Bydgoszcz i Toruń – wieczna rywalizacja

Jak Tyfus z Krzyżakiem
Niechęć pomiędzy Bydgoszczą i Toruniem słynniejsza jest niż te dwa miasta razem wzięte. Przełamać ją miała kampania społeczna, ale nie udało się znaleźć chętnego do jej sfinansowania.
MS/Polityka

Widok na Stare Miasto od strony Wisły. Rzeka łączy Toruń z Bydgoszczą, ale dzieli je ocean uprzedzeń.
Marek Cheminiak

Widok na Stare Miasto od strony Wisły. Rzeka łączy Toruń z Bydgoszczą, ale dzieli je ocean uprzedzeń.

Kibice obu miast podtrzymują wzajemny konflikt. Na zdjęciu: sektor żużlowej Polonii Bydgoszcz z hasłem przeciwko torunianom.
Łukasz Trzeszczkowski

Kibice obu miast podtrzymują wzajemny konflikt. Na zdjęciu: sektor żużlowej Polonii Bydgoszcz z hasłem przeciwko torunianom.

Poniższy tekst ukazał się w cyklu „Portrety Miast” w POLITYCE w 2014 r.

Tylko w ubiegłym wieku w Toruniu i Bydgoszczy cztery razy zmieniano nazwy ulic. I mniej więcej tyle samo razy wymieniano skład substancji narodowościowej. Ale zapiekłej sąsiedzkiej niechęci nie udało się wymienić. Zapiekłej, bo jest tak silna, że trudno usłyszeć na ten temat żarciki albo zgrabne bon moty.

W zależności od zawodowej perspektywy każdy inaczej datuje początki tej wzajemnej pasji. Historycy sięgają do XIII w. i wskazują na historyczne zaszłości i narodowościową odmienność. Za ojca założyciela Torunia (1233 r.) uznaje się wielkiego mistrza Zakonu Krzyżackiego Hermana von Salza. Krzyżacy władali miastem nieprzerwanie przez 221 lat. Bydgoszcz zaś założył polski król Kazimierz Wielki w 1346 r. Kibice skracają perspektywę konfliktu o sześć wieków, wyzywając się wzajemnie od „Krzyżaków” (Toruń) i „Tyfusów” (Bydgoszcz – od zarazy, która miała w średniowieczu niszczyć miasto). W 1999 r. miasta połączyły się trwałym węzłem wojewódzkim, ale choć scalono je terytorialnie i samorządowo, zachowują się jak małżeństwo w trwałej separacji. Dzieli je zaledwie ok. 50 km, ale nadal są fatalnie skomunikowane. I z pasją dublują swoje inwestycje i pomysły.

Nikt nie chciał rogalika

Kosa pomiędzy Tyfusami a Krzyżakami jest szczera, ale nie bezinteresowna. Kapitał zbijają na niej niektórzy politycy. Lokalne media napędzają sobie nią sprzedaż. A artyści zawsze wyciągną parę groszy na kolejną miejską imprezę czy projekt (bo przy okazji dowiodą wyższości jednych nad drugimi). Obydwa miasta jednoczą się tylko przeciw wspólnemu wrogowi – kiedy ktoś z zewnątrz próbuje je pogodzić.

Odwracanie Gierka Buzkiem, czyli wielka reforma administracyjna, opierać się miała na aglomeracjach. Jej twórcy słusznie zakładali, że to wielkie miasta będą lokomotywami regionów. Bydgoszcz licząca wtedy prawie 400 tys. mieszkańców miała ambicje dalej być województwem. Zawiązała stosowne komitety, urządziła pikiety. I pojechała do Warszawy budzić polityków budzikami. Toruń stawiał na trwały podział majątku i deklarował chęć przyłączenia się do Gdańska. – Podnosiliśmy naszą pozycję negocjacyjną wobec Bydgoszczy – wspomina Jan Wyrowiński, uczestnik tamtych wydarzeń, dzisiejszy wicemarszałek Senatu. Dla większej dramaturgii na rynku w Toruniu ustawiono nawet jacht, który symbolizować miał, w którą stronę płynie miasto. Jednocześnie na różnych szczeblach toczyły się zakulisowe rozmowy, które miały wypracować nowy ład. Pojawiła się nawet koncepcja, w której Bydgoszcz zostaje jednak województwem bez Torunia. Terytorialny rogalik albo jak kto woli nerka, którą tworzył ten byt, ochrzczono w kuluarach nerką Alicji Grześkowiak, ówczesnej marszałek Senatu (związanej z Toruniem). – Ten rogalik nikogo nie satysfakcjonował – mówi Jan Wyrowiński.

Torunianie posiadający świetny wydział prawa na miejscowym uniwersytecie byli dobrze przygotowani do negocjacji. Wiedzieli, gdzie będą konfitury. – Na zasadzie blefu politycznego zażądaliśmy siedziby wojewody w Toruniu – dodaje wicemarszałek Senatu. W poprzedniej konstrukcji samorządowej wojewoda to była persona. Zatrudniał tysiąc osób. Nad wszystkim miał kontrolę. W Urzędzie Marszałkowskim w pierwszych przymiarkach zatrudnionych miało być zaledwie 100 osób. Bydgoszcz dała się wypuścić i prawem większego miasta zażądali Urzędu Wojewódzkiego. Marszałkowski zgodzili się zlokalizować w Toruniu. – Oficjalnie godziliśmy się z poczuciem przegranej. Nieoficjalnie otwieraliśmy szampana – wspomina Wyrowiński. Kiedy reforma terytorialna okrzepła, a Polska weszła do Unii Europejskiej, to marszałkowie zaczęli zarządzać gigantycznym strumieniem pieniędzy. Wojewodom zostało właściwie tylko wydawanie paszportów i wręczanie orderów. Na wszelki wypadek torunianie nieprzerwanie od 1999 r. utrzymują na stanowisku marszałka swojego ziomka.

Miał być most, wyszło molo

26 marca 2006 r. w toruńskiej Kamienicy pod Gwiazdą odbyło się spotkanie na szczycie. Pięciu prezydentów największych miast województwa kujawsko-pomorskiego zobowiązało się wesprzeć Toruń w staraniach o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Było uroczyście, oficjalnie i zapachniało wiosną, bo wśród sygnatariuszy znalazł się również Konstanty Dombrowicz, prezydent Bydgoszczy. Co prawda Toruń występował w charakterze reprezentanta całego regionu, ale prezydent Torunia Michał Zaleski dyplomatycznie komplementował, że bez sąsiedzkiej pomocy byłoby to niemożliwe. Jak w przypadku każdej odwilży zmianę klimatu pierwsi wyczuli artyści. Urodzony w Toruniu mistrz harmonijki Sławomir Wierzcholski zaproponował władzom Bydgoszczy, żeby organizowany przez niego festiwal muzyczny rozszerzyć na dwa sąsiedzkie miasta. Dla podkreślenia ekumenicznego charakteru festiwalowi nadano nazwę Harmonijka Bridge (most). Pierwsza edycja odbyła się w 2006 r. – Obydwa miasta skorzystały, bo mogliśmy zapraszać gwiazdy światowego formatu – mówi Wierzcholski.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj