Klasyki Polityki

Ciocia Jadzia felietonu

Kiedy mam ochotę spotkać rówieśników – idę do filharmonii.

Felieton ukazał się w tygodniku POLITYKA 8 listopada 2008 r.

Niech pan napisze coś dla ludzi poniżej 45 lat! – apeluje znajoma. Ale czy warto pisać dla ludzi młodych, kiedy społeczeństwo się starzeje? Jan Rokita ostrzega, że staniemy się najstarszym wiekowo narodem Europy. Na złość młodym i mimo licznych zachęt – starzy nie chcą umierać. (Młodzi też nie chcą, ale im tego nikt nie wymawia). Dlaczego więc pisać dla młodego marginesu, który w dodatku nie czyta, bo pracuje od rana do nocy, a w wolnej chwili przegląda „Vivę!” pedałując w fitness klubie? Przyszłość należy do czytelników starych, którzy nie surfują, tylko zasypiają w fotelu nad ulubionym felietonistą. Ważne jest, żeby młody był autor, a czytelników, żeby było dużo, nawet tych nad grobem. To po pierwsze primo.

Po drugie primo – oferta dla młodzieży jest dziś oszałamiająca. Wystarczy włączyć radio albo telewizję, a tam publicysta, który ma mleko pod nosem, urządza świat na nowo, młodzi bracia K. piszą o bliźniakach K., młodziutkie dziennikarki polują na młodziutkich posłów Kamińskiego czy Napieralskiego. Młodzież stanowi obieg zamknięty. Znajomy reżyser, który usiłował sprzedać scenariusz w Hollywood, usłyszał: „Widownia powyżej dwunastu lat nas nie interesuje”. Po co młodym felietony, skoro wszystko inne jest dla nich? Czyż nie mają dla siebie dość na tysiącach stron gazet i czasopism?

Po trzecie primo – młodzież nie ma nawyku czytania i jest bardzo zajęta. Do tego stopnia, że co drugi młody człowiek ma już asystentkę albo asystenta. „Powiem o tym mojej asystentce”. „Dam panu telefon do mojego asystenta”. „Moja asystentka do pana zadzwoni” – młodzi ludzie przed trzydziestką, którzy wyglądają na asystentów, sami już mają asystentki. A ludzie o dorobku asystentów są już profesorami. Co druga dziennikarka (-arz) mówi: „Ja powtarzam moim studentom...”, „moi studenci to albo tamto”. Dziennikarz, o którym pies z kulawą nogą nie słyszał, jest otoczony wianuszkiem studentów niczym Sokrates.

Kiedy mam ochotę spotkać rówieśników – idę do filharmonii. Nie widzę tam ani jednej twarzy z okładek opiniotwórczych tygodników, ani jednej postaci z telewizji, ani jednego asystenta czy profesora dziennikarstwa. Owszem, spotykam kolegów z „Polityki”, ale to sekcja geriatryczna – Jerzy Kleer i Marian Turski. Młodzieży tyle, co Brahms napłakał. (Pomijam Dorotę Szwarcman, bo ona tam jest na stałe).

Rozglądam się też za młodzieżą dziennikarską na niedzielnych koncertach Cioci Jadzi (pani Jadwiga Mackiewicz – 48 sezon na estradzie – to się nazywa młodość!), na której koncerty chodzę z wnukiem w nadziei, że spotkam tam młodsze koleżanki lub kolegów po piórze, doprowadzonych przez mamusię lub dziadka. Figa z makiem! Z młodzieży jest tylko Marek Borowski z wnukami. Młodzi są gdzie indziej. Gdzie? W Zachęcie? W Luwrze? W Teatrze Wielkim? Gdzieś przecież muszą chłonąć tę kulturę, którą przekazują asystentkom i studentom. Bo gdzie jest Ciocia Jadzia, to ja wiem: tam gdzie zawsze. I ciągle ma nieletnią widownię. Chciałbym zostać Ciocią Jadzią felietonu.

