Naszyjnik Marii Antoniny
W 1785 r. we Francji na szczytach władzy państwowej i kościelnej wybuchła tzw. Afera Naszyjnikowa. Sprawa, która mogła pozostać jedynie przykładem wykorzystania przez sprytną arystokratkę pragnienia dostojnika kościelnego, aby wkupić się w łaski królowej, zniszczyła do końca prestiż francuskiej monarchii – król bowiem nie docenił nowego zjawiska: opinii publicznej.

Kiedy arcyksiężniczka Maria Antonina Habsburg przybyła do Francji w 1770 r. jako narzeczona następcy tronu (przyszłego Ludwika XVI), nie wszyscy byli tym zachwyceni. Dla większości Francuzów ładna piętnastoletnia blondynka była przede wszystkim córką władczyni Austrii, tradycyjnego wroga Francji. Obmyślone przez ministra Choiseula małżeństwo miało być gwarancją pokojowych stosunków pomiędzy Francją a imperium Habsburgów sprzymierzonym z coraz potężniejszą Rosją. Choiseul miał jednak przeciwko sobie silną partię antyaustriacką i aktualną faworytę króla Ludwika XV – panią du Barry.

Młodziutka Habsburżanka stąpała więc od chwili przyjazdu do Wersalu po grząskim gruncie. Była zbyt niedojrzała i zbyt zadowolona z wyrwania się spod kontroli matki, aby uczynić świadomy wysiłek dostosowania się do sytuacji; wkrótce uznano, że lekceważy wersalską etykietę i pogardza wszystkim co francuskie. Po dymisji Choiseula była jeszcze bardziej osamotniona. Na jej stosunki z Ludwikiem XV rzutował fakt, że nie doszła do porozumienia z panią du Barry – trudno zresztą sobie wyobrazić córkę pryncypialnej Marii Teresy zaprzyjaźnioną z prostytutką z plebsu. Nie miała wsparcia w mężu: cnotliwy, flegmatyczny, dość ograniczony następca tronu nie interesował się innymi kobietami, ale też przez kilka lat nie potrafił skonsumować małżeństwa; zresztą kładł się spać, gdy jego żona dopiero zaczynała się bawić przy karcianym stoliku lub na balu w Operze.

Przez długie siedem lat Maria Antonina, jedna z szesnaściorga dzieci Marii Teresy, nie zaszła w ciążę. Tego nikt się nie spodziewał; przodkowie jej męża – uwielbiany Henryk IV, wielki Ludwik XIV, Ludwik XV – mieli całe gromady dzieci ślubnych i nieślubnych. Mąż Marii Antoniny miał pięcioro rodzeństwa, w tym dwóch braci, którzy teraz w jego bezdzietności dojrzeli swą szansę na tron – i to z ich apartamentów w Wersalu zaczęły się rozchodzić plotki o rozrzutnej Marii Antoninie i o Ludwiku tak nieudolnym, że nie potrafi nawet utrzymać w ryzach własnej żony. O tym, że ona wydaje fantastyczne sumy na karty, wymyślne stroje i wielopiętrowe fryzury, wiedział cały dwór, a poprzez służbę wiedza ta rozchodziła się po Paryżu i dalej po kraju. A wyjątkowo długi okres gospodarczej prosperity, trwający przez całe niemal panowanie Ludwika XV, czas dobrych zbiorów, wzrostu demograficznego i rozwoju przemysłu, pnących się w górę wskaźników skolaryzacji wśród ludu i rosnących ambicji burżuazji – właśnie się kończył. Ludwik XVI, wstępując w 1774 r. na tron, odziedziczył pustą kasę i poddanych po raz pierwszy w historii skłonnych swego władcę oceniać i krytykować – efekt wzrostu alfabetyzacji i rozwoju piśmiennictwa.

Młody król był pobożny, skromny i oszczędny. Cóż z tego, skoro jego żona marnowała pieniądze za ich dwoje, grając, strojąc się, a co gorsza – obdarowując swe przyjaciółki, zwłaszcza panią de Polignac. Nie było takiej kwoty czy synekury, jakiej królowa nie potrafiłaby uzyskać dla jej nienasyconych krewnych. Jej spontaniczne objawy czułego przywiązania do przyjaciółek i brak śladu ciąży, intrygi młodszych braci króla i złe języki dam i dworzan nie dopuszczanych do kręgu ulubieńców królowej dały rezultat: do opowieści o rozrzutności królowej dołączyły plotki o jej upodobaniu do własnej płci.

