Klasyki Polityki

Kupię jej ten kwiatek

Kupię jej ten kwiatek

Lech Wałęsa o żonie: Ona jest naprawdę bardzo zdolna, twarda, ma upór Lech Wałęsa o żonie: Ona jest naprawdę bardzo zdolna, twarda, ma upór Leszek Zych / Polityka
Będą tacy czytelnicy, którzy uznają, że byłem bardzo niedobrym mężem, bo ludzie na ogół dość prosto patrzą na skomplikowane sprawy. A moje życie było skomplikowane, rodzina, praca, walka. Jak tu ważyć proporcje? – mówił Lech Wałęsa.

Rozmowa ukazała się w tygodniku POLITYKA w kwietniu 2012 r.

Janina Paradowska: – Panie prezydencie, przeczytał pan książkę swojej żony „Marzenia i tajemnice” czy też zna ją pan tylko we fragmentach?
Lech Wałęsa: – Przeczytałem i niechętnie o niej rozmawiam, właściwie nie rozmawiam, zrobiłem teraz wyjątek i też nie wiem, co będzie. Kiedy wychodziłem z domu, powiedziałem żonie, że umówiłem się z panią, a ona: ale nie rozmawiajcie o książce.

Pan mi obiecał tę rozmowę.
Obiecałem i rozmawiamy. W tej książce właściwie wszystko jest prawie całą prawdą, ewentualne niedoróbki można zapisać na konto niepamięci, ale nie każda prawda jest wychowawcza. Czasami trzeba potrafić ugryźć się w język.

Kiedy pana żona powinna była ugryźć się w język?
W różnych miejscach, kiedy pisała o księdzu Jankowskim, o biskupach. Zbyt łatwo podsumowuje niektórych ludzi. Choćby ten wyjazd po Nagrodę Nobla, że postawiłem ją przed faktem dokonanym, nie zapytałem, czy chce jechać.

Czy nie należało zapytać: wystawiam cię na ciężką próbę, sprostasz?
Sam nie mogłem wyjechać, mogli mi przecież nie pozwolić wrócić. Były jednak świetne działaczki Solidarności, byli działacze na emigracji, to była wprawdzie nagroda osobiście dla mnie, ale głównie za Solidarność i dla Solidarności, i ktoś z nich mógł odebrać nagrodę, reprezentować. Postanowiłem, że pojedzie żona, właśnie dlatego, że jest tak ważna, a teraz różne osoby mogą podejrzewać, że ja coś chciałem ukryć, posyłając właśnie ją, może coś z pieniędzmi, że robię z tego Nobla jakąś prywatę.

Przesadza pan, panie prezydencie.
Ludzie są różni i różne rzeczy już mnie w życiu spotykały, nawet kiedy pomagałem z dobrej woli, bo widziałem taką potrzebę, kiedy przekazywałem na związek własne pieniądze. Dziś wiele spraw może wrócić.

Czy pan mi chce powiedzieć, że ta książka mogła zmienić stosunek do pana ludzi, na których panu zależy, przyjaciół, że może obudzić wrogów?
Na razie nikt różnych wątków nie zauważa, ale ja zauważam. Dlatego dziś jestem w takim miejscu, w jakim jestem, że wcześniej niż inni wiele zauważałem, przewidywałem.

Czy w ogóle po ukazaniu się książki ktoś z dawnych przyjaciół, kolegów zgłosił się do pana z pretensjami, że został źle opisany, niesprawiedliwie?
Gdyby książka ukazała się w innym momencie, kiedy mocniej grały emocje, mógłbym mieć spore kłopoty, dziś wiele tych emocji już wygasło. Ale na pewno w ludziach obudziły się różne wspomnienia, ta książka musi mieć też wpływ na mój wizerunek, zapewne są tacy, którzy mają prawo mieć żal. Podam pani jeden przykład, miałem bardzo dobrego znajomego, przyjaciela, który ogromnie wiele dla mnie zrobił, a w książce pokazany jest w jednym epizodzie, kiedy podczas przyjęcia ogrodowego poszedł do WC, drzwi się zacięły, on w nie walił, aby go uwolnić. I tak już pozostanie. Wiem, że w takiej książce, żeby się dobrze sprzedała, potrzebne są smaczki, pikantne anegdoty, ale jednak powinna być dla ludzi sprawiedliwa. Będą też tacy czytelnicy, którzy uznają, że byłem bardzo niedobrym mężem, bo ludzie na ogół dość prosto patrzą na skomplikowane sprawy. A moje życie było skomplikowane, rodzina, praca, walka. Jak tu ważyć proporcje?

Tamte emocje wygasły i, jak mi się wydaje, dziś pan zmaga się przede wszystkim z własnym życiem rodzinnym, problemami, jakie ono niosło, które się teraz ujawniły. W jakich jeszcze sprawach, już niekoniecznie politycznych, związkowych, uważa pan, że żona powinna była ugryźć się w język?
Mówi, że nawet kwiatka jej nie przyniosłem, że zawsze była krok z tyłu, za mną. Proszę pani, trzeba umieć się umiejscowić w czasie i przestrzeni. Zrozumieć, że to nie była niechęć, niedbalstwo, niedobry mąż, który nie zwracał na takie rzeczy uwagi, a z książki takie wnioski można wyciągać. To były czasy, kiedy momentami nie wiedziałem, jak się nazywam, i jeszcze miałem myśleć o kwiatku? Przynosiłem całe naręcza, wielkie wiązanki kwiatów i ten jeden dodatkowo? Jedna róża ode mnie? Czy to w ogóle byłoby zauważone?

Były sytuacje, gdy nie było wielkich wiązanek. Żona pisze, że urodziła drugiego syna i nie dostała kwiatka, podobnie jak przy pierwszym.
Chyba to nieprawda, tu akurat bym się sprzeczał. Na początku, kiedy jeszcze nie byłem tak zaangażowany w politykę, byłem dobrym mężem i wtedy o kwiatku bym nie zapomniał.

Żona przyznaje, że to był najlepszy okres waszego małżeństwa, właściwie wymarzone życie, ale cofnijmy się mocno w czasie. Mamy ten październik 1968 r., przechodzi pan koło kiosku z kwiatami, rozmienia pan pieniądze i co pana fascynuje w tej kwiaciarce?
Miałem już wtedy blisko 26 lat i normalnie oglądałem się za dziewczynami, ale to nie była jakaś miłość od pierwszego wejrzenia. Te pierwsze spojrzenia nie były jakoś specjalnie poważne, wtedy myślało się, żeby poderwać, rozerwać się, ale tak to trwało i okazało się, że było to jednak przeznaczenie. Po prostu tak zrządził przypadek, może los, a potem przychodzi przyzwyczajenie, ono staje się coraz większe. Miesiąc wcześniej byłem zresztą w domu i matka powtarzała: przecież jesteś już stary, kiedy ty się wreszcie ożenisz, ułożysz sobie życie? Odpowiadałem, że jeszcze nie czas, a miesiąc później meldowałem, że będziemy brali ślub.

Czyli jednak miłość?
Chyba tak, ja jednak jestem człowiekiem, który wierzy w przeznaczenie, i myślę, że było nam tak przeznaczone. Jest takie wiejskie przysłowie: co komu przeznaczone na drodze rozkraczone. Dopiero gdy odchodziłem od ołtarza, tak naprawdę zastanowiłem się, co zrobiłem, i uświadomiłem sobie, że znalazłem się w zupełnie nowej sytuacji. Czasem człowiek jest w takim stanie, czymś na kształt amoku, że nie do końca uświadamia sobie, co się dzieje, co robi, jakie będą skutki.

Pożałował pan decyzji o ślubie?
Ależ skąd, tylko zorientowałem się, że zmieniłem swoje życie, że nic już nie będzie takie samo jak w kawalerskich czasach, bo już jesteśmy rodziną. Pochodzę z tradycyjnej wiejskiej rodziny, w której panowała prosta filozofia i wyraźny podział ról: kobieta jest w domu i wszystko w nim ogarnia, a mężczyzna przynosi środki, pieniądze, żeby miała czym zarządzać. Na ten temat nie ma żadnej dyskusji. Tak jest z dziada, pradziada. I ja wybrałem sobie żonę w tej właśnie koncepcji, że jest najważniejszą osobą dla mnie, ale ma być w domu, ja też jestem dla niej najważniejszy i staram się o utrzymanie rodziny. Myślę, że do czasu ukazania się tej książki z taką filozofią małżeństwa się zgadzaliśmy. Dopiero książka tę filozofię zmieniła.

Wydaje się, że filozofię małżeństwa pana żona miała jednak nieco inną, książka ją tylko ujawniła.
Nie dawała mi wcześniej tego poznać. Książka ją usamodzielniła.

I pan nie może się z tym pogodzić? To boli?
Prawda, nie mogę się z tym pogodzić, chociaż pewnie muszę. Mówię tylko, że gdybym od początku chciał mieć żonę samodzielną, prowadzącą swoje zupełnie inne życie, to ożeniłbym się z inną kobietą. Dziś dla niej wiele rzeczy jest ważniejszych ode mnie, znalazłem się na drugim, trzecim planie, bo ważne są spotkania literackie, wyjazdy. Dla mnie to wielka psychiczna zmiana. To nie jest kwestia zazdrości, że jej książka i ona sama robią karierę, że ona się usamodzielniła. Ja nie potrafię rozstać się z tą swoją filozofią, kim ma być żona.

Boli, że Lech Wałęsa nie jest już na pierwszym miejscu?
Nie tyle boli, ile zupełnie zmienia świat wokół mnie, system, w który się wychowałem, że ty masz dom, ja jestem poza domem. Ja uważałem, że jestem u niej na pierwszym miejscu, ona jest też na pierwszym u mnie, a teraz na pierwszym miejscu u niej znalazły się inne sprawy. Teraz ona wychodzi poza dom i nic mi się już nie zgadza. Wiem, że gdy to mówię, jestem staroświecki, długo sobie tego nie uświadamiałem, książka zmusiła mnie, aby i o tym pomyślał.

Pan staroświecki? Pan się bardzo unowocześnił, te fascynacje komputerowe.
Ale to są inne sprawy, w kwestii małżeństwa i podziału w nim ról jestem nadal staroświecki i już się nie zmienię.

Czy przez te wszystkie lata, kiedy pana w domu nie było, pomyślał pan kiedyś, że w takim małżeństwie żona mogła poczuć się czasem nieszczęśliwa? Bo to przecież tylko w piosence tak dobrze brzmi: „bo męska rzecz być daleko, a kobieca wiecznie czekać”?
Moim zdaniem byliśmy idealnym małżeństwem, nigdy się poważnie nie pokłóciliśmy, żadnych przekleństw, zresztą wiedzieliśmy, że jesteśmy ciągle na podsłuchu. Myślałem, że ona to tak samo odbiera, że mnie nie ma, wyjeżdżam, że jest polityka. Sądziłem, że myśli i rozumie: robił tyle, ile mógł, więcej nie mógł. Nie sądziłem, że ona chciałaby więcej domu, a nieco mniej polityki.

Czy po przeczytaniu książki lepiej pan żonę rozumie?
I tak, i nie. Wiele rzeczy rozumiem, ale nie mogę przekroczyć tego progu, że miałem inną koncepcję małżeństwa i inną żonę, a teraz mam tak naprawdę inną.

I co robić? Jak żyć z tą świadomością?
Gdybym był młodszy, może myślałbym, co robić, szukał rozwiązania. Dziś jestem już starszy, a religia nie pozwala mi, by coś zmieniać. Żeby jednak było jasne – ta nowa koncepcja, że ważniejsza jest książka, nagrody i wiele innych rzeczy, mnie się nie podoba. To jest dla mnie sytuacja zupełnie nowa – coś jakby mąż prezydenta. Ja się w tej roli nie potrafię zobaczyć.

Żyjecie więc oddzielnie, obok siebie, bo tak trzeba, bo religia…
Nie, oczywiście że nie. Żyjemy razem, rozmawiamy normalnie, z pewnością na niektóre moje zachowania żona wpłynęła, trochę się z pewnością zmieniłem.

Co pan już zauważa, co zmienił?
Kwiatki już kilka razy kupiłem, pytałem, czy chce gdzieś kandydować, do jakichś władz, bo mogę ją w tym wspierać. Ale ona nie chce, przynajmniej na razie. I myślę, że tak będzie, dopóki ja żyję, bo pod jakim wpływem znalazłaby się, gdyby mnie nie było, nie wiem. Ale sądzę, że otoczenie mogłoby ją do jakiejś działalności namówić.

Czy według tej pana koncepcji kobiety w ogóle nie nadają się do polityki, nie należy nawet z nimi o polityce rozmawiać?
Oczywiście, że się nadają, ale wtedy trzeba wybierać inną koncepcję małżeństwa. Gdybym wiedział, że jakąś kobietę ciągnie do polityki, to ja za żonę bym jej nie wziął. Nie chciałbym rodzinnej rywalizacji albo bycia mężem prezydenta. Nic na to nie poradzę, moja filozofia jest taka chłopska, praktyczna. Nie mówię, że dobra, w obecnych czasach właściwie nawet niedobra, ale taka jest. Ona jest moim rodzinnym tradycyjnym bagażem i nie uwolnię się od niego.

