Klasyki Polityki

Kartel Samoobrona

Andrzej Lepper, Krzysztof Filipek (przyboczny szefa), Krzysztof Rutkowski (detektyw skonfliktowany z szefem?), Józef Laskowski Andrzej Lepper, Krzysztof Filipek (przyboczny szefa), Krzysztof Rutkowski (detektyw skonfliktowany z szefem?), Józef Laskowski AN
Polityka i pieniądze zawsze były blisko siebie. Ten nominowany do Grand Pressa reportaż ujawnia, jak przed ponad dekadą działacze partii Andrzeja Leppera za parawanem działalności politycznej omijali prawo i zarabiali pieniądze.
Klub parlamentarny Samoobrony. Lepper i jego drużynaAN Klub parlamentarny Samoobrony. Lepper i jego drużyna

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w październiku w 2001 r.

Ponad milion wyborców Samoobrony pewnie nie wie, że głosowało na całkiem prywatne przedsięwzięcie Andrzeja Leppera. Nazwa i winieta partii służy jako logo dla przedsiębiorstwa stworzonego 10 lat temu. Firma działa na dziko, nie płaci podatków, ukrywa obroty i zyski. Łamie prawo, ale cieszy się bezkarnością. Przez najbliższe cztery lata tę bezkarność dodatkowo wzmocni immunitet parlamentarny.

„Ja, Janusz Piechowiak, oświadczam, że byłem świadkiem jak Andrzej Lepper stwierdził w mojej obecności i osób trzecich, że trzeba Piotra Trznadla zlikwidować w sposób nie budzący podejrzeń, gdyż »za dużo wie o moich sprawach« (cytat)”. Pismo tej treści trafiło 7 października 1997 r. do Prokuratury Rejonowej w Pile. Kilka dni wcześniej na Piotra Trznadla, w drugiej połowie lat 90. przewodniczącego Samoobrony w Wielkopolsce, dokonano zamachu. – Pod Sierpcem czekały na mnie dwa Mercedesy i Audi. Zablokowały mi drogę, tylko cudem uratowałem głowę. Mercedesy i Audi uciekły– opowiada Trznadel. Dlaczego uważa, że to był zamach? – Grożono mi wcześniej, kazano trzymać język za zębami. Ale nie chciałem milczeć, za dużo wiedziałem o przekrętach Leppera, o tym, jak wymusza pieniądze od ludzi. A w Audi jechał ówczesny wspólnik Leppera, rozpoznałem go.

Lepper na wspomnienie Trznadla i Piechowiaka śmieje się: – Przecież biegli lekarze orzekli na sali sądowej, że oni cierpią na schizofrenię. Poseł Lepper kłamie, ani Trznadla, ani Piechowiaka żadni biegli nie badali, szczególnie na sali sądowej, nikt nie wydawał też diagnozy o ich dolegliwościach natury psychicznej.

W 1998 r. prokurator z Koszalina umorzył inne dochodzenie w sprawie „przyjęcia przez Andrzeja Leppera korzyści majątkowej”. Łapówkę w wysokości 25 tys. zł miał przekazać Lepperowi rolnik Bohdan Dziubała w zamian za pośrednictwo przy restrukturyzacji gospodarstwa i uzyskanie tzw. kredytu naprawczego. Lepper „kategorycznie zaprzeczył”, prokurator uznał, że wobec tego „brak jest dowodów potwierdzających popełnienie przestępstwa”.

Przeciwko Andrzejowi Lepperowi toczyło się, a w wielu przypadkach toczy nadal, ponad sto postępowań prokuratorskich i sądowych. Raz tylko skazano go (wyrok w zawieszeniu) za pobicie zarządcy zadłużonego gospodarstwa. Teraz na czas sejmowej kadencji wszystkie dochodzenia, śledztwa i postępowania ulegną zawieszeniu.

Tuż po wyborach Lepper na gorąco ogłasza: posłowie Samoobrony dobrowolnie zrezygnują z 75 proc. uposażeń poselskich. Na życie wystarczy im 2,5 tys. zł, resztą podzielą się z biednymi dziećmi. Mętnie objaśnia mechanizm – pieniądze będą gromadzone na specjalnym koncie i stamtąd przelewane na rzecz potrzebujących. Kto będzie decydował o ich przeznaczeniu? Partia, jej zarząd i przewodniczący. Jeden z posłów Samoobrony (– Proszę bez nazwiska, nie chcę z szefem wojny) podejrzewa, że specjalne konto i szlachetne cele to zwykła mistyfikacja. – Tych pieniędzy zapewne już nikt postronny nie zobaczy – ocenia były działacz Samoobrony (zastrzega anonimowość, bo „Andrzej jest bardzo mściwy”). – To jego metoda.

Panoptikum

Partia Samoobrona powstała w 1992 r., pół roku po zarejestrowaniu Związku Zawodowego Rolników Samoobrona. Intencje wydają się jasne – Lepper od początku chciał zrobić karierę polityczną, działalność związkowa stanowiła jedynie parawan. Partia posiada co prawda statut, a w nim wyszczególnione demokratyczne procedury powoływania władz organizacji i odbywania kongresów wyborczych – ale to jedynie martwe zapisy. Władzę dzierży niepodzielnie przewodniczący Lepper. Sam podejmuje wszystkie decyzje, wydaje rozkazy, wytycza strategię. Zorganizował partię typu wodzowskiego i sobie przydzielił funkcję przywódcy. W wywiadach prasowych przyznawał swego czasu, że korzystał z doświadczeń samego Goebbelsa, hitlerowskiego szefa od propagandy. W sposobach działania partii Leppera można zresztą dostrzec analogie do organizacji totalitarnych. Nadużywanie symboliki narodowej, preferowanie rozwiązań siłowych, stosowanie celowej dezinformacji, ukrywanie sposobów finansowania. Nie wiadomo, ilu partia liczy członków, jakie są rzeczywiste wpływy ze składek i darowizn (według salda za 2000 r. miały wynieść 5 tys. zł – tymczasem sam wynajem lokalu na biuro w centrum Warszawy kosztuje znacznie więcej).

Przy Lepperze, poza rolnikami i autentycznymi działaczami chłopskimi, którzy w Samoobronie szukali pomocy w sprawach bytowych wsi, zawsze gromadziło się przedziwne panoptikum. W wyborach parlamentarnych 1993 r. wystawił reprezentację złożoną w dużej części ze znanych w PRL antysemitów spod znaku Zjednoczenia Patriotycznego Grunwald, nacjonalistycznej przybudówki PZPR, m.in. aktora Ryszarda Filipskiego, reżysera Bohdana Poręby i dziennikarki Bożeny Krzywobłockiej. Z Samoobroną współpracowali: pisarz Henryk Gaworski (w latach 60. związany z frakcją ówczesnego ministra spraw wewnętrznych Mieczysława Moczara), Ignacy Krasicki, były dziennikarz „Trybuny Ludu”. U boku Leppera kręcił się Janusz Bryczkowski, otwarcie głoszący faszystowskie hasła. Bryczkowski zaprosił wtedy do Polski Władimira Żyrynowskiego, wodza rosyjskich nacjonalistów. Lepper nie odżegnywał się od spotkania z Żyrynowskim. W końcu gość nie przyjechał, a Lepper pokłócił się z Bryczkowskim, ale nie o pryncypia, lecz zwyczajnie, o pieniądze. W tegorocznej kampanii jako szef sztabu wyborczego Samoobrony działał Janusz Maksymiuk, były szef Kółek Rolniczych, oskarżany przez prokuraturę o malwersacje, a sukces wraz z Lepperem fetował Marian Jurczyk, były lider szczecińskiej Solidarności, uznany tzw. kłamcą lustracyjnym, nie ukrywający swoich nacjonalistycznych poglądów.

Piotr Tymochowicz, twórca nowego image’u Leppera, twierdzi, że przewodniczący w żadnym wypadku nie jest antysemitą. – Nigdy nie zgodziłbym się pracować nad poprawą wizerunku organizacji rasistowskiej czy faszystowskiej. Przecież Andrzej ma trzech przyjaciół z warszawskiej gminy żydowskiej. Wiem, że nawiązał bliskie kontakty z ambasadą Izraela i z samym ambasadorem Weissem. Osobiście poznałem go z moim przyjacielem Jurkiem Urbanem z „Nie”. A na moje żądanie przed wyborami wyrzucił z Samoobrony 20 ludzi głoszących antysemickie hasła. Ale Lepper zaprzecza: – Nikogo nie wyrzucałem. Kilku najgłośniejszych nie wystawiłem jedynie na listy. Nie wystawił, bo doszedł do wniosku, że antysemityzm nie przynosi spodziewanych profitów. – Powiedział mi niedawno, że Żydów trzeba wykorzystać, bo to wpływowa i bogata grupa – ujawnia działacz Samoobrony.

Piotr Kadlczyk, przewodniczący warszawskiej gminy żydowskiej, nie ukrywa zaskoczenia: – Lepper? Nic nie wiem o jego jakichkolwiek kontaktach z naszą gminą. Michał Sobelman, rzecznik prasowy ambasady Izraela, też zaprzecza: – Pan ambasador nie przypomina sobie nawet cienia znajomości z Lepperem.

Faktem jest natomiast znajomość z Urbanem. Lepper mówi o nim poufale Jerzy. – Czy to coś złego? – pyta. Nie ujawnia też kulis bliskiej znajomości z Leszkiem Bublem, który z antysemityzmu uczynił sztandar swojej politycznej misji. Mecenas Kazimierz Dzido, senator z listy Samoobrony, zanim został głównym pełnomocnikiem prawnym Leppera, reprezentował w kilku sprawach właśnie Bubla. – To nie znaczy, że utożsamiam się z jego poglądami – stwierdza. Według naszych rozmówców to właśnie Bubel poznał mec. Dzidę z Lepperem. Według tej wersji Bubel miał nawet opłacać prawnicze usługi świadczone przez Dzidę Lepperowi. – To nieprawda – stwierdza Kazimierz Dzido. – Na przełomie lat 1998/99 Andrzej Lepper sam zwrócił się do mnie o pomoc prawną.

Jak ta pomoc była rozliczana, czy płacił Lepper, Samoobrona, czy ktoś z zewnątrz? – Wstrzymam się od odpowiedzi –ucina mecenas-senator.

Psycholog kulturalno-ekonomiczny

Andrzej Lepper często wspomina o socjotechnice, twierdzi, że opanował jej tajniki. Chętnie opowiada, jak na początku lat 90. oszukał dziennikarzy, kiedy opowiedział im, że na Warszawę maszeruje kilkadziesiąt potężnych grup zdesperowanych chłopów, cała armia. W mediach ukazały się informacje o wielkim marszu. Prawda była taka, że przewodniczącemu towarzyszyła zaledwie garstka związkowców. – Dzięki mediom udało nam się zablokować stolicę – chełpi się wódz.

Jego niedawni towarzysze broni ujawniają inny fortel szefa. W czasie zimowych blokad 1999 r. postanowił wyzwolić u swoich zwolenników ducha bojowego, bo atmosfera siadała. – Wpadł któregoś dnia do siedziby związku i krzyknął do Gieni (ówczesna sekretarka Leppera, dzisiaj posłanka Genowefa Wiśniowska – przyp. aut.), żeby zwołała konferencję prasową – opowiada świadek tamtej akcji. – Wypił duszkiem trzy sety gorzały i zamknął się w jednym z pokoi. Gienia obwieściła dziennikarzom, że szef zniknął, prawdopodobnie aresztował go UOP. Wiadomość poszła w eter.

Owa pani Gienia towarzyszyła Lepperowi od początku jego politycznej kariery. Jako jedyna wytrwała przy nim przez te wszystkie lata, ślepo wodzowi oddana, bezwzględnie lojalna. Dotychczas pytana o wykształcenie podawała, że posiada tytuł technika mechanizacji rolnictwa. Od niedawna utrzymuje, że jest psychologiem. Tak przedstawiana jest w licznych ostatnio publikacjach prasowych. Nam ujawnia, że w 2000 r. ukończyła moskiewski Instytut Ekonomii i Kultury. Jak to możliwe, skoro nie wyjeżdżała z Warszawy? Genowefa Wiśniowska po krótkim zastanowieniu wypala: – Bo ja skończyłam warszawski oddział tej uczelni.

Jednak ani w Warszawie, ani nigdzie w Polsce nie działa żaden oddział moskiewskiego Instytutu (tak informuje ambasada Rosji i MEN). Podczas wywiadu udzielonego niedawno stacji TVN 24 Wiśniowska opowiadała z kolei, że skończyła wrocławskie Studium Kulturalno-Oświatowe.

Smutek wyborczego bilansu

Klub parlamentarny Samoobrony liczy 53 posłów i 2 senatorów. To zapowiada wyjątkowo udane żniwa: według ustaw o partiach politycznych i o ordynacji wyborczej Samoobronie przysługiwać będzie refundacja kosztów kampanii wyborczej i subwencja w wysokości prawie 12 mln zł. Ale te kalkulacje mogą okazać się błędne: z naszych informacji wynika, że kandydaci z listy Leppera wielokrotnie złamali przepisy ordynacji, głównie dotyczące finansów. Zresztą sam Lepper przyznaje, że w sprawie ordynacji ma złe rozeznanie: – Nie wiem tak do końca, jakie to są przepisy. Jego ludzie też nie wiedzą. Część w ogóle ich nie znała, pozostali łamali prawo, bo tak im było wygodniej. Według opinii eksperta Państwowej Komisji Wyborczej jakiekolwiek naruszenie zasad dotyczących finansowania wyborów będzie oznaczać odrzucenie sprawozdania danego komitetu wyborczego i wstrzymanie wypłaty subwencji i zwrotu kosztów.

Ta kampania wyborcza miała być wolna od pieniędzy niezbadanego pochodzenia, od cichych sponsorów, niejasnych powiązań i długów wdzięczności. Każda złotówka powinna była przepłynąć przez specjalne konto – fundusz wyborczy partii. Kandydat lub osoby fizyczne chcące go finansować powinni wpłacać pieniądze na ten fundusz przelewem, kartą kredytową lub czekiem. Wszystko po to, żeby wpłaty nie były anonimowe. Lidia Rogala, pełnomocnik finansowy Samoobrony, zapewnia: – Organizowaliśmy spotkania instruktażowe. Szkoliliśmy kandydatów, jak prowadzić kampanię zgodnie z prawem.

To są przepisy nieżyciowe – kwituje Zbigniew Nowak, przedsiębiorca rolno-spożywczy, który kandydował z Kielc (okręg nr 33). – Gdybym miał wpłacać pieniądze na jakieś tam konto, to nie zdążyłbym wydrukować plakatów i przeprowadzić kampanii. Wszyscy chcieli mieć płacone od razu po wykonaniu usługi. Nowak założył więc swoje własne konto wyborcze. Jego sponsorzy wpłacili na nie 8,5 tys. zł. Resztę wydał z własnej kieszeni – w sumie, jak twierdzi, 13 tys. zł. Tadeusz Wojtkowiak (kandydował z Kalisza, okręg nr 36) mówi: – Nie ma czasu ani możliwości, żeby wpłacać, wypłacać. Płaciłem z własnej kieszeni. Wydałem 6 tys. zł.

Renata Beger (okręg nr 38, Piła) podlicza koszt swojej kampanii: – 10 tys. ulotek i 5 tys. plakatów, ogłoszenia płatne w gazetach, benzyna, razem ok. 9 tys. zł. Pieniądze na kampanię dał mi mój mąż.

Stanisław Głębocki (okręg nr 6, Lublin): – Nic nie wpłacałem na żaden fundusz. Ktoś wpłacał? Lech Kuropatwiński (okręg nr 5, Toruń): – Sam wydrukowałem 2 tys. ulotek, które rozdałem w swoich sklepach. Nic nie wpłacałem do centrali. Jerzy Michalski (okręg nr 7, Chełm): – Pożyczyłem sobie trochę pieniędzy i podrukowałem ulotki. Józef Laskowski (okręg nr 24, Białystok): – Ja o żadnym funduszu nic nie wiem. Pierwszy raz słyszę. Nie było żadnego funduszu. Miałem pieniądze, to wydałem.

Najważniejsza część kampanii dotycząca samego szefa, jego plakaty, a także spoty telewizyjne i radiowe Samoobrony miały zostać sfinansowane ze składki wszystkich kandydatów – każdy okręg miał wpłacić centrali 5 tys. zł. To by dało sumę 205 tys. zł. Dałoby, gdyby wszyscy zapłacili, jednak wielu kandydatów się wyłamało. Bałagan w finansach potwierdza sama Rogala: – Na fundusz wyborczy Samoobrony wpłynęło przed wyborami w sumie 400 tys. zł. Koszty kampanii przekroczyły już 600 tys., a faktury wciąż spływają.

W koszty prowadzonej kampanii powinno też wejść honorarium dla Piotra Tymochowicza, który pracował nad poprawą wizerunku Andrzeja Leppera. Sprawa jest niejasna, Lepper twierdzi bowiem, że Tymochowicz pracował społecznie, nie pobierał za usługę wynagrodzenia. Jedna z gazet napisała, że stawka za dzień doradztwa wynosi 4 tys. zł. – Ja bym za tak małą dniówkę nie pracował – mówi Piotr Tymochowicz. – Nie mogę ujawnić, na ile umówiłem się z Samoobroną, obowiązuje mnie tajemnica handlowa, powiem tylko, że nie żądałem wygórowanych pieniędzy.

Nad wizerunkiem Leppera pracował 8 miesięcy, przy czym intensywnie przez ostatnie dwa. Nawet gdyby brał tylko 4 tys. zł dziennie i tylko za ostatnie 2 miesiące, jego honorarium wyniosłoby minimum 240 tys. zł. Jak taką sumę rozliczyłby sztab wyborczy Leppera, skoro ma kłopoty z podaniem źródeł pochodzenia znacznie mniejszych kwot? Stąd być może wynika uporczywe trzymanie się wersji o darmowej usłudze świadczonej przez Tymochowicza. Według naszych informacji jest prawdopodobne, że honorarium Tymochowicza pokrył prywatny sponsor, licząc zapewne, że Lepper już jako poseł potrafi się odwdzięczyć.

Już was nie ma

Lepper nie ukrywa, że osobiście układał listy kandydatów, przydzielał wybranym wyższe pozycje, tasował ludzi, jak chciał. Ryszarda Bondę przerzucił spod Szczecina na listę legnicką, Stanisława Łyżwińskiego spod Radomia do Piotrkowa, podobnie Dorotę Kwaśniewską. Zamiast prawdziwych działaczy lokalnych struktur Samoobrony, nieraz cieszących się szacunkiem miejscowych środowisk, wprowadzał na listy spadochroniarzy. Twierdzi dzisiaj, że to jego prawo, bo Samoobrona to on, a nie jacyś tam rozrabiacze z terenu. – Mają pretensje? – dziwi się. – Niech mają, u mnie dla takich z pretensjami miejsca brak.

Marian Karpiński, prezes Spółdzielni Produkcyjnej Górkowo i wieloletni działacz Samoobrony: – Widzę przewodniczącego ciągle w telewizji, jak triumfuje. Chciałbym stanąć z nim jeszcze raz twarzą w twarz i powiedzieć: u nas Samoobrony już nie ma.

Michał Okrześ, szef legnickiej Samoobrony: – Na pierwszym miejscu miał być nasz lider i wieloletni działacz Jan Ogłaza. W dniu rejestracji listy nr 3 zadzwonił z Warszawy sam Lepper. Nakazał zwolnienie pierwszego miejsca.

Jan Ogłaza: – Dowiedziałem się przypadkiem. Na znak protestu wraz ze mną opuściło listę sześciu kandydatów. Okrześ: – Do rejestracji zostało już tylko kilka godzin. Wszystkie zwolnione miejsca obsadzili wyznaczeni przez Leppera ludzie, na naszym terenie zupełnie obcy. Miejsce Ogłazy zajął Ryszard Bonda, podejrzewany o malwersacje przedsiębiorca rolny z Nowogardu koło Szczecina (więcej w ramce). Podobnie rejestracja list wyglądała we Wrocławiu, gdzie z pierwszego miejsca listy Lepper nakazał usunąć innego lokalnego działacza Macieja Ferenca. Jego miejsce zajął lider niedawnego protestu laweciarzy w Jędrzychowicach Piotr Kozłowski.

7 października odbył się nadzwyczajny zjazd dolnośląskiej Samoobrony. Rozgoryczeni działacze zaprosili Andrzeja Leppera. Mieli nadzieję, że szef wytłumaczy im, dlaczego na listach wyborczych znaleźli się obcy. – Opóźniliśmy rozpoczęcie obrad o prawie godzinę, ale nikt nie przyjechał. Zadzwonił tyko Stanisław Łyżwiński, najpierw zapytał, czy jesteśmy zdrowi na umyśle, a potem zagroził: w poniedziałek was już nie ma!

Medalik z Matką Boską

Wyrzuceni przez wodza trafią zapewne do działającego od niedawna Związku Zawodowego Rolników Ojczyzna, zrzeszającego już 12 tys. członków, głównie ludzi, których Lepper z Samoobrony wykreślił albo którzy odeszli sami. – Ten człowiek szkodzi rolnikom – mówi przewodniczący Ojczyzny Leszek Zwierz, poprzednio szef Samoobrony na Lubelszczyźnie. – On nie uznaje demokracji, ręcznie steruje, dobiera sobie tylko potakiwaczy albo takich, którzy uczestniczą w jego przekrętach.

Niektóre z tych przekrętów opisaliśmy w artykule „Chwyt Leppera” (POLITYKA 10). Ujawniliśmy wtedy mechanizm wymuszania szantażem, pod groźbą blokad, pieniędzy z rolniczych przedsiębiorstw i machlojki finansowe, w które uwikłany był Lepper i jego niektórzy współpracownicy. Były wiceprzewodniczący Samoobrony Janusz Malewicz opowiadał, jak Lepper wyssał z niego 30 tys. zł. – Finansowałem Andrzeja dopóki miałem za co, a kiedy już byłem całkiem spłukany, odesłał mnie.

Malewicz podpadł Lepperowi podczas próby rozliczenia zjazdu Samoobrony, jaki odbył się w maju 1999 r. w Sali Kongresowej. Uczestnicy wpłacali po 50 zł wpisowego, płaciły też reklamujące się podczas zjazdu firmy. Wpływy wyniosły ok. 80 tys. zł. – I tych pieniędzy nigdy nie rozliczono, gdzieś wpadły w czarną dziurę – stwierdza Janusz Malewicz, dzisiaj jeden z liderów związku Ojczyzna. Leszek Zwierz dodaje: – A co z pożyczkami od rolników? Lepper brał od każdego jak leci, wymuszał, prosił, naciągał. Właśnie zbieramy oświadczenia poszkodowanych, będziemy przed sądem domagać się zwrotu tych pieniędzy.

Andrzej Lepper wszystkie oskarżenia odrzuca. Od nikogo nic nie brał, nie domagał się – to zwykłe kalumnie. – Andrzej nigdy nic nie podpisywał – przyznaje Malewicz. – Nie wystawiał weksli, nie dawał pokwitowań.

Według byłych kolegów o machlojkach przewodniczącego świadczy brak dokumentów. – Przecież powinny być odnotowane wpływy z działalności związkowej, organizowano szkolenia na zlecenie Towarzystwa Ubezpieczeń Wzajemnych i Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa, za to szły pieniądze. Kto je potem wydawał? – pyta Janusz Malewicz. W Samoobronie nie udostępniają dziennikarzom dokumentacji finansowej. Były szef komisji rewizyjnej związku Kazimierz Kusy mówił kilka miesięcy temu: – Tej dokumentacji po prostu nie ma. Krążą jakieś pieniądze, ale nikt nie zawraca sobie głowy księgowością.

W TUW dowiadujemy się, że z Samoobroną współpracowano podobnie jak z wieloma innymi organizacjami zrzeszającymi rolników. Na mocy porozumienia zawartego w 1999 r. Samoobrona zobowiązała się do organizowania szkoleń dla nowych agentów TUW, zostawali nimi członkowie Samoobrony. Takich szkoleń przeprowadzono kilkanaście, za każde na rzecz związku wpływała tzw. refundacja ok. 2,5 tys. zł. Według naszych rozmówców w dokumentach związkowych nie ma śladu przepływu tych pieniędzy. – Lepper osobiście desygnował ludzi do rad nadzorczych różnych państwowych agencji związanych z rolnictwem, ja byłem w Radzie Rolników przy Kasie Rolniczych Ubezpieczeń Społecznych – opowiada były działacz. – Za udział w posiedzeniach dostawaliśmy tzw. diety, ok. 200 zł. I on wyciągał łapę nawet po te skromne pieniądze. A jak ktoś protestował, to go z takiej rady osobiście odwoływał i wsadzał innego.

– Ode mnie wycyganił złoty medalik z Matką Boską – opowiada Piotr Trznadel spod Piły. – Miał zostać przetopiony na sztabkę i wejść do specjalnego funduszu dla zadłużonych rolników. Ale ten fundusz nigdy nie powstał.

Samoobrona pod wodzą Leppera sięgała też po grubszą gotówkę. Posiadamy oświadczenie członka zarządu EuRoPol Gaz SA Anatola Tkacza, uczestnika negocjacji z rolnikami protestującymi przeciwko budowie gazociągu jamalskiego w 1997 r. Pojawił się tam niejaki Stanisław Strycharz, który przedstawił się jako osobisty doradca Andrzeja Leppera. „Stwierdził, że zlikwidowanie blokady budowy gazociągu jest możliwe tylko wtedy, kiedy EuRoPol wpłaci na konto związku Samoobrona kwotę 1 mln PLN tytułem zaliczki na poczet kosztów związanych z pracami grupy ekspertów związku” – czytamy w oświadczeniu. Tych pieniędzy Andrzej Lepper nie zdobył, w owym czasie nie miał jeszcze wystarczającej siły przebicia. Dzisiaj jako poseł, szef trzeciego pod względem liczebności klubu parlamentarnego i kandydat na wicemarszałka Sejmu siłę przebicia już posiada.

Czytaj także: Ludzie o czystych rękach
Czytaj także: Instytut Schillera

Reklama

Czytaj także

Kraj

Osamotnienie – dżuma współczesności?

Mamy w Polsce 5 mln jednoosobowych gospodarstw domowych. Na razie co czwarte gospodarstwo. W 2035 r. – co trzecie.

Ewa Wilk
08.02.2019
Reklama