Kiedy w 1778 r. pojawiło się pierwsze dziecko pary królewskiej, córka, plotki przypisały ojcostwo bratu Ludwika XVI. Podobnie było w 1781 r. po narodzinach syna. Jednak król, mając długo oczekiwanego następcę, promieniał radością.

Pięćset diamentów i ambitny kardynał

Właśnie po narodzinach królewicza dwaj paryscy jubilerzy Boehmer i Bassenge zaoferowali królewskiej parze wyjątkowy klejnot: naszyjnik zrobiony z ponad pięciuset diamentów. Zbierali je latami, wierząc, że Ludwik XV kupi wspaniały klejnot dla pani du Barry. Ale Ludwik XV zmarł, zanim wykonali naszyjnik. Ludwika XVI odstraszyła zaś cena – ponad półtora miliona liwrów. Jubilerzy nie znaleźli też nabywcy na obcych dworach. Kiedy więc w końcu 1784 r. dowiedzieli się, że ich znajomy zna niejaką hrabinę de La Motte, cieszącą się względami królowej, natychmiast obiecali owej damie solidną gratyfikację za nakłonienie Marii Antoniny do kupna klejnotu. Wkrótce hrabina zapewniła ich, że królowa bardzo chce mieć naszyjnik, ale ze względu na stan finansów królewskich mogłaby go kupić tylko na raty i przez pośrednika. Miał nim być kardynał Louis de Rohan, dysponujący olbrzymimi sumami.

Książę Louis de Rohan urodził się w 1734 r. w jednym z najświetniejszych rodów arystokratycznych Francji, wywodzącym się od władców Bretanii. W wieku 16 lat został biskupem, rok później członkiem Akademii Francuskiej. W końcu został też mianowany ambasadorem w Wiedniu. W styczniu 1772 r. zaczął urzędowanie; wkrótce Maria Teresa zauważyła z niesmakiem, że biskup nie okazuje ani krzty pobożności, pozwala się adorować damom, żyje w niesłychanym przepychu i pozwala personelowi ambasady zajmować się przemytem. W dodatku do cesarzowej dotarły słuchy, że ambasador niepochlebnie wyraża się o jej córce Marii Antoninie. Co najgorsze, list Rohana do ministra spraw zagranicznych d’Aiguil[unknown_code]lona, w którym była mowa o dwulicowym zachowaniu cesarzowej w kwestii rozbiorów Polski, trafił do rąk pani du Barry. Maria Antonina doszła do wniosku, że Rohan wraz z królewską nałożnicą ośmielają się szydzić z jej matki. Od tej chwili nienawidziła go serdecznie.

Zaraz po objęciu tronu przez Ludwika XVI, w sierpniu 1774 r., Rohan stracił stanowisko ambasadora, a po powrocie do kraju odkrył, że jest w niełasce. Wpływy Rohanów na dworze były jednak tak wielkie, że nawet sprzeciw królowej nie przeszkodził biskupowi zostać w 1777 r. wielkim jałmużnikiem Francji, a więc i kapelanem kaplicy królewskiej, oraz administratorem szpitala Quinze-Vingts, w 1778 r. kardynałem, w 1779 r. biskupem Strasburga, opatem bogatego Saint-Waast i prowizorem Sorbony. „A jednak wszystkie te delicje zatruwała gorycz, której źródłem była wrogość królowej” – pisał wierny sekretarz kardynała abbé Georgel. Rohan nie posiadał się więc z radości, gdy pewna dama z królewskiego rodu obiecała wpłynąć na królową, aby zmieniła zdanie. Dama zapewniała, że łączy ją z Marią Antoniną czuła przyjaźń. I miała wobec kardynała dług wdzięczności.

Pani de La Motte

Jeanne de Saint-Rémy de Valois, występująca jako hrabina de La Motte, naprawdę pochodziła z królewskiego rodu Walezjuszy. Urodziła się w 1756 r. pod Bar-sur-Aube (Szampania) jako córka ostatniego barona de Saint-Rémy – potomka nieślubnego syna Henryka II (1547–1559). Z pokolenia na pokolenia ród podupadał i ojciec Jeanne, żonaty z chłopką, żył i umarł w zupełnej nędzy. Osierocił syna i dwie córki, które widywano żebrzące na gościńcu. Miejscowy proboszcz starał się im pomóc na miarę swych skromnych dochodów; wspierał go w tym pieniężnie mieszkający w Bar-sur-Aube zamożny prawnik Beugnot. W końcu księdzu udało się zainteresować losem sierot biskupa Langres i markizę de Boulainvilliers – umieszczono je wtedy na różnych pensjach, później dziewczynki miały uczyć się krawiectwa. Kiedy zaś królewski genealog Chérin stwierdził, że cała trójka to faktycznie potomkowie Henryka II, król dał im skromne pensje, chłopca posłano do Szkoły Marynarki, a dziewczęta do klasztoru Longchamps, gdzie za odpowiednią opłatą wychowywano dobrze urodzone panny.

W 1779 r. Jeanne i jej siostra uciekły z klasztoru i pojawiły się w Bar-sur-Aube bez grosza przy duszy. Zaprosiła je do siebie pani de Surmont, pragnąc zaszczytu goszczenia krewnych króla. Panny zostały u niej cały rok, nadużywając bez skrupułów jej dobroci i prowadząc bujne życie towarzyskie wśród miejscowej młodzieży. Jednym z ich wielbicieli został młody Jacques-Claude Beugnot, początkujący prawnik. Jeanne nie była pięknością – wspominał po latach – ale miała zgrabną figurę, wyraziste błękitne oczy, piękną cerę i żywą inteligencję. Nie miała za to ani wykształcenia, ani szacunku dla praw i norm. Stary pan Beugnot, przerażony wizją takiej synowej, przyspieszył wyjazd syna do Paryża.

6 czerwca 1780 r. Jeanne poślubiła krewniaka Surmontów – Nicolasa de La Motte, oficera żandarmerii, nie mającego nic prócz długów. W lipcu urodziła bliźniaki. Dzieci wkrótce zmarły, a Jeanne pojechała do Paryża zaopatrzona przez starego pana Beugnot w 1000 liwrów i list do syna z prośbą, by pomógł jej w zabiegach o odzyskanie ziem, jakie niegdyś były w posiadaniu rodu, a obecnie należały do króla. Młody Beugnot zaczął więc przetrząsać archiwa w poszukiwaniu potrzebnych dokumentów. Zapraszał też Jeanne na obiady, aby zaoszczędzić jej wydatków. Pewnego dnia pożyczył jej powóz i służącego, bo dzięki markizie de Boulainvilliers miała okazję złożyć wizytę kardynałowi de Rohan. Wizyta okazała się owocna – kardynał obiecał poprzeć roszczenia Jeanne, a niedługo potem sam zaprosił w odwiedziny. Wtedy oświadczyła Beugnotowi, że już nie potrzebuje jego pomocy.

Jeśli liczyła na wpływy kardynała na dworze, szybko zrozumiała, że nie będzie to takie proste: „Jego eminencja – relacjonuje Georgel – poradził jej zwrócić się bezpośrednio do królowej, przypuszczając, że ta szczodra władczyni, uderzona kontrastem pomiędzy jej aktualną sytuacją a urodzeniem, na pewno znalazłaby środki, aby ją wydobyć z tak trudnego położenia. Przyznając, że nie był w stanie załatwić jej spotkania z królową, kardynał, w trakcie kilku kolejnych rozmów, przesadził z zaufaniem, opisując głębokie zmartwienie, jakiego doświadczał z powodu nienawiści królowej”.To dało pani de La Motte do myślenia. Wkrótce oświadczyła kardynałowi, że udało jej się dotrzeć do Marii Antoniny, zdobyć jej przyjaźń i możliwość wchodzenia do jej prywatnych apartamentów sans étiquette, aby tam „zasłużyć na jej życzliwość”. Rohan chciał wierzyć, że królowa da się przekonać swej intymnej przyjaciółce i zmieni wobec niego nastawienie.

Liściki, Cagliostro, lasek Wenus

W rzeczywistości pani de La Motte do królowej nie dotarła. Kardynał jednak o tym nie wiedział. Wkrótce Jeanne przyniosła mu liścik, napisany jakoby przez królową, oświadczającą, że już nie uważa kardynała za winnego, ale jeszcze nie czas na audiencję. Te kilka zdań, które uszczęśliwiły Rohana, napisał kolega pana de La Motte z żandarmerii – Marc Rétaux de la Villette. Wkrótce Jeanne przyniosła kardynałowi następne jego dzieła, w tym list z prośbą, aby kardynał pożyczył 60 tys. liwrów, potrzebnych pilnie królowej na cele dobroczynne. „Pieniądze – relacjonuje Georgel – zostały przekazane pani de La Motte, która wkrótce przyniosła list z podziękowaniami. Od tej chwili zaczęła żyć na wyraźnie wyższej stopie. Kardynałowi, którego ta zmiana mogła uderzyć, zwierzyła się, że zawdzięcza ją codziennym dobrodziejstwom królowej”. W ten sam sposób dostała kolejne 60 tys.

