Rabaty na prenumeratę cyfrową Polityki

40% lub 50%

Subskrybuj
Strona główna

Na straży na plaży

Kołobrzeg, latarnia morska zbudowana na Forcie Ujście dawnej pruskiej. Kołobrzeg, latarnia morska zbudowana na Forcie Ujście dawnej pruskiej. Marek Henzler / Polityka
Latem nad Bałtykiem szukamy słońca i czystego piasku. My proponujemy wędrówkę szlakiem nadmorskich fortyfikacji z XIX–XX w. i poligonów. Coraz więcej militarnych obiektów udostępnianych jest turystom, a ich tajemnice odsłaniają tajne dotąd archiwa.

W Gdańsku, poza twierdzą Wisło-ujście – architektoniczną perełką z przełomu XV–XVI w. i pozostałościami po twierdzy pruskiej (patrz ubiegłoroczne „Markowe szlaki” -  „Twierdze znad Wisły”), w dzielnicy Stogi znajdziemy młodsze militarne pamiątki. Od pętli tramwajowej przy ul. Nowotnej przez laski i wydmy Mierzei Wiślanej wytyczono pieszy i rowerowy szlak nadmorskich fortyfikacji Gdańska (8,2 km). Są tu m.in. pozostałości po Baterii Wydmowej i bateriach haubic (z czasów pruskich), schrony i zapory przeciwpancerne (niemieckie) z okresu II wojny i wieża obserwacyjna polskiej Baterii Artylerii Stałej (BAS). Szlak kończy się w Górkach Zachodnich. To tu Wisła w 1840 r. wypłukała sobie przez mierzeję najkrótsze ujście do morza, zwane dziś Wisłą Śmiałą. Z Górek jedziemy do Gdyni.

Wiara w moc dział nadbrzeżnych baterii, skutecznie osłaniających w XIX w. porty, fiordy i przejścia przez cieśniny, przetrwała nawet II wojnę światową. I kiedy Polska zyskała ponad 500-kilometrowe wybrzeże, zdecydowano nie tylko o rozwoju marynarki wojennej, ale i budowie baterii nadbrzeżnych, od ujścia Wisły po wyspę Wolin. Pierwszą sformowano w 1946 r. w Gdyni Redłowie, a drugą – na Helu w 1949 r. Do połowy lat 50 kolejne BAS stanęły pod Międzyzdrojami, w Kołobrzegu, Ustce, Gdańsku Stogach, Ustroniu Morskim, Rozewiu, Gdyni Oksywiu, Helu Borze i na Helu (już druga). W każdej służyło po ok. 150 żołnierzy. Z reguły miały one po cztery żelbetowe stanowiska dla dział produkcji radzieckiej o kalibrze od 100–152 mm, główne i zapasowe stanowiska dowodzenia, schrony dla załogi, na amunicję i reflektory, własną elektrownię i punkty obserwacyjne, z czasem wyposażane w radary. Stawiano je na wysokim klifie i maskowano. Już dekadę później sztabowcy doszli do przekonania, że rozwój broni rakietowej stawia pod znakiem zapytania sens posiadania stałych baterii, łatwych do zniszczenia precyzyjnym atakiem rakiet bądź zrzutem dużych bomb lotniczych. Obsadę BAS początkowo skadrowano, a w 1974 r. większość rozformowano.

Kępę Redłowską w Gdyni, z jej wysokim klifem i pięknym lasem, w 1938 r. uznano za rezerwat przyrody. Po wojnie rozlokowało się w nim wojsko i właśnie tu stanęła pierwsza BAS ochraniająca podejście do głównej bazy floty w Gdyni Oksywiu. Wojsko szczyt Kępy zajmuje dalej, ale płot odsunęło od brzegu klifu, co umożliwia cywilom dostęp do rozmieszczonych na jego krawędzi stanowisk dla dział. Za wojskowym płotem pozostał schron dla załogi i wieża kierowania ogniem. Do najciekawszego militarnego zabytku Gdyni z parkingu na Polance Redłowskiej wiedzie 700-metrowa edukacyjna ścieżka. Podziwiać z niej można Zatokę Gdańską, co rusz mija się schrony i transzeje broniące kiedyś dostępu do samej baterii. Na końcu ścieżki znajdziemy trzy stanowiska ogniowe z działami o kalibrze 130 mm, o zasięgu strzału 25 km. Ważąca 1466 ton żelbetowa bryła stanowiska czwartego działa w latach 60. osunęła się wraz z podmywanym przez morze klifem. Ogromnego dwukondygnacyjnego schronu nie musiał więc niszczyć wróg.

