Klasyki Polityki

Ruski miesiąc

Polacy mają wiele, gwarantujących samozadowolenie, wyobrażeń o sobie.

Felieton ukazał się w tygodniku POLITYKA 25 października 2008 r.

Swojego czasu (pracowałem wtedy na KUL, więc można było zasadnie przypuszczać, iż pozostaję in odore sanctitatis) przyjaciółka zwróciła się do mnie, żebym pomógł jej załatwić formalności związane z chrztem dzieci, na którym bardzo zależało dziadkom. Tragicznie zmarły ojciec był ateistą – nie wojującym, ale przekonanym – i wolnomyślicielem do tego stopnia, że z przyjaciółką nie zawarł nawet biurokratycznego ślubu cywilnego. Przyjaciółka z kolei reprezentowała rzadki gatunek otwartych na wszelką metafizykę, ale niepraktykujących żadnej.

Proboszcz, zainkasowawszy „co łaska” i dwie kartki na benzynę, od razu spuścił mnie z wodą. Dzieci – bękarty, ojciec antychryst (co gorsza, nieochrzczony), matka nie wiadomo co. Nie przejąłem się, gdyż wydawało mi się, że mam atuty w rękawie. Udałem się do zaprzyjaźnionego i słynącego z dobroci księdza H. Wdaliśmy się w teologiczną dysputę. „Chodzi przecież – argumentowałem – o zmazanie grzechu pierworodnego. Czyż można za grzechy rodziców karać niewinne dzieci, zamykając im drogę do wiecznego zbawienia?”. Ksiądz H. był nieubłagany. „Niech najpierw nawróci się matka i da gwarancję, że dzieci wychowane zostaną w świętej wierze rzymskokatolickiej”. Tu krew mnie zalała. „A nie pamięta ksiądz tego świętego, który chrzcił deszczem umierających saracenów, a z ust ich wylatywały białe gołębice i szybowały w przestworza, ku światłu?”. Ksiądz H. spojrzał na mnie ironicznie: „Pan wierzy w takie bajki?”. Wzburzyło mnie to ogromnie: kapłan, skądinąd uroczy, który nie wierzy w cuda, a chrzest sprowadza do socjologicznego poziomu. Dyskusja była jednak skończona. Nawiedzałem potem księdza M., ojca G., prałata B. ... z podobnym skutkiem. Wreszcie, o dziwo, sprawa skończyła się happy endem. Ojciec S. zgodził się opatrzyć dzieciaki sakramentem, z tym że wpisane zostały do ksiąg w jakiejś wiejskiej parafii, gdzie w zimie zaspy, na wiosnę i jesienią błoto, a w lecie upał zniechęcają władze kanoniczne do inspekcji. Kurz zasypie karty ksiąg, wilgoć je zapleśni, może zdarzy się pożar, a dzieciaki mogą liczyć na wiekuistą szczęśliwość. Bardzo mnie to cieszy, gdyż oboje, chłopak i dziewczyna, dzisiaj już dorośli, są pośród najwspanialszych ludzi, jakich spotkałem w życiu. Niech im więc, jeśli istnieją, śpiewają kiedyś chóry anielskie te piosenki, które najbardziej lubią.

Wracając do happy endu, muszę jednak przypomnieć raz jeszcze, że byłem wykładowcą na KUL, pochodzę z polskiej, niezłomnie katolickiej rodziny i przez przyszywaną ciotkę Gintowtównę jestem spowinowacony z Radziwiłłami.

Polacy mają wiele, gwarantujących samozadowolenie, wyobrażeń o sobie. Są na przykład przekonani o swoim poczuciu humoru. Jakież świetne kawały opowiadamy o Ruskich, Niemcach, Czechach... Cóż wspanialszego niż polskie szmoncesy żydowskie?! Nie cofamy się przed szarganiem niektórych świętości. Nawet na KUL usłyszeć można dowcipy antyklerykalne. „W nocy, w klauzurze sióstr surowego rygoru, rozlega się przeraźliwy krzyk: – Mężczyzna! Mężczyzna! Siostry wybiegają z cel, myszkują, szukają. Nic, żadnego śladu mężczyzny. Matka przełożona wzywa więc siostrę Eutodoksję, która podniosła alarm. – Gdzie siostra widziała mężczyznę? – Tam, tam, w klozecie – deska podniesiona!”. Mniejsza o smak tego wica. Są przecież także anegdotki rasistowskie, oświęcimskie, wyszydzające chorych („Co lepiej mieć: Alzheimera czy Parkinsona? – Jasne, że Parkinsona, bo pewnie trochę wylejesz, ale przy Alzheimerze zapomnisz, że chcesz się napić...”.). Z wszystkiego się śmiejemy? Doprawdy? A z nas samych? Tutaj dziwna jakaś luka. Nasza śmiertelnie poważna męczeńska historia, nasze omal mocarstwowe miejsce w Europie, nasza słynna w świecie narodowa gościnność, Kościuszko i Pułaski, Pułaski i Kościuszko, Jan Paweł II, kremówki... Od tego barbarzyńcom wara.

Lecz oto przyjeżdża do Polski Rosjanin (to już niedobrze), który chce poślubić Pol-kę (jeszcze gorzej). Jest po rozwodzie. Była żona, z którą miał syna, została w Moskwie. Ochrzcił się już w Warszawie, w cerkwi. Ma wizę pobytową. Wybranka nie ma własnego mieszkania, a rodzice odpowiednich dochodów. Żyją w Warszawie, ale chcą się pobrać kościelnie w Poznaniu. Rosjanin nie wykłada, jak ja, na KUL, nie pochodzi (wręcz przeciwnie) z katolickiej rodziny, nie jest nijak spowinowacony (chyba że przez Adama i Ewę) z Radziwiłłami albo choćby z Lubomirskimi. Zaczyna się więc szaleństwo, które Dmitrij Strelnikoff („Ruski miesiąc”, W.A.B., Warszawa 2008) opisuje z przymrużeniem oka, ale jednocześnie z fenomenalnym wyczuciem smaczku tych realiów, do których już tak przywykliśmy, że zgoła ich nie zauważamy albo przyjmować bylibyśmy je skłonni za normalność. Kto w Polsce umie jeszcze śmiać się sam z siebie, MUSI przeczytać tę książkę.

Leżałem w łóżku, Basia już spała, i czytałem „Ruski miesiąc”. Nie mogłem się oderwać. Rano Basia zapytała mnie, czy to możliwe, bo tak się jej wydawało przez sen, że śmiałem się przez całą noc. Właściwie to nie był śmiech, tylko chich, nerwowo-radosny chich faceta, który wszystko, co czyta, wie, jedynie sam nie miał siły, odwagi i talentu, żeby to opisać. Strelnikoff jest dziennikarzem, publicystą, poetą, współpracownikiem telewizji i wydał jeszcze atlas zwierząt. Oznacza to, że jest puknięty w wystarczającej mierze, by chciało się z nim spędzić wieczory przy Smiroffie (tak mieni się w książce), a przede wszystkim, że TRZEBA go czytać. Pod płaszczykiem opowieści o rzymskokatolickich trudach zawarcia małżeństwa jest to też traktat o polskiej rusofobii. Widzianej wcale nie jednostronnie. Strelnikoff kpi sobie bowiem i z drugiej strony. W pomieszaniu pojęciowym przybysza ze Wschodu miesza się u niego z doświadczaną na co dzień maglową niechęcią i Aleksander I wkraczający do Paryża, i Borodino, i Wielka Wojna Ojczyźniana, i sowietyzm mylony z rosyjskością... Każdy ma swój kogel-mogel w głowie. Rzecz w tym, by zrozumieć, że mamy nie mniejszy niż oni.

Zachwyciłem się tą książką. Gdybym miał pieniądze, ufundowałbym Dmitrijemu Strelnikoffowi 365 Nobli na 365 dni w roku. Niestety, nie mam, muszę więc skończyć na słowach. Niech nikt nie mówi, że nie warto iść do księgarni. Znajdzie tam wiersze Jacka Cygana, ostatnie książki Józefa Hena i „Ruski miesiąc” Strelnikoffa. Panowie i panie! Jeżeli chcemy rozmawiać, jeżeli chcemy pojąć coś więcej, z naszego świata, są to lektury obowiązkowe. Strelnikoff! Bracie!

Polityka 43.2008 (2677) z dnia 25.10.2008; Stomma; s. 121
Reklama

Czytaj także

Nauka

Skąd dramatyczne wahania liczby infekcji covid-19?

Czym tłumaczyć gwałtowny spadek raportowanych zakażeń koronawirusem? Rozmawiamy z dr. Franciszkiem Rakowskim z ICM, który modeluje przebieg pandemii od samego jej początku.

Karol Jałochowski
26.11.2020
Reklama