Klasyki Polityki

Bardzo dziwne miasteczko

Tak jak większość znanych mi miejsc w Ameryce ma identyczny charakter, tak Telluride niczego innego nie przypomina.

Felieton ukazał się w tygodniku POLITYKA 6 września 2003 r.

Tellur jest pierwiastkiem pokrewnym siarce i selenowi. Jego nazwa pochodzi od łacińskiego słowa określającego matkę ziemię. Sam pierwiastek z kolei dał nazwę przedziwnej miejscowości położonej w górach stanu Kolorado.

Tak jak większość znanych mi miejsc w Ameryce ma identyczny charakter, tak Telluride niczego innego nie przypomina. W czasach, kiedy odwiedziłem je po raz pierwszy, miało bodajże trzy tysiące stałych mieszkańców. Zimą zjeżdżało się trochę narciarzy, ale ponieważ droga jest bardzo uciążliwa, a najbliższe lotnisko odległe o dwie godziny jazdy, na narty przyjeżdżali tam raczej wtajemniczeni, a nie masowa klientela. Miasteczko miało własny gmach operowy, który w początkach dwudziestego wieku gościł słynne europejskie divy. W owych latach Telluride słynęło ze swoich kopalni. W wysokich górach wydobywano cenne minerały i surowce, dzięki czemu miasteczko było tak bogate, że mogło sobie wybudować teatr i opłacać kosztowne gościnne występy.

Dla kogo śpiewały wówczas sprowadzane zza granicy divy? Przecież nie dla górników. Czy ówczesny personel techniczny, kopalniani inżynierowie, miał tak wysokie aspiracje kulturalne, by nobilitować się przez obcowanie ze sztuką wysoką, która dzisiaj – po stu latach rosnącej zamożności i upowszechniania kultury – dostępna jest ciągle tylko dla wybranych? Przypuszczam, że tym, co różni nasze czasy od rzeczywistości sprzed wieku, jest właśnie ciężar owych aspiracji, których człowiek wyzwolony w nowoczesnym społeczeństwie już nie żywi. Przekonał się bowiem, że wystarczy mu być tym, kim jest, i jeśli w duszy gra mu disco polo, to nie musi z wysiłkiem poznawać Beethovena, nie mówiąc już o kimś takim jak Penderecki.

Dzisiejsze Telluride może zmylić obserwatora amerykańskiej prowincji, ponieważ nie potwierdza obiegowych schematów. W miejscowej szkole podstawowej wykłada kilku byłych profesorów uniwersytetu, w sklepiku przy głównej ulicy można podjąć rozmowę o geopolityce, a niegdysiejszy teatr operowy zapełnia się z okazji wyszukanych imprez kulturalnych. Najsławniejszą jest festiwal filmowy, który w tym roku zorganizował mi tribute, czyli imprezę, której nazwę zostawię w oryginale, bo słownikowe tłumaczenie przyprawia mnie o rumieniec wyrażający niezbyt szczerą skromność.

Przyczyny przedziwności miasteczka Telluride leżą w przeszłości. Kiedy kopalnie zaczęły upadać czy też złoża się wyczerpały, opustoszałe miasteczko-widmo upodobały sobie dzieci-kwiaty, uciekające od znienawidzonej cywilizacji wielkomiejskiej. Szybki rozwój informatyki pozwolił uciekinierom prowadzić interesy i publikować teksty literackie i utwory muzyczne pozostając w kontakcie z Kalifornią i ze Wschodnim Wybrzeżem. Kolorado leży gdzieś w połowie drogi i trwający od dziesięcioleci festiwal filmowy ściąga wybraną publiczność na jeden weekend sierpniowy i jest polem spotkań odmiennych establishmentów Hollywood i Nowego Jorku. Oba oglądają przez weekend parę filmów ze świata, poszukując tego, czego jeszcze nie przyswoił sobie amerykański show-biznes. Z nazwisk, które nadają rangę spotkaniom w Telluride, wymienię Francisa Forda Coppolę, zjeżdżającego tu ze swoim dworem, Susan Sontag czy Anette Insdorf ze strony nowojorskiej. (Moim promotorem w tym roku jest Steven Sondheim, który na Broadwayu zasłynął współautorstwem „West Side Story” i wielu innych musicali).

Z poprzednich wizyt w Telluride pamiętam podróż z Andriejem Tarkowskim. Festiwal ma zwyczaj zapraszać gości na przejazd konwojem samochodów z Las Vegas przez Wielki Kanion i Dolinę Pomników. W taki sposób uczestnicy, których filmy będą wyświetlane, uzyskują nagrodę, zanim festiwal się rozpocznie. Tarkowski był tylko raz wcześniej na jakimś amerykańskim festiwalu i ponowne spotkanie z Nowym Światem skwitował w Las Vegas okrzykiem: „Oto marzenie proletariuszy całego świata”. W Dolinie Pomników Andriej, znany ze swego radykalizmu, wykrzywił się słysząc o filmie Forda „Dyliżans” i powiedział, że szkoda tego metafizycznego krajobrazu na to, by kręcić western, w którym chodziło tylko o pieniądze.

Tradycją miasteczka dzieci-kwiatów są dyskusje pod gołym niebem na łączce nieopodal opery. W owym pamiętnym roku byłem moderatorem, czyli pośredniczyłem między Rosjaninem a jego wielbicielami w Nowym Świecie. Zadanie było karkołomne. Pewien uczestnik debaty, który dostrzegał w Tarkowskim swojego przyszłego guru, zapytał, co ma robić, ażeby być szczęśliwym. Tarkowski odparł, że to jest zupełnie bez znaczenia. Człowiek ma odgadnąć, do czego został powołany, i spełniać to powołanie, a nie zawracać sobie głowę czymś tak nieważnym jak szczęście. Nie pomógł biegły tłumacz i moje moderowanie. Spełniły się słowa Kiplinga (skierowane zresztą do Indii): Wschód jest Wschodem, a Zachód Zachodem i nigdy się nie zrozumieją.

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Agnieszka Graff i Elżbieta Korolczuk dla „Polityki”: Prawica nauczyła się grać w gender

Rozmowa z Agnieszką Graff i Elżbietą Korolczuk o kobietach, które na ulicach pokazują nowy feminizm, i mężczyznach zakażonych ultrakonserwatyzmem.

Katarzyna Czarnecka
01.12.2021
Reklama