 

W 1940 r. produkcję niemieckich okrętów podwodnych i torped zdecydowano się przenieść poza zasięg alianckich bombowców. Idealnie nadawał się do tego rejon Zatoki Gdańskiej. W północnej części portu gdyńskiego zbudowano torpedownię Oxhoft (Oksywie) i drugą – na wysokości osiedla Hexengrund (Babie Doły), u wylotu nadmorskiego wąwozu, gdzie przed wojną był ośrodek kwarantanny dla chorych marynarzy z wpływających do Gdyni statków. Zbudowano hale montażowe, magazyny, schrony i sieć wąskotorowej kolejki. W pierwszej torpedowni testowano m.in. torpedy akustyczne, w drugiej – torpedy lotnicze. Odpalano je na ćwiczebnych torach z punktami obserwacyjnymi na wodach Zatoki Gdańskiej. Po testach torpedy wyławiano i przygotowywano do użycia już z ładunkami bojowymi. Przy ich montażu pracowało kilka tysięcy osób.

Po wojnie torpedownię oksywską przejęła polska marynarka wojenna. Druga, zrujnowana i opuszczona, stoi ok. 300 m od brzegu. Nie ma już mola łączącego ją z lądem. Dostrzeżemy ją, kiedy z wojskowego osiedla przy lotnisku Babie Doły (ul. Dedala) zejdziemy z klifu schodami na brzeg. Z ogromnej betonowej ruiny korzystają dziś morskie ptaki, amatorzy nurkowania i filmowcy. Tu m.in. nakręcono końcowe sceny „Czterech pancernych i psa”, a także epizody do paru innych wojennych i kryminalnych filmów.

 

W 1936 r. prezydent Ignacy Mościcki podpisał dekret o utworzeniu Rejonu Umocnionego Hel. Na mierzei wprowadzono wtedy pierwsze ograniczenia w budowie cywilnych budynków i w swobodzie ruchu ludności. Zbudowano port wojenny, schrony amunicyjne, podziemne zbiorniki paliwa, służącą głównie wojsku sieć kolejową i postawiono baterię artylerii nadbrzeżnej im. Heliodora Laskowskiego, wyposażoną w 152-mm działa z fabryki Boforsa. Lokalne naturalne warunki i powstałe umocnienia umożliwiły obronę Helu przed Niemcami do 2 października 1939 r., a potem z kolei obronę tu Niemców do ostatniego dnia wojny w Europie.

Z czasów niemieckiej okupacji u wjazdu do miasta Hel został militarny zabytek klasy światowej – stanowiska ogniowe baterii Schleswig-Holstein, wyposażonej w 406-mm działa (Adolfkanone), najpotężniejsze, jakie kiedykolwiek ulokowano na stałych stanowiskach. Miały być na pancernikach Kriegsmarine. Kiedy zrezygnowano z ich budowy, trafiły na ląd (trzy na Hel i siedem do Norwegii). Bateria helska gotowość bojową osiągnęła w maju 1941 r., a cztery miesiące później Niemcy działa przenieśli do Sangatte w okupowanej Francji (nieopodal miejsca, gdzie dziś jest wjazd do Eurotunelu), skąd już jako bateria Lindemann blokowały one żeglugę na kanale La Manche i ostrzeliwały okolice angielskiego miasta Dover. W 1944 r. baterię zdobyli i zniszczyli Kanadyjczycy.