Kiedy wnuk słucha fragmentu sonaty – dziadek rozmyśla, czy przeżył życie najlepiej, jak umiał, i co zrobić z tym, co przeżył w Polsce Ludowej? Czy wypada przeglądać z rozrzewnieniem fotografie z otwarcia MDM (socrealizm), z obozu Służby Polsce (polskojęzycznej), ze zdobywania odznaki Sprawny do Pracy i Obrony w parku Agrykola (paramilitarna), z demonstracji przed ambasadą amerykańską („Ami go home!”)? Bywaliśmy przecież szczęśliwi z powodów, które dzisiaj, dla owego „czytelnika poniżej 45 lat”, wychowanego na podręcznikach IPN, są trudne do wybaczenia. Ja np. byłem szczęśliwy, kiedy zdałem egzamin przed komisją – z udziałem dr. Baumana i dr. Kołakowskiego! – i dostałem się na Uniwersytet Leningradzki. (Całe szczęście, że po roku uciekłem, bo to było nieporozumienie, ale co zobaczyłem – to moje). Dzisiaj sam fakt ukończenia takiej uczelni uchodzi za kompromitujący.

Nawet minister Sikorski, po którym się tego nie spodziewałem, mówił nie bez satysfakcji w TV, że on nie przyjął do pracy ani jednego absolwenta MGiMO. Cóż to za powód do chwały? (Ale że Siergiej Ławrow jest świetnym dyplomatą, absolwentem MGiMO, to się mówi).

Prowadziłem wtedy wspólne gospodarstwo z węgierskim studentem, nazywał się Gyula Balogh. W pokoju w akademiku mieszkało nas sześciu. Nasze gospodarstwo to było jedna półka w szafie. Pewnego razu szedłem Newskim Prospektem – reprezentacyjną ulicą Petersburga – a tam kolejka. „– Czto dajut? – Jajca!” – Zająłem kolejkę i biegiem do telefonu (komórek wtedy nie było): „Gyula! Przyjeżdżaj natychmiast, sprzedają jajka, po dziesięć na twarz!”. Zdążył. Jedząc jajecznicę z 20 jajek byliśmy szczęśliwi. A potem, ile razy byłem szczęśliwy, kiedy udał się felieton albo monolog do kabaretu, kiedy cenzura nie wykreśliła wszystkiego, kiedy reagowali czytelnicy i widzowie, kiedy dziewczyna, kiedy Richter, Małcużyński, Rubinstein... Taaak, bywaliśmy szczęśliwi w czasach niezbyt szczęśliwych. Jak to wytłumaczyć czytelnikom poniżej 45 lat?

A propos Rubinstein. „Nasz Dziennik” przynosi wywiad z prof. Zdzisławem Rynem, psychiatrą, alpinistą, dyplomatą, ambasadorem (byłym?) w Argentynie, który urzęduje w… Krakowie, ponieważ minister go odwołał, ale prezydent odwołania nie podpisał. Ambasador sympatyzuje z Janem Kobylańskim, któremu – jego zdaniem bezpodstawnie – „zarzucono antysemityzm”. Prof. Ryn: „Taki zarzut postawiono mu po tym, jak na jednym ze zjazdów Polonii powiedział, że jeśli wszyscy ambasadorzy Polski w Ameryce Łacińskiej są Żydami, to ma wątpliwości, kogo oni reprezentują. Fakty były takie – kontynuuje profesor – że prawdopodobnie byłem wtedy jedynym ambasadorem Polski na tym kontynencie o formacji katolickiej”.

Ambasador formacji katolickiej opowiada, że zanim objął placówkę w Buenos Aires, „większość imprez kulturalnych czy artystycznych organizowanych przez ambasadę odbywała się z udziałem osób żydowskiego pochodzenia”. Dopiero kiedy ambasador formacji katolickiej wystawił musical o św. Maksymilianie Kolbe pod patronatem kardynała Dziwisza, „agenci w Buenos Aires aż zatrzęśli się ze złości. To pokazuje, o co w tym wszystkim chodzi…”. Szerzej nie będę cytował, bo czytelnicy poniżej 45 lat mogą nie zrozumieć, o co chodzi. Skąd wiadomo, jakiej „formacji” są ambasadorowie i wedle jakich kryteriów ocenia się pochodzenie publiczności na koncertach w ambasadzie?

Dobrze, że na koncertach Cioci Jadzi bileterzy sprawdzają tylko bilety.

Polityka 45.2008 (2679) z dnia 08.11.2008; Passent; s. 114
Reklama

Czytaj także

Rynek

Jak PGNiG dosala Zatokę Pucką

Dlaczego mieszkańcom nadmorskiego Kosakowa przeszkadza, że morze jest słone?

Ryszarda Socha
12.11.2019
Reklama