Klasyki Polityki

Debil walczy z katem

Procedura relegowania ze szkoły jest skomplikowana. Procedura relegowania ze szkoły jest skomplikowana. Mirosław Gryń / Polityka
Wraz z początkiem roku szkolnego przypominamy tekst o tym, co się dzieje w polskiej szkole.

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w październiku 2003 r.

Dla wielu nauczycieli uczniowie to „totalni debile”, dla młodzieży ich opiekunowie to często „kaci” i „oprawcy”. Jak świat światem uczniowie i ich wychowawcy stali po dwóch stronach barykady. Dzisiejsza szkoła przypomina jednak kocioł, w którym gotują się współczesne polskie konflikty i frustracje.

W jednej z dobrych legnickich szkół uczniowi ukradziono plecak. Chłopak był, jak się to mówi, z „dzianego domu”, wraz z plecakiem przepadła też dobra komórka i inne cenne przedmioty. Ojciec ucznia, znany w Legnicy biznesmen, przyszedł ze skargą do dyrektorki szkoły, ta przyrzekła zaś, że sprawę niezwłocznie wyjaśni i powiadomi policję. Rzecz wydawała się łatwa do załatwienia, zwłaszcza że dość szybko wytypowano podejrzanego, który w dodatku niespecjalnie wypierał się kradzieży. Mijały jednak dni, po plecaku ani śladu, a o całej historii głucho. Po kilku kolejnych rozmowach z dyrekcją ojciec nie wytrzymał i – dosłownie – wziął sprawy w swoje ręce: wraz ze swoimi ochroniarzami wkroczył do szkoły, wyprowadził z niej winowajcę i zawiózł go na policję. Ta teraz ma problem, bo zajęła się już nie tylko nieletnim złodziejem, ale i powiadomiła prokuratora o jego uprowadzeniu z terenu szkoły, bo takiego czynu dopuścił się krewki przedsiębiorca.

Na wysokości zadania nie stanęli też pedagodzy w Toruniu: wprawdzie w sławnej już sprawie znęcania się nad anglistą zapadły surowe wyroki – no bo co może być gorszą karą szkolną od relegowania? – to jednak dręczycieli tylko na pozór potraktowano stanowczo i bezwzględnie. Od decyzji o wyrzuceniu istnieje wiele procedur odwoławczych (patrz ramka „Zanim cię wyrzucą”, jeśli sprawa dotrze do ostatecznej instancji, czyli Naczelnego Sądu Administracyjnego, mogą upłynąć długie miesiące, w których ci sami uczniowie w tych samych ławach szkolnych będą mogli komuś innemu zakładać kubeł ze śmieciami na głowę. Finał sprawy toruńskiej w swej istocie bardziej odsunął problem, niż go rozwiązał.

Aż wierzyć się nie chce, ale Ministerstwo Edukacji Narodowej i Sportu nie prowadzi żadnego rejestru uczniów relegowanych (zaczyna o tym myśleć dopiero teraz), próżno poszukiwać takich informacji także w kuratoriach.

Statystyki Komendy Głównej Policji potwierdzają, że czarny obraz szkoły postrzeganej jako miejsce niebezpieczne, a wręcz kryminogenne, nie jest przesadzony. Wprawdzie od kilku lat liczba najcięższych przestępstw utrzymuje się na podobnym poziomie, skala przemocy szkolnej jest jednak zatrważająca: w placówkach oświatowych popełnia się więcej gwałtów niż w hotelach czy domach letniskowych, liczba pobić jest większa niż w innych miejscach publicznych, na wysokim pułapie (łącznie ponad 10 tys.) utrzymują się kradzieże oraz kradzieże z włamaniem. A można przyjąć przecież, że przestępstwa zgłaszane na policję stanowią tylko część wykroczeń, bo ofiary często o nich nie informują.

Gdy zawodzą środki wychowawcze, pozostaje wachlarz kar, który nie jest wcale ubogi: od uwagi wpisanej do dzienniczka przez rozmowę z dyrektorem – która w większości szkół na Zachodzie załatwia sprawę i poskramia patologiczne zapędy ucznia – aż po skreślenie z listy uczniów. Dodajmy tu, że w polskiej oświacie nie ma jednolitego systemu nagród i kar: każda szkoła ustala go indywidualnie i wpisuje do statutu szkoły uzgodnionego z rodzicami. Najcięższą karą, oprócz skreślenia z listy uczniów, jest przeniesienie winowajcy do innej szkoły. – Decyzję o przeniesieniu podejmuje kurator – mówi dyr. Anna Milewska z Kuratorium Oświaty w Warszawie. – Nie są to jednak częste przypadki: wprawdzie wniosków kierowanych przez szkołę do kuratora jest sporo, ale w ciągu ostatnich kilkunastu lat pamiętam w Warszawie dwa przypadki przeniesienia. Ta kara jest zawsze ryzykowna: trzeba przecież sprawdzić, czy w nowym środowisku taki uczeń nie sprawi sobie i innym jeszcze większych kłopotów. Większość nauczycieli i dyrektorów prowadzi z uczniami własną wojnę: zamiast kar wpisanych w szkolny statut i zamiast prowadzenia pracy wychowawczej, można zastosować wiele sposobów dla pokazania, kto tu rządzi. Według Janusza Surzykiewicza, autora książki „Agresja i przemoc w szkole”, połowie nauczycieli zdarza się grozić uczniom wystawieniem oceny niedostatecznej lub zarządzić dodatkowe odpytywanie, zaś niemal 40 proc. zapowiada nieplanowany sprawdzian.

Zamiast więc koncypować nowy wymyślniejszy i bardziej restrykcyjny zestaw kar, do czego po Toruniu namawiało wiele osób w wystąpieniach publicznych, warto głębiej zastanowić się nad przyczynami szkolnych konfliktów. Co zatem się dzieje?

Uczeń schizofreniczny

Od lat wiadomo, że regionami najbardziej podatnymi na szkolną agresję są Górny i Dolny Śląsk. Im bardziej widać brak pracy, tym łatwiej o patologie wśród uczniów. W nowej Polsce przyzwyczailiśmy się też do firm ochroniarskich w szkołach i oswoiliśmy z identyfikatorami, które mają utrudnić niepożądanym typom wstęp na teren szkoły.

Kilka lat temu, gdy uczeń jednego z techników, zadręczony przez nauczyciela, popełnił samobójstwo, jego koledzy podczas pogrzebu nieśli transparenty z napisem: „Chcemy nauczycieli nie dręczycieli”. Zrobiło się, jak teraz, głośno o szkolnym mobbingu, choć nikt tak tego zjawiska wówczas jeszcze nie nazywał. Już kilka lat temu badania przeprowadzane przez CBOS pokazywały, że aż 44 proc. uczniów czuło się zastraszonych (albo miało zastraszonych kolegów) na terenie szkoły.

Na narkotykach, dilerach czy dręczeniu młodszych uczniów przez starszych, na wzór żołnierskiej „fali”, problemy jednak się nie kończą. – Jak to jest? – skarży się uczennica gimnazjum. – Na amerykańskich filmach widać, że w szkole panuje pełny luz, uczniowie trzymają nogi na stole i żują gumę. A u nas nawet kanapki w czasie lekcji nie wolno zjeść. Kto wie, czy jednym z największych problemów polskiej szkoły nie jest bolesne zderzenie obrazu, jaki dzieci i nastolatki widzą w telewizorze, ze szkolnym przymusem.

W istocie bowiem szkoła – podobnie jak jednostka wojskowa czy szpital psychiatryczny – to w terminologii socjologów instytucja totalna, tworząca własny świat reguł i hierarchii. Tymczasem współczesna kultura zachęca, by być cool: akceptuje rozmaite mody (co nauczyciele jakoś jeszcze przełknęli), ale także wyraża coraz swobodniejszy stosunek do na przykład seksu i używek. W takim świecie, gdzie pozwala się prawie na wszystko i gdzie mało co już jest zabronione, zmurszała szkoła ze swoimi zasadami wydaje się co najmniej staroświecka. Efekt jest zaś taki, że uczeń ma poczucie schizofrenii, bo od godz. 8 do 15 jest przymuszany do innych reguł życia niż te, które widzi w reklamach czy serialach. Szkoła zaś nie potrafi tej dwoistości, rodzącej bunt i frustrację, tłumaczyć.

Szkoła nie potrafi zaakceptować jeszcze czegoś wyjaśnia prof. Anna Brzezińska ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, od lat zajmująca się psychologią edukacji. – Nowy model kultury to także model dopuszczający wiele punktów widzenia, typowy dla społeczeństwa demokratycznego. Konflikt między uczniami i nauczycielami, czy między samymi uczniami, nie zawsze musi być postrzegany jako negatywny. Tymczasem wielu nauczycieli stara się ich nie ujawniać albo uważać swój głos za jedyny i słuszny.

Obie takie postawy, dodajmy, wywołują uczniowską agresję. Badania pokazują bowiem, że konflikty zdarzają się najczęściej nauczycielom, którzy są postrzegani jako bezradni i bojaźliwi oraz tym, którzy sami są agresywni i apodyktyczni.

Cherlawe ciało pedagogiczne

Współczesna polska szkoła stała się bardziej przedsiębiorstwem, które wyróżniać ma skuteczność w zdawaniu kolejnych egzaminów i miejsce w rankingu placówek oświatowych. W takim miejscu mamy nauczyć się, jak rywalizować z innymi, być od nich lepszym i konflikty szkolne postrzegane są często jako walka o prestiż i pozycję. Szkoła zrezygnowała z funkcji wychowawczych na rzecz instrumentalnego kształcenia; symptomatyczne jest także i to, że w nazwie resortu zajmującego się oświatą – MENiS – pojawił się sport, a wyparte zostało wychowanie. – Nie pamiętam, kiedy mieliśmy prawdziwą godzinę wychowawczą – mówi uczennica liceum. – Odrabiamy lekcje, zakuwamy do kolejnego sprawdzianu albo wychowawca funduje nam dodatkową godzinę swojego przedmiotu, bo tłumaczy, że przyda nam się to do matury.

– Jaką ja mam pozycję i co ja mam im tłumaczyć, skoro ich rodzice zarabiają kilkakrotnie więcej ode mnie – denerwuje się nauczyciel z kilkunastoletnim stażem. I rzeczywiście: uczniowie uważnie obserwują ciało pedagogiczne, także i to, jak belfer się ubiera. Niegdyś wykształcenie decydowało o prestiżu zawodu nauczycielskiego; dziś nawet światły, ale ubogi wychowawca porywa już mało kogo.

To samo zróżnicowanie materialne – dzisiaj o wiele bardziej widoczne niż dawniej – jest także jednym ze źródeł konfliktów rówieśniczych. Badania prowadzone przez Janusza Surzykiewicza i Jana Tatarowicza z Centrum Metodycznego Pomocy Psychologiczno-Pedagogicznej pokazują, że – z jednej strony – pokaźne zasoby portfela wyróżniają ucznia i wywyższają go w szkolnej hierarchii, ale też – to druga strona medalu – są pretekstem, by takiemu „wypasionemu” dokopać. Ta nierówność wspierana jest niekiedy przez dyrekcję szkół, która tworzy tak zwane klasy uprzywilejowane, oparte na kryterium zamożności. Na rozmaite patologie związane z tworzeniem takich enklaw na terenie szkoły zwracał uwagę rzecznik praw dziecka Paweł Jaros w informacji przekazanej w maju tego roku marszałkowi Sejmu i posłom.

Wbrew obiegowym opiniom, konflikty szkolne nie są dwubiegunowe i nie przebiegają jedynie między nauczycielami i uczniami. Coraz częściej bowiem jesteśmy świadkami rywalizacji między samymi nauczycielami. – Dziś o awansie zawodowym nauczyciela decyduje jego przełożony, czyli dyrektor szkoły – mówi Joanna Szymańska z Centrum Metodycznego Pomocy Psychologiczno-Społecznej. – I często zdarza się, że nauczyciele nie chcą współpracować ze sobą, bo boją się konkurencji. Klasyczna sytuacja wygląda tak: ty awansowałeś, a ja nie, więc ja dokopię twoim uczniom, by pokazać, że sobie nie radzisz i nie potrafisz zmobilizować ich do nauki.

O tym, że nauczyciele potrafią być okrutni wobec siebie, przekonała się anglistka z Piotrkowa Trybunalskiego: – Zaczęłam teraz, we wrześniu, pracę w szkole. I dano mi klasę, w której znaczna część to „spadochroniarze” – ci, co nie zdali w poprzednim roku. Nikt nie chciał ich wziąć, nikt nie uprzedził mnie nawet, że będę miała problemy. Można powiedzieć, że wśród grona pedagogicznego mamy do czynienia z osobliwą odmianą „fali”, gdzie pedagogiczną młódź – a w terminologii wojskowej kotów – przeciwstawia się uczniowskim „trepom”. – Wielokrotnie spotkałam się z tym – mówi Irena Szymańska – że dla młodego nauczyciela szkoła to survival, który da się przeżyć jedynie na relanium. Młody belfer nie może ujawnić starszym kolegom swoich problemów, bo zostanie uznany za osobę nieudolną wychowawczo, a to zamknie mu drogę do awansu. Dyrekcji na takich osobnikach z problemami też nie zależy. Ciśnienie ekonomii ujawniło się w sprawie toruńskiej: nauczyciel bał się stanowczych ruchów, bo mógłby stracić pracę. W tej ponurej historii ciekawsze jest jednak coś innego – by relegować uczniów rada pedagogiczna musiała zmienić statut szkoły, nie było w nim bowiem mowy o skreśleniu z listy uczących się. Szkoła, w której lądują same „spady” oraz ci, co nie dostali się gdzie indziej i skazani na degradację zawodową, rękami i nogami – a właściwie statutem – broniła się przed uszczupleniem klas, bo grozi to po prostu zamknięciem takiej placówki.

Jeśli do tego wszystkiego dodać jeszcze nieuchronne konflikty nauczycieli z rodzicami, kocioł szkolny zdaje się osiągać stan wrzenia. Bo też prawdą jest, że zapracowani (albo zniechęceni) rodzice postanowili na ciało pedagogiczne przerzucić cały proces wychowania. – A jednocześnie – podkreśla Joanna Szymańska – rodzice mają poczucie, że szkoła krzywdzi ich pociechy i jest instytucją wrogą. Rodzice mają wobec szkoły ogromne i nieuzasadnione roszczenia.

Szkoła wsparcia

Wyniki ankiety przeprowadzonej w legnickich szkołach wśród nauczycieli i uczniów, a dotyczące wzajemnych relacji między nimi, są zastraszające. W oczach nauczycieli ich wychowanek to: „debil”, „gamoń”, „cymbał”. Ten zdolniejszy zasługuje na życzliwe miano „kujona” lub „dziobaka”. O nauczycielach w ankiecie uczniowie piszą: „kat”, „dręczyciel”, „władca”, w modnym stylu – „terrorysta” lub, współczująco, „biedny wyrobnik”. Sami nauczyciele o sobie mówią: „niereformowalny antyk”, „zabiegany i zmęczony człowiek pracujący za psie pieniądze”. Dobry nauczyciel to fikcja, marzenie. Podobnie jak prawa ucznia.

Jak by się pan zachował, gdyby to pana spotkało? – pytamy dr. Jana Tatarowicza o Toruń. – Przywaliłbym takiemu w ten prymitywny łeb. Miałbym gdzieś prawa ucznia i konwencje, bo tu w grę wchodzą już regulacje kodeksu karnego. W przypadku zagrożenia zdrowia, a tak co najmniej dręczony nauczyciel mógł definiować swoją sytuację, można stosować środki obrony bezpośredniej, byle adekwatne do zagrożenia. Cała zabawa polega jednak na tym, by do takiej sytuacji nie dopuścić i trzeba jasno powiedzieć, że anglista z Torunia, być może dobry zresztą fachowiec, okazał się zupełnie nieprzygotowany pedagogicznie i psychologicznie.

W pierwszej chwili wypowiedź doświadczonego psychologa brzmi szokująco, zwłaszcza gdy pamięta się, że zgodnie z konwencjami ONZ praktycznie nie można już ucznia nawet skarcić przed jego kolegami. W wypowiedzi Tatarowicza jest jednak drugie dno: ani nauczyciele, ani uczniowie nie wiedzą, bo edukacja w tym zakresie jest żadna, jak na drodze cywilnej lub w myśl kodeksu karnego dochodzić swoich praw. Zamiast tego obie strony zdają się na nauczycielską czy dyrektorską mediację, która najczęściej mylona jest z negocjacją albo prymitywnym zastępowaniem sądu.

Zanim jednak, jak w Toruniu, zostaniemy przyparci do ściany, warto pomyśleć o innych rozwiązaniach. – Szkoła – mówi prof. Anna Brzezińska – powinna przypominać grupę wsparcia, gdzie sami rozwiązujemy nasze problemy. Psycholog szkolny nie powinien być traktowany jako ostania deska ratunku, tylko jako ktoś, kto z drugiego planu animuje, integruje działania społeczności szkolnej. Można wykorzystać tu także wzory amerykańskie: tam na przykład zawody sportowe pomyślane są w ten sposób, że wszystkie klasy A – pierwsza, druga itd. – rywalizują z wszystkimi klasami B. W ten sposób starsi są w jednej drużynie z młodszymi i uczą się za nich odpowiadać. U nas zaś jedną z idei, która przyświecała tworzeniu gimnazjów, było poskromienie uczniowskiej „fali”. Skutki są opaczne: nauczyciele dostali na trzy lata młodzież w najtrudniejszym wieku, zebraną w dodatku z różnych środowisk i dziś właśnie gimnazja, oprócz zawodówek, uchodzą za szkoły najbardziej niebezpieczne.

Ten brak integracji środowiskowej widać także na innym poziomie – sama szkoła nigdy bowiem nie załatwi wszystkich problemów: – W proces wychowania musi być włączony nauczyciel, rodzic, policjant, proboszcz i radny, który zorganizuje dla młodzieży klub czy miejsce spotkań. Inaczej nic z tego nie będzie. W Toruniu szkoła – niczym sędzia piłkarski – wręczyła patologicznym uczniom czerwoną kartkę, wybrała izolację kłopotliwych podopiecznych zamiast koniecznej w tym przypadku socjalizacji. W gruncie rzeczy jednak to system wychowania w polskich szkołach poniósł tu porażkę. Tym boleśniejszą, że na własnym boisku.

współpraca Artur Guzicki

Zanim cię wyrzucą

Procedura relegowania ze szkoły jest skomplikowana. Zgodnie z uchwałą Sądu Najwyższego skreślenie z listy uczniów następuje w formie decyzji administracyjnej, a zatem w tym przypadku obowiązuje procedura zgodna z kodeksem postępowania administracyjnego. Podczas rady pedagogicznej rzecznikami ucznia – niejako z urzędu – są wychowawca i pedagog szkolny, uczeń ma także prawo wskazać innych, wytypowanych przez siebie rzeczników obrony. Decyzję o relegowaniu dyrektor przedstawia samorządowi uczniowskiemu; jego decyzja nie jest wiążąca dla dyrektora, bez niej jednak decyzja nie jest ważna. Uczniowi przysługuje prawo odwołania od decyzji dyrektora do instytucji wskazanej w pouczeniu, skreślony z listy ma na to 14 dni. Do czasu podjęcia ostatecznej, prawomocnej decyzji uczeń ma prawo uczęszczać do szkoły. Wyjątkiem – jak by się zdawało – jest sytuacja, gdy decyzji nadano rygor natychmiastowej wykonalności. Rygor ten, w myśl art. 108 kodeksu postępowania administracyjnego, uwzględnia się, gdy jest to niezbędne ze względu na ochronę zdrowia lub życia ludzkiego, dla zabezpieczenia gospodarstwa narodowego przed ciężkimi stratami lub ze względu na wyjątkowy interes społeczny. Od rygoru natychmiastowej wykonalności również służy jednak odwołanie.

Usunięcie ze szkoły publicznej obwarowane jest dodatkowymi zastrzeżeniami: podstawą relegowania ucznia nie mogą być złe wyniki w nauce, zaś zgodnie z art. 39 ust. 2 a ustawy o systemie oświaty nie można skreślić z listy ucznia objętego obowiązkiem szkolnym, czyli do ukończonego 18 roku życia.

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Dr Joanna Wardzała o pokoleniu 20-latków odrzucających konsumpcyjny styl życia rodziców

Rozmowa z dr Joanną Wardzałą, socjolożką i badaczką zachowań konsumpcyjnych, o tym, dlaczego dzisiaj młodzi ludzie nie chcą kupować i gromadzić dóbr.

Joanna Podgórska
12.11.2019
Reklama