Tysiące ton betonu wylane na budowę na Helu stanowisk ogniowych baterii Schleswig-Holstein poszło na marne. A każde z nich to ogromny bunkier o wymiarach 64 na 40 m, z miejscem na górze na Adolfkanone. Działo to, z lufą o długości 21,1 m, ważyło 160 ton (plus 400 ton wieża). Bunkier we wnętrzu krył m.in. maszynownię, magazyny pocisków i ładunków, windy amunicyjne, ośrodek łączności i pomieszczenia z zapleczem dla ok. 70 osób obsługi każdego z dział.

Po wojnie bunkry wykorzystywano jako wojskowe magazyny, a w jednym, przekazanym cywilom, Fundacja Przyjaciele Helu stworzyła Muzeum Obrony Wybrzeża. Znalazły się w nim niemieckie, radzieckie i polskie eksponaty, ilustrujące militarne dzieje Helu i codzienne życie służących tu żołnierzy. Można tu odbyć przejażdżkę wojskową wąskotorówką. Warto też obejrzeć 9-piętrową betonową wieżę kierowania ogniem tej baterii z pięknym widokiem na wody Zatoki Gdańskiej i pełne morze. W środku wieży zwiedza się dawne służbowe pomieszczenia, a z plansz i fotografii poznaje historię najcięższych dział różnych armii świata. Czeka nas tam też niespodzianka – pieczołowicie odtworzony, przeniesiony z dawnego mieszkania w Gdyni – gabinet kpt. Karola Olgierda Borchardta, wychowawcy wielu roczników oficerów polskiej floty, pisarza marynisty, autora m.in. kultowej książki „Znaczy kapitan”.

 

Z Helu jedziemy do Łeby. Wędrując mierzeją między morzem a jeziorem Łebsko, w kierunku ruchomych wydm Słowińskiego Parku Narodowego, powinniśmy wstąpić do muzeum wyrzutni rakiet. W 1941 r. Niemcy w podłebskiej Rąbce zbudowali rakietową stację doświadczalną, nazywaną niekiedy Kleine Peenemünde. Łeba nie była narażona na alianckie naloty. Rakiety można było bezpiecznie odpalać wzdłuż brzegu Bałtyku lub w kierunku zajętego przez Niemców duńskiego Bornholmu. Testowano tu naprowadzane falami radiowymi rakiety przeciwlotnicze Rheintochter (Córka Renu) i rakiety ziemia-ziemia Rheinbote (Posłaniec Renu) – klon rakiety V-2. Pierwsze okazały się chybionym pomysłem, a drugimi Niemcy w 1945 r. zdążyli jeszcze ostrzelać Antwerpię.

Na przełomie lat 60 i 70., kiedy Polska miała kosmiczne ambicje, pozostałe po Niemcach schrony i wyrzutnie wykorzystywali nasi konstruktorzy rakiet, badacze kosmosu i meteorolodzy. Powstała tu Stacja Sondażu Rakietowego Atmosfery, gdzie odpalano produkowane w WSK Mielec rakiety, m.in. z serii Meteor i Rasko. Pierwsze wzlatywały na wysokość 90 km i służyły do badania zjawisk geofizycznych i meteorologicznych, m.in. rozprzestrzeniania się odpadów po wybuchach nuklearnych. Drugie były rakietami antygradowymi i próbowano nimi wywoływać opady sztucznego deszczu. W Rąbce obejrzeć można niemiecką jeszcze wyrzutnię z makietą polskiej rakiety, stanowisko dowodzenia w sporym schronie, halę montażu rakiet z ciekawą ekspozycją poświęconą historii niemieckiej, a potem polskiej rakietowej stacji doświadczalnej, definitywnie zamkniętej w 1974 r.

 

To miasto starszemu pokoleniu Polaków kojarzy się z propagandowymi celebrami zaślubin z morzem i festiwalem piosenki żołnierskiej. Pomnik Zaślubin nadal stoi nieopodal plaży, festiwal obumarł, natomiast coraz większym powodzeniem u publiczności cieszy się coroczna rekonstrukcja bitwy o Festung Kolberg. W czasach pruskich Kołobrzeg był dużą twierdzą, którą starały się zdobyć wojska napoleońskie, jak i rosyjskie. Pozostały po niej m.in. fort Ujście, na którym zbudowano latarnię morską, i Reduta Solna, przy której cumuje dozorowiec ORP „Fala”, którego armatorem jest dziś kołobrzeskie Muzeum Oręża Polskiego i stąd można go zwiedzać. Samo muzeum dusi się od liczby stojących na jego dziedzińcu samolotów, dział i rakiet. W gmachu głównym znajdziemy najbogatsze w Polsce zbiory oryginalnego wojskowego umundurowania. Muzeum Oręża ma też oddział w mieszczańskiej kamienicy, gdzie są zbiory archeologiczne, narzędzi mierniczych (wagi i miary) oraz wystawa poświęcona historii mody i obyczajów plażowych. Dla niektórych sporą atrakcją w Kołobrzegu może być największy ponoć w Polsce sklep z demobilem po naszej i innych armiach.

 

 

W tym roku ostatni już raz można przejechać lub przejść przez most Baileya na skraju Dźwirzyna, nad kanałem łączącym jezioro Resko Przymorskie z Bałtykiem. Nazwa mostu pochodzi od nazwiska angielskiego inżyniera Donalda Baileya, który podczas II wojny dla wojsk alianckich zaprojektował składany most, z łatwych do transportu i montażu metalowych kratowych dźwigarów. Po zmontowaniu konstrukcji na brzegu saperzy gotowy most nasuwali na podpory. Mogły po nim jeździć nawet ciężkie czołgi i pociągi. Kilkanaście takich konstrukcji po wojnie trafiło do Polski. Wysłużony most z Dźwirzyna zostanie rozebrany i zmontowany w muzeum już jako zabytek techniki militarnej. Dotąd wiodła po nim droga z Dźwirzyna do Rogowa. Osiedle ma ok. 330 stałych mieszkańców, ale do niedawna nie było go na cywilnych mapach. Kolejno były tu: niemiecka, radziecka i polska zamknięta strefa wojskowa.

W 1936 r. Niemcy w małej rybackiej wiosce, zwanej wtedy Kamp, rozpoczęli budowę koszar, osiedla domków w stylu szwajcarskim dla kadry i lotniska, na którym stacjonował m.in. pułk rozpoznania lotniczego latający na wodnosamolotach. Samoloty z tego lotniska we wrześniu 1939 r. atakowały polskie okręty i pozycje w Zatoce Puckiej i na Helu. Po wojnie stacjonowali tu Rosjanie, a potem polscy przeciwlotnicy, uzbrojeni m.in. w zestawy rakietowe KUB-M. Do końca XX w. do Rogowa nie można było wjechać bez przepustki, co niektórzy tłumaczą tym, że armia w poniemieckich hangarach trzymała tu nadwyżki uzbrojenia. W budynkach po niemieckiej komendanturze i w później postawionych pawilonach działa Wojskowy Dom Wypoczynkowy (niegdyś wyłącznie dla monowskiej elity, dziś dostępny dla wszystkich), z kawiarnią w dawnym letnim domu marszałka Hermanna Göringa.

Od niedawna gospodarzem części opuszczonej przez wojsko infrastruktury jest Fundacja Muzeum Fort-Rogowo, która w ogromnym hangarze ze strunobetonu (cud budowlanej techniki) i dostawionej do niego wieży kontroli lotów urządza muzeum lotnictwa i techniki lotniczej. W maju 2010 r. stały tu już Iskra, Iryda i przedstawiciel rodziny Migów oraz wiele lotniczego szmelcu wydobytego z jeziora Resko. W 1945 r. miejscowe lotnisko było etapem mostu powietrznego, którym ewakuowano niemieckie kobiety i dzieci z zajmowanego przez Rosjan Pomorza na wyspę Rugię. Kilka samolotów zbyt przeciążonych bądź zestrzelonych runęło do jeziora. Także i tu szukano wraku samolotu z Bursztynową Komnatą. W hangarze stanie jeszcze 9 innych samolotów. – Po krakowskim, będziemy drugim co do liczby samolotów muzeum lotnictwa w Polsce – z dumą mówi Mirosław Huryn, prezes fundacji, z zawodu mechanik samolotowy po szkole w Dęblinie. – Chcemy tu dokumentować mało znaną historię lotnictwa wodnego (latających łodzi). Dawny militarny kompleks fundacja zamierza też wykorzystać do turystyki lotniczej, w tym jezioro dla wodnosamolotów.

 

Jadąc dalej na zachód, przy plaży w Dziwnówku możemy obejrzeć polskie umocnienia przeciwdesantowe, a w Dziwnowie jeden z nielicznych czynny zwodzony most. Od paru lat obchodzony jest tu też Dzień Grecki. Skąd taki nad Bałtykiem? Kryje się za tym jedna z tajemnic powojennej historii. W lipcu 1949 r. w dawnej niemieckiej bazie lotnictwa morskiego utworzono tajny szpital „250” dla bojowników komunistycznej Demokratycznej Armii Grecji. Po przegranej wojnie domowej, poprzez albańskie porty, na leczenie w Polsce trafiło parę tysięcy Greków. Po rekonwalescencji osiedlali się na Pomorzu, Dolnym Śląsku i w Bieszczadach. Tych, którym lekarze już nie byli w stanie pomóc, grzebano na cmentarzu na terenie jednostki wojskowej. W końcu 1950 r. szpital „250” rozformowano, a na bazie jego lekarskiej kadry utworzono w Łodzi Wojskową Akademię Medyczną. Pamiątką po Grekach w Dziwnowie jest pomnik na greckim cmentarzu, kamień z okolicznościową tablicą przy ul. Parkowej i Dzień Grecki (w br. 17 lipca), z grecką kuchnią i muzyką. Spotykają się tu wtedy byli pacjenci i personel z tajnego szpitala.

 

W Zalesiu nieopodal Międzyzdrojów Niemcy pracowali nad Vergeltungswaffe 3, odwetową bronią V-3. Na pomysł budowy działa, z którego pocisk wypycha nie tylko wybuch ładunku głównego, ale także ładunków w bocznych komorach, rozlokowanych wzdłuż lufy i stopniowo odpalanych w trakcie przemieszczania się w niej pocisku, w XIX w. wpadli Francuzi. Do arsenału „cudownych broni” wprowadzili je dopiero niemieccy inżynierowie. Z wielokomorowych dział, miotających pociski na 160 km, zamierzano zniszczyć Londyn. Długie, nawet na ponad sto metrów, lufy dział budowano z kilkumetrowych segmentów. Stawiano je pod określonym kątem na betonowych i metalowych podporach. Aby zmniejszyć koszty podpór, lufy opierano na naturalnych stokach wzgórz. Z racji wyglądu Niemcy działa te zwali też stonogami. Ich testy w Zalesiu trwały do lutego 1945 r. Tę militarną technologię poza Hitlerem próbował też rozwijać inny dyktator – Saddam Husajn.

W Zalesiu, w bunkrze, w którym kiedyś składowano pociski, znajdziemy małą wystawę poświęconą V-3. Dzierżawcą bunkra jest Piotr Nogala, autor publikacji o tej broni i jej tajnym poligonie.

Z Zalesia niedaleko już do Świnoujścia – pełnego militarnych pamiątek. Nadmorską twierdzę Prusacy zbudowali tu dopiero w II połowie XIX w. Chronić miała ujście Świny (Odry) i Zalew Szczeciński od strony morza. Miała cztery forty główne i wiele obiektów pomocniczych. Największy fort wysadzono w latach PRL, bo przeszkadzał w rozbudowie portu. Trzy pozostałe: Fort Zachodni i Fort Anioła na wyspie Uznam oraz Fort Gerharda, a także bunkier dowodzenia Göben (Dzwon) – na wyspie Wolin, łączy oznakowany 4-kilometrowy fortyfikacyjny szlak. Forty te przetrwały do dziś, bo do 1992 r. korzystała z nich radziecka, a potem polska marynarka. Wszystkie są ciekawymi przykładami fortecznej architektury, a już szczególnie Fort Anioła zbudowany jako miniatura rzymskiego Zamku Anioła. Skomunalizowane forty mają dzierżawców, których zasługą jest ich oczyszczenie i zabezpieczenie przed dalszą dewastacją. Aby utrzymać forty, dzierżawcy i ich personel oprowadzają turystów, prowadzą gastronomię, organizuję handlowe i militarne imprezy, ale będąc miłośnikami historii i militariów wiele robią, by zachować historyczny wygląd fortów i dokumentować ich dzieje. – Nie wszystkim się to podoba, ale uważam, że trzeba upamiętnić ich pruską, hitlerowską, sowiecką i polską przeszłość – mówi Piotr Laskowski, dzierżawca Fortu Zachodniego i autor przewodników po świnoujskich fortyfikacjach.

 

Do centrum Świnoujścia dojeżdża dziś niemiecka UBB (Uznamska Kąpielowa Kolej). Korzystając z dobrodziejstwa przynależności Polski do państw grupy Schengen, tylko z dowodem osobistym kolejką tą możemy pojechać do Peenemünde, do muzeum historii i techniki, w budynku dawnej elektrowni zasilającej były ośrodek badań rakietowych, w którym pracowano nad rozwojem powietrznych broni III Rzeszy (latających bomb V-1 i rakiet V-2). Ośrodek powstał w 1937 r., najbardziej ucierpiał podczas alianckiego nalotu w 1943 r., a ostatecznie został zlikwidowany powojennymi decyzjami aliantów. Przetrwała tylko elektrownia i lotnisko, na którym stacjonowały enerdowskie Migi. Hektary powierzchni ośrodka dalej są niedostępne, bo dotąd nie oczyszczono ich z niewybuchów.

 

W muzeum za 2 euro można wypożyczyć audioprzewodnik i posłuchać, co Niemcy mówią (także w języku polskim) turystom o swoich cudownych broniach. Autor narracji przyznaje, że jego rodacy pod kierunkiem konstruktora Wernhera von Brauna kosmiczną technikę wykorzystali nie w służbie nieba, ale piekła. Podkreśla, że przy produkcji V-1 i V-2 zginęły i zmarły tysiące przymusowych robotników i jeńców wojennych – więcej niż ofiar z powodu bojowego zastosowania V-1 i V-2. Ale to jedna strona wystawy. Drugą jest zachwyt nad osiągnięciami niemieckich naukowców i techników, których naziści wprzęgli w rydwan swojej wojny... III Rzesza ją przegrała, a kilkuset niemieckich naukowców i techników rozpoczęło potem nie zawsze dobrowolną pracę nad kosmicznymi programami w USA, radzieckiej Rosji, Anglii i Francji. A sam von Braun stał się bohaterem Ameryki.

Dalej, na niemieckich brzegach Bałtyku i Morza Północnego, nie spotka się już ciekawych fortyfikacji; po obu wojnach światowych alianci nakazali je niszczyć w ramach demilitaryzacji Niemiec.

 

W tym cyklu wydrukowaliśmy: „Samochodzik i krzyżacy”.

Polityka 28.2010 (2764) z dnia 10.07.2010; Półprzewodnik Polityki; s. 62
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Polityka przy stole. Symulator kampanii wyborczej i inne planszówki

Kogo znane na co dzień z ekranów i gazet polityczne spory nadal bardziej ekscytują, niż męczą, może sprawdzić swoich sił w ich wersji pudełkowej. Uwaga – wciągają jak prawdziwe.

Michał Klimko
25.11.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną