Klasyki Polityki

Dziecko z probówki

Luiza Brown urodziła się 25 lipca 1978 roku (zdjęcie z 2003 r.). Luiza Brown urodziła się 25 lipca 1978 roku (zdjęcie z 2003 r.). Lee Besford/Reuters / Forum
Gdy w lipcu 1978 r. świat dowiedział się o narodzinach Luizy Brown, w serca tysięcy niepłodnych par wstąpiła nadzieja: będziemy mogli mieć dziecko. Co za różnica, że z probówki?

Artykuł ukazał się w Zeszycie 6, dodatku Cywilizacja w kwietniu 2007 r.

Luiza ważyła 2,6 kg, urodziła się przez cesarskie cięcie. Niemal wszystkie agencje prasowe nadały w świat depeszę z Oldham, niewielkiego miasta nieopodal Manchesteru: „Pani Lesley Brown i jej córeczka, pierwsze na świecie dziecko z probówki, czują się dobrze”. Nie wszyscy od razu pojęli wagę tej wiadomości.

Sukces narodzin

Dziewczynkę urodziła na tradycyjnym oddziale położniczym zdrowa kobieta. Przez 9 miesięcy – jak każda matka w ciąży – dawała jej schronienie w swojej macicy. To, co niezwykłe i pionierskie w dziejach medycyny, wiązało się z poczęciem tego dziecka – pierwszy raz doszło do niego poza organizmem matki, w sztucznie wytworzonym środowisku laboratoryjnej kolby.

Dr Patrick Steptoe, ginekolog z Oldham General Hospital, oraz dr Robert Edwards, fizjolog z Cambridge University, już od 1966 r. pracowali wspólnie nad metodami sztucznego zapłodnienia. Zanim mogli świętować sukces narodzin małej Brown i właściwie dziękować jej matce, że szczęśliwie donosiła poczęte przez nich – w probówce – dziecko, identyczne próby przeprowadzili bez powodzenia u 80 kobiet. I choć za każdym razem udawało im się zapłodnić jajo poza macicą, to gdy przychodziło umieścić je z powrotem w drogach rodnych – ciąży nie można było utrzymać.

32-letnia Lesley mieszkała ze swoim mężem kolejarzem w Bristolu. Przez 9 lat starali się o dziecko, a powód tych kłopotów był dość oczywisty: pani Brown miała niedrożne jajowody. W 1976 r. została pacjentką dr Steptoe, który 10 listopada 1977 r. – po wcześniejszym zaaplikowaniu specjalnej kuracji hormonalnej – naciął jej brzuch i pobrał z jajnika przy użyciu laparoskopu dojrzałe jajeczka. Reszta była w rękach Boba Edwardsa. Wystarczyło teraz połączyć jajo z nasieniem męża pacjentki, a po zapłodnieniu – przenieść je do drugiego naczynia z płynem odżywczym, by mogło dojrzewać i dzielić się jak każdy ludzki zarodek. Do tej pory naukowcy czekali 4–5 dni, by z powrotem przenieść je do organizmu kobiety. Tym razem postanowili jednak skrócić procedurę, skoro dotychczasowe próby okazywały się nieudane. Po 2,5 dnia zarodek wszczepiono więc w ścianę macicy pani Brown, a po kilku tygodniach było jasne, że tym razem ciąża rozwija się prawidłowo.

O krok za daleko

Wtedy pojawiły się wątpliwości: czy poczęcie dziecka w ten sposób nie wpłynie źle na jego rozwój? Czy będzie rosło w łonie matki tak jak setki tysięcy innych płodów i urodzi się zdrowe, bez żadnych wad?

Udany zabieg sztucznego zapłodnienia, który przeprowadzili Steptoe i Edwards, nie był w istocie pierwszym zabiegiem in vitro (czyli „w szkle”). Było to raczej zwieńczenie wieloletnich i żmudnych, sięgających kilku wieków wstecz, prób naśladowania natury w kreowaniu nowego życia. Odkąd w 1677 r. holenderski szlifierz soczewek oraz twórca mikroskopu Antonie van Leeuwenhoek dojrzał w męskiej spermie plemniki (nazywając je „nerwowymi paproszkami”) i przyczynił się do obalenia teorii, w myśl której nieruchome jajo kobiety jest początkiem wszelkiego życia – dziesiątki eksperymentatorów czyniło starania, by zapłodnienie oddzielić od aktu płciowego. Pierwsze sztuczne inseminacje, czyli mechaniczne umieszczanie plemników w drogach rodnych niepłodnych kobiet, zaczęto wykonywać już pod koniec XIX w. i wiele poczętych w ten sposób dzieci przyszło na świat, zanim urodziła się Luiza Brown. W 1936 r. zaś Gregory Pincus (pionier badań nad antykoncepcją hormonalną) przeprowadził zapłodnienie in vitro komórki jajowej królika – tabu zostało złamane. Przez następne 40 lat doskonalono tylko metody pozyskiwania komórek jajowych, przechowywania plemników, hodowania zarodków, a wszystko to odbywało się przy wtórze protestów przypominających dzisiejsze debaty wokół klonowania i komórek macierzystych pobranych z zarodków.

Gdy więc świat poznał prawdę o poczęciu Luizy Brown, opinia publiczna przyjęła to wydarzenie z mieszanymi uczuciami. W „Polityce” narodzinom pierwszego dziecka z probówki poświęcono obszerny esej Macieja Iłowieckiego zatytułowany „Dziewczynka z Oldham” (POLITYKA 32/78), w którym autor cytuje głosy zatrwożonych naukowców: „Idziemy w kierunku obalenia mistyki macierzyństwa – stwierdza amerykański socjolog Alvin Toffler. – Zastąpienie naturalnego zapłodnienia sztucznym jest szalbierstwem, a następstwa czegoś takiego budzą grozę – oświadcza August Mayer z Tybingi, jeden z czołowych autorytetów ginekologii europejskiej”. Co ciekawe, krytycznie o sztucznym zapłodnieniu wypowiadał się również James Watson, współodkrywca struktury DNA, który – przytaczam za wspomnianym artykułem – zwracał się do Kongresu USA z ostrzeżeniem: „Urodzinami dziecka poczętego in vitro możemy otworzyć bramy piekieł”. I jeszcze jedna opinia – profesora Johna Marshalla, kierownika kliniki ginekologicznej z Los Angeles: „Nie można było być pewnym, czy dziecko Brownów nie będzie zdeformowane. Możliwość różnych nieszczęść jest tutaj nieograniczona”.

Z jednego plemnika

Czas zweryfikował te obawy. Zresztą sami pionierzy sztucznego zapłodnienia w Oldham – Robert Edwards i Patrick Steptoe – od początku zdawali sobie sprawę, że ich zabieg to wyzwanie dla wielu od dawna ustalonych społecznych i etycznych zasad. Kto zostałby pociągnięty do odpowiedzialności, gdyby Luiza urodziła się z wadami: oni, rodzice czy może rząd Jej Królewskiej Mości, który na ten eksperyment zezwolił? Dlatego gdy na 9 dni przed planowanym porodem u matki wystąpiło nadciśnienie zagrażające zatruciem ciążowym, dr Steptoe zdecydował się na cesarskie cięcie. Na świat przyszła zdrowa i normalna dziewczynka, która przez całe swoje życie rozwijała się prawidłowo.

Siedem lat po narodzinach Luizy państwo Brown postarali się o jeszcze jedno dziecko, poczęte w identyczny sposób (do 2006 r. na świat przyszło już ponad milion takich dzieci). Media nie zapomniały jednak o pulchnej Luizie, która tuż przed ostatnimi świętami Bożego Narodzenia sama została matką, a jej synek Cameron został poczęty w całkowicie naturalny sposób.

Miał rację Maciej Iłowiecki pisząc 29 lat temu w „Polityce”, że urodziny Luizy stanowią jedynie krok wstępny: „Nikt już nie zatrzyma postępów bioinżynierii medycznej, nikt też nie mógłby z przekonaniem twierdzić, iż hamowanie tego rodzaju badań byłoby korzystne”. A jednak nawet największym wizjonerom i zwolennikom niczym nie skrępowanych eksperymentów wykorzystujących ludzkie zarodki cierpnie skóra, gdy słyszą o prowadzonych w różnych laboratoriach manipulacjach z komórkami rozrodczymi. W ostatnich latach media rozpisywały się o 62-letniej kobiecie, która mimo menopauzy urodziła dziecko poczęte z nasienia jej rodzonego brata; zastępczych matkach, które noszą w swoim łonie ciążę na zamówienie, handlu jajeczkami amerykańskich modelek, bankach spermy zdeponowanej przez męskich geniuszy, planach zamrażania jajników z porcją komórek jajowych na zapas, dobieraniu plemników tak, by uzyskać żądaną płeć dziecka, wreszcie o planach klonowania człowieka.

Paradoksalnie w ciągu ostatnich 30 lat najmniej spektakularne sukcesy genetyka i medycyna rozrodcza odniosła na polu leczenia niepłodności, a metoda zapoczątkowana w Oldham – oznaczająca początek rewolucji w tej dziedzinie – tylko po drobnych modyfikacjach stosowana jest do dzisiaj. Trzeba przyznać, że nadal ze zmiennym szczęściem. Najlepsze światowe ośrodki osiągają sukces, czyli ciążę z zapłodnienia pozaustrojowego, w 40–50 proc. przypadków.

Od czasów narodzin Luizy Brown znacznie rozszerzył się natomiast zakres leczenia niepłodności, która dotyka aż co piątej pary w wieku rozrodczym. Kiedyś można było pomóc w ten sposób tylko kobiecie z chorymi jajowodami, obecne metody inseminacji, zapłodnienia in vitro i mikromanipulacji stosowane są we wszystkich rodzajach niepłodności stwierdzanej zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn. W odróżnieniu od klasycznego in vitro, w którym do wyselekcjonowanej komórki jajowej dodawane są plemniki – przy mikromanipulacji jeden plemnik wprowadzany jest bezpośrednio do wnętrza komórki. Metoda ta umożliwia więc zapłodnienie poza organizmem matki w przypadku obecności tylko pojedynczych plemników w nasieniu.

Przyczyny niepłodności rozdzielone są na obie płcie po 35 proc. przypadków, zaś w 20 proc. powstaje ona z kombinacji czynnika męskiego i żeńskiego (co dziesiąty przypadek jest niezidentyfikowany). W Polsce pierwsze dziecko poczęte in vitro przyszło na świat 12 listopada 1987 r. w Instytucie Położnictwa i Chorób Kobiecych Akademii Medycznej w Białymstoku u prof. Mariana Szamatowicza. Pierwszy zabieg mikromanipulacji wykonano w styczniu 1995 r. w warszawskim ośrodku leczenia niepłodności Novum.

Reklama

Czytaj także

Rynek

Jak PGNiG dosala Zatokę Pucką

Dlaczego mieszkańcom nadmorskiego Kosakowa przeszkadza, że morze jest słone?

Ryszarda Socha
12.11.2019
Reklama