Strona główna

Damy i kurtyzany

Dzieła w podróży - czyli muzea jadą w świat

„Bitwa pod Grunwaldem” pędzla Tadeusza Popiela i Zygmunta Rozwadowskiego podróżowała z Lwowa do Warszawy. „Bitwa pod Grunwaldem” pędzla Tadeusza Popiela i Zygmunta Rozwadowskiego podróżowała z Lwowa do Warszawy. Maciej Kuczyński / EAST NEWS
Muzea, by przyciągnąć tłumy, muszą mieć ruch w interesie, dlatego dzieła sztuki i zabytki krążą po świecie zapakowane w skrzynie. Wystawy to wielkie spektakle – sztuka to jeden z ich elementów, w tle jest jeszcze polityka i biznes.
„Dama z gronostajem” trafiła do Polski w 1800 r., gdy księżna Izabela Czartoryska zakupiła ją i włączyła do swojej kolekcji w Puławach.Adam Chełstowski/Forum „Dama z gronostajem” trafiła do Polski w 1800 r., gdy księżna Izabela Czartoryska zakupiła ją i włączyła do swojej kolekcji w Puławach.
Konserwatorzy to grupa najbardziej przeciwna podróżom dzieł sztuki. Twierdzą, że płótno cały czas pracuje, a szkody wywołane zmianami wilgotności czy podróżą nie muszą być widoczne od razu gołym okiem.Arnd Wiegmann/Reuters/Forum Konserwatorzy to grupa najbardziej przeciwna podróżom dzieł sztuki. Twierdzą, że płótno cały czas pracuje, a szkody wywołane zmianami wilgotności czy podróżą nie muszą być widoczne od razu gołym okiem.

Niektórzy twierdzą, że sportretowana przez Leonarda da Vinci pod koniec XV w. Cecylia Gallerani urodą przewyższa samą „Giocondę”. Z tym że, w przeciwieństwie do niej, kobieta i siedzący na jej łonie jedwabisty pupil nie patrzą nam w oczy. Spoglądają w bok, jakby nie chcieli widzieć wszystkich kłótni, jakie się wokół nich rozgrywają. „Dama z gronostajem” trafiła do Polski w 1800 r., gdy księżna Izabela Czartoryska zakupiła ją i włączyła do swojej kolekcji w Puławach. „Portret tej dziewczyny stawał się raz po raz przedmiotem gier – wojennych, politycznych, prestiżowych, szaradowych – co najmniej trzydzieści razy zmieniał miejsce pobytu, przewożony w jukach konnego posłańca, karetą, ładowną bryką, pociągiem, samochodem, samolotem, promem – niekiedy niesiony pod pachą” – pisze historyk sztuki prof. Marek Roztworowski. Jego „Gry o Damę” nie uwzględniają wszystkich kłopotów, jakie zaczęły się po przekazaniu praw do obrazu (i innych dzieł sztuki z kolekcji Czartoryskich) prawowitemu spadkobiercy – księciu Adamowi Karolowi Czartoryskiemu.

W 1991 r. właściciel utworzył fundację, powierzając jej pieczę nad zbiorami. W zarządzie zasiadła rodzina księcia oraz spokrewnieni z nim arystokraci (ostatnio Adam Zamoyski, Maria Osterwa-Czekaj i Antoni Potocki), a w radzie ekspertów sławy polskiej nauki – prof. Maria Poprzęcka, prof. Andrzej Ciechanowiecki czy prof. Andrzej Rottermund. Nikt nie spodziewał się, że fundator nagle odwoła stary zarząd i radę i powoła nowy, w dodatku składający się z pracowników Muzeum Narodowego w Krakowie. – Ta decyzja jest przedziwna, bo interesy prywatnego właściciela są z założenia sprzeczne z interesem państwowej instytucji, jaką jest muzeum – mówi Maria Osterwa-Czekaj. Fundator nie zdradził powodu swojej decyzji. Oficjalnie mówi się, że poprzedni zarząd za często zgadzał się na podróże obrazu, ale w kuluarach krąży plotka, że główną przyczyną zamieszania jest waśń rodzinna.

Spór o Damę trwa od lat, gdyż są różne pomysły na temat tego, co jest dla niej najlepsze. Podczas gdy jedni chcą, by ambasadorka kultury polskiej podróżowała po świecie, promując kraj i podnosząc swój prestiż, innym zależy, by nie opuszczała muzeum i przyciągała do Krakowa turystów. Niektórzy mówią wręcz, że Dama traktowana jest jak luksusowa kurtyzana, która krąży po świecie, by zarabiać pieniądze, choć te są częściowo przeznaczane na remont Muzeum Czartoryskich.

Rembrandt lub mumia

Według konserwatorów, takie arcydzieło jak „Dama z gronostajem” nie powinno w ogóle opuszczać Krakowa, bo każda zmiana temperatury i wilgotności oraz drgania występujące w podróży szkodzą obrazowi. Mają rację, ale prawdą jest, że dziś podróże, nawet wielkich dzieł, nie należą do wyjątków. Tylko kilku największym muzeom wystarczają własne zbiory, inne muszą robić wystawy czasowe, nie mówiąc o instytucjach, które nie mają własnej kolekcji, jak Kunst und Austellungshalle der Bundesrepublik Deutschland w Bonn. – Co roku organizujemy 89 wystaw i mimo że są to coraz większe pieniądze, bo rosną koszty transportu i ubezpieczenia, nie zmniejszamy tempa, podobnie zresztą jak inni – mówi kuratorka wielu organizowanych tam wystaw dr Agnieszka Lulińska.

Mimo kryzysu ruch dzieł sztuki jest coraz bardziej intensywny, a tłumy w muzeach gwarantują tylko rozpoznawalne nazwiska – da Vinci, Caravaggio, Vermeer, Rembrandt. – Spośród 200 wystaw, które udało się zorganizować w ciągu 20 lat istnienia naszej instytucji, największą popularnością cieszyła się wystawa kolekcji Guggenheima i skarbów Tutanchamona w 2004 r. – dodaje dr Lulińska. Publiczność nadal ma słabość do mumii i złota znad Nilu, a imię faraona-chłopca niezmiennie działa jak magnes. Zahi Hawass (właśnie zwolniony po raz wtóry w tym roku ze stanowiska ministra kultury Egiptu) dobrze o tym wiedział. Niczym udzielny władca starożytności faraońskich kazał płacić za ich wypożyczenie bajońskie sumy, często sam decydował, do jakich krajów mogą podróżować. W rezultacie zabytki z Muzeum w Kairze jeździły ostatnio jedynie po USA i Japonii.

Są obiekty, jak „Gioconda” w Luwrze, których muzea programowo nigdy nie wypuszczają z rąk. Czasami o tym, że pewnych dzieł się nie wypożycza, decyduje stan ich zachowania, zabraniające wyjazdu legaty lub niejasna sytuacja prawna, co szczególnie dotyczy zagrabionych zabytków starożytnych (Berlin konsekwentnie odmawia wyjazdu popiersia Nefertiti do Egiptu, obawiając się, czy wróci). – Nie istnieje jednak oficjalna lista dzieł, których się nie wypożycza, zawsze można zwrócić się z prośbą o wypożyczenie tego, na czym nam zależy, choć nie ma gwarancji, że uzyskamy zgodę – mówi dr Grażyna Bastek z Muzeum Narodowego w Warszawie. W Polsce, najczęściej na zasadzie wymiany, gościł Caravaggio, Rubens, Van Gogh, a teraz, dzięki wizycie Damy w Hiszpanii, mamy dzieła El Greca i Velázqueza. Wystawy najczęściej są organizowane przy współudziale prywatnych sponsorów, ale i tak daleko nam do rozmachu bogatych muzeów, dla których organizacja przynajmniej dwóch wielkich wystaw co roku jest kwestią prestiżu.

Tam i z powrotem

W Europie wypożyczenia między muzeami państwowymi są na ogół bezpłatne, inaczej w przypadku muzeów rosyjskich i prywatnych, które pobierają dodatkowe opłaty. Ale nawet bez płacenia za wypożyczenie koszty sprowadzenia i ubezpieczenia zabytków są ogromne. W przypadku arcydzieł ubezpieczenia są wręcz horrendalne, no bo jak wycenić wartość bezcennej maski Tutanchamona czy obrazu da Vinci. Nic dziwnego, że wiele instytucji żąda na nie gwarancji państwowych. – Mamy szczęście, że rząd niemiecki obejmuje swymi gwarancjami wszystkie nasze wystawy, dzięki czemu zazwyczaj możemy zrezygnować z usług prywatnych ubezpieczycieli – mówi dr Lulińska.

Równie niebotyczne są koszty przewozu zabytków. Przy większych projektach muzea muszą ogłosić przetarg, w którym biorą udział wyspecjalizowane firmy transportowe z całej Europy (w Polsce są to Renesans Trans oraz Art Logistik – filia Hasenkamp). Dziś przewiezienie dzieła sztuki czy zabytku w niczym nie przypomina metod z XIX i XX w., kiedy to ładowano hurtem na statki obeliski, rzeźby i skrzynie pełne zabytków czy na kolanach wożono obrazy zawinięte w gazetę. Transport to cała operacja, w której oprócz przewoźników o bezpieczeństwo obiektu dba konserwator i ochrona. Arcydzieła przewożone są w ogniotrwałych, wstrząsoodpornych i klimatyzowanych pojemnikach.

Problemem nie są nawet kilkutonowe rzeźby. Muzeum Pergamońskie w Berlinie planuje wypuścić w świat ważące po kilka ton rzeźby bogów z Tel Halaf w Syrii, które Niemcy ostatnio posklejali z 27 tys. fragmentów (patrz: POLITYKA 9). Wiadomo, że dla każdej z tych liczących 3 tys. lat rzeźb będą zbudowane specjalne skrzynie i konstrukcje zabezpieczające, pewnie też nie polecą samolotem, bo mikrowstrząsy mogą spowodować, że rozpadną się na kawałeczki. Wysokiej klasy muzea umieją doskonale zabezpieczyć zabytek. – Nie mogłam wyjść z podziwu, gdy do Royal Ontario Museum w Toronto, gdzie pracowałam, przyjechała z Bostonu piękna rzeźba faraona Mykerinosa z żoną – mówi konserwator zabytków Ewa Paradowska-Dziadowiec. – Ponieważ zabytek podróżował też po Japonii, skonstruowano dla niego podwójną skrzynię, odporną nawet na trzęsienia ziemi. O wiele gorzej wyglądali terakotowi żołnierze Pierwszego Cesarza, którzy przyjechali z Chin, a już zupełnie nieprofesjonalnie potraktował starożytne ossuarium [z wyrytym na nim współcześnie napisem „Jakub, brat Jezusa” – red.] prywatny właściciel, który zapakował je w karton i włożył do luku. W czasie lotu kamienna skrzynka pękła i musieliśmy ją sklejać, aż dziw, że ubezpieczająca zabytek firma Loyd wypłaciła odszkodowanie.

Oczywiście, takie sytuacje zdarzają się rzadko, ale konserwatorzy to grupa najbardziej przeciwna podróżom dzieł sztuki. Twierdzą, że płótno cały czas pracuje, a szkody wywołane zmianami wilgotności czy podróżą nie muszą być widoczne od razu gołym okiem. Zadaniem konserwatorów jest sprzeciwianie się podróżom zabytków. Historycy sztuki mówią z przekąsem, że najchętniej schowaliby wszystkie arcydzieła w szczelnych sejfach, bo im przecież wszystko szkodzi, a najbardziej ludzkie oddechy. Ale konserwatorzy nie są wszechmocni. – Często nie wydawałam zgody na wyjazd różnych obiektów, a i tak byłam przegłosowywana – mówi Ewa Paradowska-Dziadowiec. Muzealnictwo to dziś wysoko wyspecjalizowany rynek, który działa jak dobrze naoliwiona maszyna. Wiążą się z nim ogromne pieniądze, polityka, a co za tym idzie również duże emocje. – Wystawy sztuki to spektakle, w których każdy odgrywa swoją rolę – mówi dr Lulińska. – Jako organizatorka wystaw walczę o każdy obiekt, a zatem jestem po innej stronie barykady niż konserwator, uważam jednak, że dobro i bezpieczeństwo dzieła sztuki są priorytetowe. A końcowy efekt takiego spektaklu zawsze jest wynikiem długotrwałych pertraktacji i kompromisów ze strony wszystkich jego uczestników.

Czy damy damę?

Nasza Dama bierze udział w tych spektaklach od 20 lat. Pierwszy wyjazd do USA w 1991 r. był ważny, bo wówczas nie wszyscy jeszcze wierzyli, że jest to dzieło samego Leonarda. Kolejne – jak tournée po Japonii czy wystawa w Malmö – już mniej. – W latach 90. Dama podróżowała, wprowadzając Polskę do NATO i Unii, a jej największym dramatem jest to, że tylko ona się do tego nadawała, bo to jedyne dzieło tej klasy w polskich zbiorach, w dodatku w dobrym stanie i łatwe do przewożenia – zauważa prof. Maria Poprzęcka.

Za prezesury Adama Zamoyskiego w Fundacji obraz wyjechał tylko do Budapesztu (na prośbę ministra Sikorskiego), a teraz, ponieważ Muzeum Czartoryskich jest w remoncie, miał jechać na dwie wystawy, do Berlina i Londynu. – Fundacji nie zależało na wystawie w Madrycie, na którą w maju pojechała Dama, jednak właściciel, blisko spokrewniony z królem Hiszpanii, uparł się, by tam trafiła – mówi Maria Osterwa-Czekaj. Teraz wyjazd do Berlina raczej nie wypali, nie wiadomo też, co z Londynem. – Wiele wystaw, na które jeździła Dama, nie było jej wartych, ale akurat ta w londyńskiej National Gallery „Leonardo malarz dworski” to wydarzenie o wielkiej randze naukowej, w którym udział naszego obrazu jest pożądany i ważny – mówi dr Bastek. Po ostatnim akcie wandalizmu w National Gallery (polanie obrazu Nicolasa Poussina farbą) nowa prezes fundacji Olga Jaros zapowiada, że wizyta w Londynie będzie jeszcze dokładnie dyskutowana.

Polityka 31.2011 (2818) z dnia 26.07.2011; Coś z życia; s. 84
Oryginalny tytuł tekstu: "Damy i kurtyzany"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Szamani i inni szatani. Polska religijność zabobonna

Magiczna, zabobonna religijność staje się coraz bardziej powszechna w polskim Kościele. A pandemia jeszcze nasiliła te tendencje.

Joanna Podgórska
21.07.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną