Polityka o historii. Odc. 112
Cienka czerwona linia. Czy polscy burmistrzowie kolaborowali z niemieckim okupantem?
Mało kto pamięta, że w Generalnym Gubernatorstwie działała polska administracja. Pragmatyczni Niemcy nie byli w stanie obsadzić jej swoimi ludźmi. Kontrolowali ją ściągnięci z Rzeszy starostowie oraz Gestapo. Zakres kompetencji polskich burmistrzów ograniczał się do zachowania czystości ulic, ściągania opłat za wodę i gaz oraz wydawania potrzebnych dokumentów.
I tu zaczyna się ciekawie, ponieważ wszyscy podczas okupacji chcieli mieć dobre papiery. Nie tylko konspiratorom na nich zależało, także tym, którzy nie chcieli zostać wywiezieni na roboty, oraz ukrywającym się Żydom. Niemcy przed włodarzami miast postawili zadanie wytyczenia terenów getta. Pierwsze powstało w Piotrkowie Trybunalskim, warszawskie zamknięte zostało murami w listopadzie 1940 r.
Jedni burmistrzowie zachowywali się empatycznie wobec głodujących w gettach Żydów, inni umywali ręce, uznając, że pomoc im spada na powołane przez Niemców Judenraty, samorządy żydowskie. Polskim chrześcijańskim rodzinom oddawali pozostałe po Żydach mieszkania. Ale czy mieli inne wyjście, skoro z Wielkopolski i Pomorza napłynęli przesiedleni stamtąd Polacy, którzy gdzieś mieszkać musieli?
Polscy burmistrzowie – można powiedzieć – znaleźli się między Niemcami, społeczeństwem polskim oraz Polskim Państwem Podziemnym. Niestety, cienką czerwoną linię nierzadko przekraczali, zwłaszcza podczas likwidacji gett, kiedy podległym sobie służbom (strażakom i policjantom) nakazywali pomóc Niemcom w pacyfikacji. O dylematach, przed jakimi stanęli podczas okupacji polscy burmistrzowie, opowiada Grzegorz Rossoliński-Liebe, autor niedawno wydanej w Niemczech książki na ten temat.