Powiedział pan, że nie chce rodzinnej rywalizacji. Czy ma pan dziś poczucie, że ona jednak istnieje? Pana żona stała się osobą publiczną, bardziej, niż kiedy była prezydentową.
Ja nie, ale niektórzy tak to rozumieją. Myślą, że zazdroszczę jej sukcesów, bo jej książka sprzedaje się lepiej niż moje, że znalazłem się na dalszym miejscu, że o niej głośno w mediach. Że to jest cios dla moich ambicji.

Może jest to cios, panie prezydencie?
No właśnie, ludzie tak myślą, dla mnie tak nie jest. Ja nie muszę już z nikim rywalizować, ale coś się jednak w moim życiu zawaliło, zmienił się cały układ.

Miał pan już kilka miesięcy, aby się z tym oswoić. Czas nie pomaga?
W tych kwestiach jestem już nie do naprawy, na takie zmiany jestem za stary. Mój dziadek był taki, ojciec też i ja taki jestem. To jest moje proste, chłopskie wychowanie, proste zasady. Takie są i nie da się ich ocenić, czy są dobre, czy złe. One po prostu są.

Rozumiem te proste chłopskie zasady, rozumiem pana filozofię czy, jak pan to ujmuje, koncepcję małżeństwa, ale czy nigdy pan tak naprawdę nie pomyślał: a może kupię jej samochód, niech ma własny? Żona sporo pisze o tym, że kiedyś zrobiła prawo jazdy i ta myśl o własnym samochodzie jest jakoś dla niej ważna.
Nigdy mnie o to nie prosiła. Zresztą zawsze ja prowadziłem samochód, to po co dla niej drugi? Przeważnie miała zresztą samochody do dyspozycji.

O czym dziś państwo rozmawiacie w domu, bo rozumiem, że to jednak nie jest takie łatwe?
Różnie, w każdym razie rzadko wchodzimy na tematy z książki, bo tu nie może być porozumienia. Ona uważa, że ona ma rację, a ja uważam, że to ja mam rację. Nasze życie jednak jakoś zasadniczo się nie zmieniło, tyle że żona mniej bywa w domu.

Dzieci stanęły po stronie żony.
One zawsze solidaryzują się ze słabszym. Ojciec jest silny, poradzi sobie, matce trzeba pomóc, zwłaszcza że chowały się głównie pod okiem matki.

Podoba się panu zdjęcie żony na okładce książki?
Podoba mi się, ale ja w ten sposób nie myślę. Dla mnie jest oczywiste: raz ślubowałem i już nie ma znaczenia, czy się podoba, czy nie. W ogóle się nad tym nie zastanawiałem.

Czy pana żona nadawałaby się do polityki?
Ona jest naprawdę bardzo zdolna, twarda, ma upór. To nie jest charakter na politykę na przykład w czasach komunistycznych, kiedy trzeba było pewnej giętkości, elastyczności, kompromisu, ale teraz? Kto wie. Może mogłaby odnosić sukcesy.

Nie miał pan nigdy ochoty poradzić się żony w jakiejś trudnej politycznej sprawie, przy całej świadomości, że ją polityka nie interesuje, ale wkracza w jej życie? Odwołać się do jej intuicji?
Ja zawsze wszystko rozgrywałem sam, bez żadnych konsultacji, żadnych pytań. Oczywiście słuchałem mądrych ludzi, ale ostateczne wnioski wyciągałem sam.

Czy teraz coś zmieniło się w pana spojrzeniu na rolę kobiet, byłby pan na przykład za parytetami w polityce?
Jestem przeciwnikiem parytetów. Jeżeli ktoś jest dobry, nie potrzebuje ich. Myślę, że wszyscy musimy najpierw dojrzeć, pokonać w sobie te bariery, te progi nie do przejścia, które sam u siebie obserwuję. Zresztą nie wiem, czy wysyłanie kobiet masowo do polityki, do biznesu, na stanowiska ostatecznie okaże się takie dobre. Byłbym tu ostrożny, bo jednak różnice między płciami istnieją i tego nie zmienimy.

Jakie okresy ze wspólnego życia najlepiej pan wspomina? Żona mówi, że najlepiej było do sierpniowych strajków i może jeszcze w czasie strajków, a potem już było gorzej.
Staram się rozumieć życie i każdy okres był inny; najpierw fascynacja, potem małe dzieci i dzieci coraz większe, nowe problemy. Każdy czas miał po prostu swoje prawa. Nie potrafię wyrwać jakiegoś okresu i powiedzieć, że był najlepszy. To jest łańcuch zdarzeń i jak się wyjmie jedno ogniwo, nie ma łańcucha.

Żona nigdy panu nie powiedziała: słuchaj, nie jestem teraz bardzo szczęśliwa, chciałabym, żeby było jak dawniej?
Nie mówiła, ale teraz można wydedukować, że zbyt szczęśliwa jednak nie była. Przyznaję, miała ciężko, rodzina nie była pełna, bo mnie nie było. Przez chyba 20 lat, mimo że się starałem, byłem tylko fragmentem rodzinnego życia. Zdaję sobie z tego sprawę. Patrząc z tego punktu widzenia i ona, i ja straciliśmy większość życia rodzinnego.

I ma pan dziś to poczucie straty? Ta książka ją panu uświadomiła? Czy zawsze miał pan tę świadomość?
Gdy oceniać na pierwszy rzut oka, to właściwie można byłoby powiedzieć, że mam na koncie same klęski: niedokończona prezydentura, bo nie wygrałem drugiej kadencji, stracony związek Solidarność, z którym dziś nie potrafię się utożsamić, ta kulejąca demokracja. To wszystko jest takie jakieś niedorobione. I teraz jeszcze to rozsypane życie rodzinne, żona jednak w jakiejś mierze nieszczęśliwa. Jestem więc spełniony w walce, w obaleniu systemu, ale w budowie miałbym wiele do dokończenia.

Książkę żona kończy takimi zdaniami: „miałam wiele różnych marzeń i nadal mam w sercu wiele marzeń. Tym jednym, że może ojciec i mąż do nas powróci, chciałam się ze wszystkimi podzielić”. Czy taki powrót jest możliwy?
Jak to zrobimy? Spalimy książkę? Książek przecież nie palimy. Od pewnych słów, ocen nie ma odwrotu. To mleko się już wylało. Na pewno w wielu kwestiach będziemy inni, może ostrożniejsi, kupię ten kwiatek, ale to wszystko będzie jednak pod pewnym przymusem, a nie spontaniczne. Do czego tu wracać? Powrotu nie ma, ale może być mądrzejsze życie, bardziej partnerskie.

Myślę, że to jest właśnie klucz – życie partnerskie. Czy wcześniej w tej pana małżeńskiej koncepcji w ogóle istniało słowo partnerstwo?
Od początku naszej rozmowy tłumaczę pani, jak ja rozumiem partnerstwo – ty prowadzisz dom, ja go utrzymuję, ale za daleko nie wchodzimy sobie w te sfery.

A co to był za pomysł, żeby z żoną przez Skype’a w domu rozmawiać?
To był przecież żart, chciałem, żeby trochę bardziej wciągnęła się w te nowoczesne komputerowe sprawy, bo to ułatwia życie.

Podczas zagranicznych wyjazdów myślał pan czasem, co by żonie przywieźć w prezencie? Czym sprawić jej trochę radości?
Nigdy nie miałem czasu na żadne zakupy, zabawy, zabawki. Zawsze miałem programy tak zapchane spotkaniami, że czasem nawet nie wiedziałem, czy spotykam się z sędziami, czy lekarzami. Zdarzało się, że dowiadywałem się o tym, gdy już wchodziłem na salę. Ja nie jeżdżę na urlopy, jeżdżę do ciężkiej pracy. Na Zachodzie niemało zapłacą, ale w zamian wycisną maksymalnie. Ponadto znów wracam do mojego wychowania – zawsze było dla mnie oczywiste, że jeżeli ktoś czegoś potrzebuje, to mówi o tym i wtedy ja kupuję. Kupię coś z własnej inicjatywy i tylko kłopot, bo się nie spodoba.

Po tylu latach nie wie pan, co żona lubi, czego nie, jakie miałaby pragnienia?
Nigdy nie miałem czasu, żeby się upodobaniom przyglądać. Za szybko po ślubie wszedłem w aktywne polityczne życie, może nie było nawet czasu, żeby się lepiej wzajemnie poznać. Takie rzeczy mi po prostu uciekły i dziś to jest dramatyczna sytuacja, że tyle w życiu mi przepadło. W polityce wywalczyłem jednak wszystko, co było do wywalczenia, a mimo to wszyscy chcieliby ode mnie więcej. Nie tylko w polityce, teraz okazało się, że żona też chciałaby więcej. I nikt nie zastanawia się, czy mogłem dać więcej. Ja uważam, że dawałem z siebie wszystko, także rodzinie.

Co dziś, po tym wszystkim, najbardziej cementuje pana rodzinę?
Chyba jednak przyzwyczajenie. Jednak jesteśmy razem ponad 40 lat. Każde z dzieci ma już swoją rodzinę i bardziej cementują je te rodziny – które założyły, bo tak jest zawsze – niż związek z ojcem czy matką.

Jakie było pierwsze uczucie, kiedy skończył pan czytanie książki żony? Złość? Żal?
Nie, uznałem, że to jest nawet dobre, ale ja bym tego, gdybym był na jej miejscu, nie zrobił. Z drugiej strony pomyślałem, że mnie wiele rzeczy rani, nie podoba mi się, ale co miałoby tam być, żeby ludzie zechcieli to kupić? Bez tych anegdot, nawet szpilek wbijanych różnym ludziom? Ludzie mają podobne problemy, są rodziny w podobnej sytuacji, jest wiele kobiet niedocenionych, niezauważonych, a więc rozumiem powodzenie tej książki. Rozumiem, że jeżeli kupowały ją gospodynie domowe, a one głównie kupowały, to książka stała się dla nich ważna, odegrała jakąś pozytywną rolę. Ale czy to musiało mnie trafić?

Lecha Wałęsę zwykle trafiały w życiu trudne sprawy.
To prawda, że nigdy nie byłem do łatwych spraw. Mam jednak nadzieję, że już chyba koniec takich niespodzianek.

Jeżeli dzieci zaczną pisać kolejne książki?
Były zbyt małe, by wiele pamiętać, a teraz to są już zupełnie inne czasy. Ciągle jednak pojawiają się propozycje, abym teraz ja napisał, żebyśmy napisali wspólnie. Nie wiem, co miałoby to być. Jakaś polemika? A po co nam to?

Lubi pan teraz wracać do domu?
Zawsze lubiłem i lubię. Jeżeli widzę, że domownicy ze mną się nudzą, idę do komputera.

Jakie są oznaki tego, że są już panem znudzeni?
Nagle zostaję sam, bo ktoś wychodzi, ktoś inny bierze książkę, a ja jeszcze mówię, bo mam ochotę podyskutować.

I tak na koniec. Ma pan duże pretensje do żony czy pan ich nie ma?
Mam przede wszystkim dużą pretensję do siebie, że nie byłem przygotowany, myślę, że żona też nie była przygotowana, że tamta koncepcja małżeństwa tak może się nam zawalić.

Żona wydaje się bardzo pewna swoich racji.
Tak, na spotkaniach, ale gdy wraca do domu, myślę, że też ma wątpliwości.

Żona pisze, że patrząc wstecz na swoje życie, niczego właściwie by nie zmieniła. Pan by coś zmienił?
Niewątpliwie zmieniłbym – tę książkę przeczytałbym przed wydrukowaniem.

Proponowała?
Oczywiście, ale byłem tak zajęty, że uznałem, iż nie jest to takie ważne, bo co też ona mogła tam napisać? Chociaż oczywiście to był duży dom, niezwykłe czasy i wydawało mi się, że było kilka ciekawym momentów do opowiedzenia, uwiecznienia. W każdym razie przez myśl mi nie przeszło, że to będzie taki bestseler.

Co powinna była uwiecznić?
To, co warte było uwiecznienia, napisałem w swoich książkach, bo dla mnie najważniejsza była walka, działalność, odzyskanie niepodległości, a nie żona czy rodzina. To wszystko, co było ważne, opisałem, a jednak nie sprzedałem tak wiele egzemplarzy jak żona.

Jest jednak ten element zawodu, rywalizacji. Jak pan widzi, ludzie lubią czytać o życiu, a nie o polityce.
I to jest pytanie ważne dla nas wszystkich: jaki sens ma dla ludzi to, co robimy w polityce, o co walczymy? Czego właściwie chcą nasi rodacy?

Panie prezydencie, dziś miało nie być o polityce.
No to kończymy.

Reklama

Czytaj także

Kultura

Podróże z Leonardem da Vinci

500 lat temu zmarł Leonardo da Vinci. Takiej rocznicy świat przegapić nie może, wyścig świętujących zaczął się wcześnie – i wybuchowo.

Piotr Sarzyński
16.04.2019
Reklama