Efekt opisuje Beugnot: Jeanne pojawiła się w Bar-sur-Aube ze służbą, z pięknymi końmi, srebrną zastawą, wspaniałymi sukniami i diamentową biżuterią. Kupiła wielki dom, płacąc dwa razy więcej, niż był wart, i wydawała w nim przyjęcia, ale miejscowa śmietanka nie kwapiła się jej odwiedzać. Powszechne odczucie wyraził szwagier La Motte’ów pan Latour: „Małżonka naszego władcy nie należy do rozsądnych, ale, litości! Nie jest aż tak szalona, aby zadawać się z takimi, jak oni”.

W listopadzie Jeanne wróciła do Paryża. Beugnot dowiedział się, że zaprzyjaźniła się z hrabią Cagliostro, który przybył do stolicy jako gość kardynała de Rohan. Hrabia, podający się wnuka namiestnika Mekki, popisujący się umiejętnościami uzdrowiciela i jasnowidza, nazywał się naprawdę Giuseppe Balsamo i był plebejuszem z Palermo. Ale Rohan, podobnie jak wielu innych, wierzył w jego nadprzyrodzone talenty i nie skąpił pieniędzy. W zamian Cagliostro przepowiadał mu przyszłość – wspaniałą przyszłość, dzięki odzyskaniu łask królowej.

Oprócz przepowiedni Cagliostra Rohan miał jeszcze jeden dowód na to, że zbliża się dzień jego tryumfu: pewnego dnia Jeanne powiedziała mu, iż królowa pragnie osobiście zapewnić go, że już nie jest on w niełasce. Dyskretne spotkanie miało się odbyć w Wersalu, w tzw. lasku Wenus, sierpniową nocą. Oczywiście kardynał nie spotkał się tam z Marią Antoniną, lecz z przebraną za nią panną Leguay, prostytutką z twarzy podobną do królowej, której Jeanne kazała wypowiedzieć kilka wyuczonych, dwuznacznych zdań i wręczyć różę. Rohan był w siódmym niebie.


Operacja naszyjnik

Zimą 1784 r. Jeanne powiedziała kardynałowi, że ma okazję zasłużyć się królowej, pomagając jej kupić słynny diamentowy naszyjnik. Kolejne listy podpisywane „Maria Antonina Francuska” zawierały konkretne propozycje: naszyjnik miał być przekazany hrabinie de La Motte 1 lutego i spłacony przez królową za pośrednictwem kardynała w czterech ratach po 400 tys., od 31 lipca 1785 r. poczynając. Jubilerzy przyjęli te warunki, a Cagliostro, w zastawionym świeczkami salonie kardynała, wywróżył mu pełen sukces przedsięwzięcia. W ostatnich dniach stycznia jubilerzy wręczyli kardynałowi kasetkę zawierającą klejnot. 1 lutego Rohan pojechał do Wersalu, do mieszkania wynajętego przez państwa de La Motte, aby czekać tam z Jeanne na człowieka królowej. Gdy drzwi pokoju się otwarły, męski głos rzekł: „Od królowej...”; przybysz miał na sobie strój lokaja królowej. Pani de La Motte z dygnięciem wręczyła mu kasetkę. Był to Rétaux de la Villette.

La Motte podzielił naszyjnik na pojedyncze kamienie i pojechał do Londynu, aby je sprzedać. Mylilibyśmy się jednak, że za uzyskane kwoty spróbuje się wraz z żoną urządzić za granicą. Pieniądze były potrzebne Jeanne głównie po to, aby olśnić w Bar-sur-Aube wszystkich tych, którzy pamiętali ją jako dziecko w łachmanach, uciekinierkę z klasztoru, pannę młodą w zaawansowanej ciąży. Kupowała więc angielskie powozy i najdroższe meble, kosztowne zegary i wspaniałą biżuterię. Ale ani nuworyszowska ostentacja, ani aluzje na temat bliskiego związku z królową nie wystarczyły, aby do salonu państwa de La Motte garnęli się miejscowi notable. W ich oczach Jeanne była po prostu utrzymanką kardynała. „Wszyscy zgadzali się, że koszty ich olśniewającej rozrzutności pokrywa kardynał de Rohan i podziwiali dobry użytek, jaki czyni Jego Eminencja z funduszy wielkiego jałmużnika”pisze z przekąsem Beugnot.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj