Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Strona główna

Wszystkie drogi prowadzą nad Bosfor

Zwiedzamy Stambuł z Maksem Cegielskim

W Stambule możesz być, kim chcesz, o ile oczywiście masz na to pieniądze oraz pozwolenie rodziców i sumienia W Stambule możesz być, kim chcesz, o ile oczywiście masz na to pieniądze oraz pozwolenie rodziców i sumienia Narphotos / EK Pictures
W Stambule chciałbym zamieszkać, bo można tu zakosztować zgnilizny moralnej Zachodu i spokoju konserwatyzmu religijnego. Zmieniać style i filozofie życia, idąc na drinka do szpanerskiego baru a zaraz potem do zadymionej herbaciarni wstęp mają tylko mężczyźni.
Cieśnina Bosfor. To jej bliskość uczyniła miasto wielkim i tak różnorodnymSteven Fremont/Corbis Cieśnina Bosfor. To jej bliskość uczyniła miasto wielkim i tak różnorodnym
Wszystko pierwszej świeżości, żadnych mrożonek, jest smak i zapach, cena przystępnaPeter Horree/Alamy/BEW Wszystko pierwszej świeżości, żadnych mrożonek, jest smak i zapach, cena przystępna
Max Cegielski, ur. 1975, dziennikarz, pisarz. Autor m.in. „Masali” – o podróży po Indiach i „Pijanych Bogiem” – o sufizmie w PakistanieMax Cegielski/Materiały prywatne Max Cegielski, ur. 1975, dziennikarz, pisarz. Autor m.in. „Masali” – o podróży po Indiach i „Pijanych Bogiem” – o sufizmie w Pakistanie

Uciekam na południe, w wagonie Warsu obsługa gra w karty, oprócz mnie nie ma żadnego klienta. Mówią, że biznes kończy się w Wiedniu, do Budy i Pesztu nikt nie jeździ. „Bo i po co?”, dodaje kelner, jakby nie czując, że podkopuje też sens własnej podróży do stolicy Węgier.

Dalej, na południe od niej, można już tylko śnić o luksusowych wagonach Orient Expressu. Śnić, że czerwona cerata, forniry, brudne plastiki, którymi pokryty jest przedział, zamieniają się w miękkie obicia, lekko pachnące dymem dobrych cygar.

Przebiłem się przez wszystkie granice, unijne i postkomunistyczne: uciekłem znikającej Europie. Dotarłem do Miasta Miast, które zdaje się wysysać energię z całego regionu. „Stambuł na skraju stref geograficznych” to już zużyte hasło promocyjne. Gród broni jednak także granic czasu: przyszłość, teraźniejszość i historia są tu równie istotne. Dlatego od razu przypominam sobie inną wersję drogi na południe w latach 90. ­Autokarem z Katowic, ostatnie transporty polskich handlarzy, już nie detalicznych, jechały ­zamawiać hurtem paczki tureckich swetrów i marmurkowych ­dżinsów. W ich ­tłumie schowały się jakieś pary turystów, studenci z plecakami dusili się w papierosowym dymie i słowach alkoholowych pieśni. ­Popijałem z nowym ­polskim biznesem ciepłą wódkę, ­razem truliśmy nikotyną zagubionych studentów z plecakami. Kierowca na każdej granicy wręczał celnikom karton fajek, flaszkę lub perfumy i wszystko szło sprawnie. Szybko pojąłem, że handel obok religii jest najsilniejszym bodźcem zmuszającym człowieka do podróży. Poczułem, że dawny Konstantynopol to nie żaden miraż z turystycznego folderu, lecz namacalna rzeczywistość światowych dróg wymiany ­towarowej. ­Wjechałem tu pierwszy raz nie ze znudzonymi turystami, szukającymi kolejnych przygód, lecz ze zmęczonymi kupcami ery ­postkomunistycznych ­przemian.

Pierwszego dnia w historycznej stolicy imperium osmańskiego spacerowałem w słońcu obok nabrzeża z rozbitym rosyjskim statkiem, który zdawał się urastać do rangi metafory. Z kamienistej plaży zawołali mnie wąsaci panowie pichcący coś na ruszcie. Z Mustafą, który świętował zakończenie służby wojskowej, jedliśmy małe sardynki skrapiane cytryną, posypane solą, zagryzaliśmy turecką bułą, zapijaliśmy wódką. Przyjęcie na obrusie z gazety; organizator tego plażowego party nie mógł zrozumieć, dlaczego uchylałem się od wojska. A ja jeszcze nie wiedziałem, co oznaczają wszechobecne w kraju portrety Kemala Mustafy Atatürka. Obok nas wrak statku, podobno jego kapitan po pijaku nie wcelował do portu. Turcja – podobnie jak Polska – reformowała się i włączała w neoliberalną globalną wioskę, więc kiedy patrzyliśmy na przechylony statek, wydawał się paradoksalnie optymistycznym symbolem. Z raki (popularna wódka anyżówka) i rybkami życie stawało się piękne.

Podróż przez warstwy historii

Zresztą w Stambule jest mi zawsze dobrze. Zarówno na biennale sztuki, w światowym sosie artystów, jak i samotnie w śniegu – jak z książki Orhana Pamuka. Tanio w hostelu pełnym travelersów marzących o coraz bardziej egzotycznych – bo położonych dalej na mapie – miejscach i bardziej luksusowo na wyprawie z żoną i spokojnym włóczeniu się po zabytkach. Jednak od początku wiedziałem, że to miasto wypolerowane od spojrzeń podróżników skrywa przed turystami swoje zaułki i tajemnice.

Stare meczety i wieże minaretów wycelowane w niebo to tylko pierwsza warstwa znaczeń. Warto pamiętać, że w czasach, gdy Słowianie wciskają arabskim kupcom bursztyny i futra, tu rodzi się cywilizacja bizantyjska. Upada pod ciężarem własnego przepychu, w 1453 r. Osmanie zdobywają miasto. To nie koniec historii, lecz nowe rozdanie kart, wzgórza nad cieśniną Bosfor to coś więcej niż wschodnie Imperium Rzymskie. Co prawda kuzyn mojego tłumacza, kibic lokalnego klubu piłkarskiego, śpiewa mi na łodzi sunącej pod gwiazdami, że „Stambuł to nie Konstantynopol”, ale myślę, że genius loci zaraża też jeźdźców z głębi lądu, sułtanowie zmieniają miasto, a ono kształtuje ich poglądy, styl życia. Kolejne warstwy historii piętrzą się. Po skorzystaniu z toalety ukrytej w bizantyjskich lochach trzeba odnaleźć to, o czym nie wspomni przewodnik, czego nie obejmie program wycieczki.

Po zdobyciu przez muzułmanów miasto pozostało wielokulturowe: greckie, ormiańskie, pełne Franków – kupców z Europy. Wciąż można znaleźć greckie napisy na kamienicach, które rozszalały tłum nacjonalistów plądrował ostatni raz w 1955 r. Żydowskie inskrypcje w dzielnicach Nowej Jerozolimy, do której sułtanowie zapraszali tych, którym Europa oferowała tylko getta i pogromy. Proste i szlachetne linie modernizmu tureckiego: Atatürk Kültür Merkezi – Centrum Kultury im. Atatürka na skraju placu Taksim, symbol ideałów rewolucji Ojca Turków. Brutalnej przemiany, która oprócz rasistowskich teorii niosła też ideał nowego człowieka, zastępującego religię kultem swojego wodza, państwa i armii, ale bywającego też chętnie w filharmonii.

Istanbul Manifaturacilar Çarşisi – Stambulski Targ Kupców Tekstylnych (tuż obok mostu Atatürka). Pomiędzy wodami Złotego Rogu a akweduktem późnomodernistyczna bryła, która miała bazarowemu handlowi dać nowe, XX-wieczne wcielenie.

Na murach zarówno zabytków, jak i nowych inwestycji trwa walka klas i paradygmatów, reklamują się anarchiści i faszyści, miłośnicy japońskich mang i religijni radykałowie. Czerwone sztandary, sierpy i młoty obok wersetów wychwalających Boga. Miasto ma długą lewicową tradycję, komunizm ma tu inne znaczenie niż u nas. Na cmentarzach czerwone wstęgi znaczą groby zamordowanych działaczy lub zwykłych uczestników demonstracji, zastrzelonych jak ci na placu Taksim w 1977 r., kiedy „nieznani sprawcy” otworzyli ogień z dachu hotelu górującego nad przestrzenią. Nie piszą o tym w przewodnikach, ale trzeba to wiedzieć, aby zrozumieć, czym dla Turków jest plac Taksim. To serce Stambułu, do którego wiodą wszystkie turystyczne szlaki.

1 maja trzeba uważać w biednych podmiejskich dzielnicach gecekondu – nielegalnych domów. W święto ludzi pracy chwyta za butelki radykalna kurdyjska młodzież, i wszyscy, którzy nie załapują się na turecki cud gospodarczy. Płoną opony, toczą się bitwy, można dostać zabłąkaną kulą.

 

Świadom znaczeń placu Taksim wsiadam tam do metra, które inżynierowie schowali pod najgłębszymi pokładami archeologicznymi – jadę do nowej, luksusowej dzielnicy biznesu – wieżowców Leventu. Stamtąd małymi autobusikami do nowych, brzydkich meczetów w biednych dzielnicach, na spotkanie z potomkiem kurdyjskich rebeliantów walczących z republikańską obsesją świeckości w latach 20. Kiedy na zjeździe podróżników pokazuję akwarium w domu człowieka, którego pradziad został stracony w imię „nowego lepszego świata bez przesądów i ciemnoty”, wywołuję gwizdy na sali. To nie jest egzotyka, której oczekuje publika.

A pole rzepaku przy linii kolejki zmierzającej do najdalszego wschodniego skrawka 12-milionowego megalopolis? Buczenie tłumu rozpieszczonego atrakcjami. Prawdziwy Stambuł pada ofiarą konfliktu oczekiwań i rzeczywistości. Mnie pokazał pazury: nieotynkowane domki z pustaków na tle wieżowców, kot na czubku nagrobka muzułmańskiego mistyka stający się jego nowym wcieleniem. Obrazy miasta i wzory chust dziewczyn stapiają mi się dziś w jedno, mienią się w oczach, nie pamiętam, co jest wspomnieniem znaków na kafelkach, a co z wykwintnych zasłon głowy, których nie powstydziłyby się półnagie modelki na paryskich wybiegach.

Z gejowskiego klubu do meczetu

Stambuł jest miastem perwersji, wybuchowych zderzeń doznań. Z gejowskiego klubu w budynku XIX-wiecznego teatru, gdzie kelnerzy noszą skrzydełka przypięte do krocza, blisko do meczetu ascetów. Tam kobiety mogą przeżyć oświecenie, wyrazić miłość do Boga, a nawet poczuć jego obecność w głębokim transie, ale tylko na pięterku. Zza kraty obserwując swoich mężów, braci i synów skandujących: Bóg jest mądrością!

W Stambule chciałbym zamieszkać, bo tylko tutaj można tak zmieniać style i filozofie życia. Podobnie jest chyba tylko w Bombaju, ale to dużo dalej. Zresztą tam, po ostatnim wycieku ropy z tankowca, nie będzie już można jeść smażonych ryb prosto z morza.

Stambuł w historycznym centrum pachnie rybami, czasem po prostu śmierdzi, tą cudownie odurzającą mieszanką woni morza i wilgotnego wiatru. Nowa Jerozolima to zresztą miasto wędkarzy, można medytować, a zarazem zapewniać obiad sobie i rodzinie. Łowić w samym centrum, ćwicząc swój zmysł melancholii nad brzegiem morza lub cieśniny Bosfor. Z haszyszem, tureckim piwem lub z muzułmańskim różańcem w ręku, czasem z jednym i drugim. Nietrudno o pretekst do samotnego spaceru po nabrzeżu smaganym wichrem od wody, tędy po prostu wiedzie trasa do pracy lub do dziewczyny. Na biznesowe spotkanie można spieszyć promem. Ja na wodzie czuję się zawsze jak postać z Conrada, ale nawet bez literackich odniesień można cieszyć się po prostu mewami, a nawet delfinami. Jeśli to środek zimy, rozgrzać się czajem, podawanym nawet w trakcie 20-minutowej podróży z brzegu azjatyckiego na europejski.

Są dzielnice w głębi lądu, których mieszkańcy nigdy nie kąpali się w morzu, nawet lodów nie jedli na ławce z widokiem na kontenerowce sunące między biednym Południem a bogatą Północą świata. Niektórzy w Stambule nie mają nie tylko środków, ale też wyobraźni, choć z dusznych chat i otwartych pastwisk wschodniej Anatolii przyjechali do tego molocha za chlebem. Przerażeni plotkami o jego niemoralnych praktykach boją się wyjść poza swój kwartał ulic. Ojcowie zamykają córki w domu, te snują więc marzenia jak kiedyś dziewczyny w haremach.

W dawnym Konstantynopolu możesz być, kim chcesz, o ile oczywiście masz na to pieniądze oraz pozwolenie rodziców i sumienia. Emigracja do wielkiej metropolii nie oznacza poszerzenia horyzontów, często wręcz odwrotnie, kurczowe trzymanie się tradycji z przerażenia, z frustracji. Sprzedawca w sklepie na takich dalekich przedmieściach mówi mi wprost: Ja nie rozumiem tego miasta. Jest zbyt wielkie, ja zresztą też go nie obejmuję sercem ani rozumem, szkiełkiem ani okiem.

Wezwanie na iftar

Żołądek też wszystkich cudów świata nie obejmie. Świeżo upieczone na ogniu kasztany o drugiej w nocy? Proszę bardzo, siła robocza jest tak tania, migracja za chlebem tak wielka, że nawet w środku nocy ktoś coś dobrego sprzeda. Ryba, kasztany, kebab, małże z wózka na kółkach. Pierwszej świeżości i jakości, żadnych mrożonek, jest smak i zapach, cena przystępna. A o świcie, po pierwszej modlitwie w meczecie lub wracając z balangi z zamroczonym wzrokiem – świeża çorba, zupa gęsta jak nasza grochówka. Mój żołądek kocha Wschód, więc nie obawiam się małych lokali, nie pragnę niezdrowej sterylności. A ci, których Zachód przeżarł do cna, idą obok na amerykańskie sieciowe hamburgery.

Jeśli trwa ramadan, muzułmański miesiąc postu, mogę pójść do kosmopolitycznej dzielnicy Pera, gdzie islam ginie pod natłokiem turystów i lokalnej świeckiej elity. Tam można grzeszyć. Ale najlepiej z wierzącymi spróbować pościć i nie grzeszyć od świtu do zmierzchu, a przed zmrokiem wsłuchać się w ciszę poprzedzającą wezwanie na iftar, posiłek, który przerywa post. A potem, w rytmie całego świata islamu, spokojnie wziąć się do jedzenia.

Stambuł prowokuje do eksperymentów z duszą i ciałem, do myślenia o obietnicach, które składała przeszłość, rozważania o modelach przyszłości i paradoksach teraźniejszości.

Max Cegielski, ur. 1975, dziennikarz, pisarz. Autor „Masali” – o podróży po Indiach, „Pijanych Bogiem” – o sufizmie w Pakistanie, a także minipowieści „Apokalipso”. Na początku 2009 r. ukazała się jego książka „Oko świata. Od Konstantynopola do Stambułu”, za którą otrzymał nagrodę im. Beaty Pawlak. Prezenter TVP Kultura oraz „Ale Kino”; prowadzi też programy w Radiu Roxy. Współrealizator (wraz z Anną Zakrzewską) reportaży i filmów telewizyjnych o sztuce współczesnej.

Polityka 35.2011 (2822) z dnia 24.08.2011; Półprzewodnik Polityki; s. 74
Oryginalny tytuł tekstu: "Wszystkie drogi prowadzą nad Bosfor"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Apartamentowce na skażonej ziemi. Ludzie chcą tu mieszkać, a nie powinni

Jak to możliwe, że na skażonych gruntach powstają budynki mieszkalne?

Ryszarda Socha
22.06.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną