 proc.) kanclerza Friedricha Merza i dotychczasowego burmistrza Kaia Wegnera, Zieloni (14,3 proc.) i socjaldemokraci (12,1 proc.). Poniżej oczekiwań (16,3 proc.) wypadła skrajnie prawicowa Alternatywa dla Niemiec, w innych wschodnich landach idąca od zwycięstwa do zwycięstwa.
Miejscowa prasa pisze o „efekcie Mamdaniego”. Mowa o młodym Zohranie Mamdanim, który niespełna rok temu niespodziewanie wygrał wybory na burmistrza Nowego Jorku i objął to stanowisko jako pierwszy muzułmanin. Eralp również reprezentuje nowe pokolenie wielkomiejskiej lewicy i także ma imigrancki rodowód. Ta 45-letnia prawniczka do dziś zachowała podwójny paszport. Jej rodzice – tureccy socjaliści – w 1980 r. uciekli do RFN po wojskowym zamachu stanu.
W kampanii wyborczej skorzystała z usług Morrisa Katza – stratega politycznego, który stał za sukcesem Mamdaniego. I tak jak nowojorski Demokrata głównym punktem programu uczyniła walkę z nieznośnie wysokimi czynszami. Lewica zapowiedziała, że wejdzie do rządu Berlina z postulatem wywłaszczenia wielkich koncernów mieszkaniowych, oferujących tysiące lokali na wynajem. Pięć lat temu mieszkańcy stolicy poparli już ten pomysł w referendum, ale do dziś nie został wcielony w życie.
„Od dzisiaj wspólnie zmienimy nasz Berlin” – ogłosiła Eralp.