Klasyki Polityki

Polski Fritzl nie ma piwnicy

Na podchwytliwe pytania, kto się kładzie pierwszy, kto pierwszy wstaje, kto ma największe łóżko i kto z kim w domku zasypia, wszystkie dzieci w klasie odpowiadały bardzo chętnie, z wyjątkiem dziewczynek S. Na podchwytliwe pytania, kto się kładzie pierwszy, kto pierwszy wstaje, kto ma największe łóżko i kto z kim w domku zasypia, wszystkie dzieci w klasie odpowiadały bardzo chętnie, z wyjątkiem dziewczynek S. Mirosław Gryń / Polityka
Kiedy świat żył sprawą Josefa Fritzla, który przez lata więził w piwnicy i gwałcił swoją córkę, Polska dowiedziała się o tym, co działo się w Sławnie.

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w czerwcu 2008 r.

Gdyby Josef Fritzl mieszkał pod Sławnem, a nie w Austrii, chodziłby po wsi z podniesionym czołem i nikt by go nie nazwał potworem.

Między szóstym a siódmym dzieckiem Brygidę S. do opieki społecznej w Sławnie przyprowadził tata i powiedział, że rodzina potrzebuje pomocy. Leokadia Winkler, która w ramach Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej zajmowała się wsią W., poszła wtedy skontrolować, jak żyją. Dom stał na końcu wioski przy drewnianym krzyżu. Gdy zadzwoniła, za wysokim płotem ujadały psy, ktoś wyjrzał zza firanki i nic. Za drugim razem było tak samo. Leokadia Winkler nie wiedziała jeszcze, że z powodu bezpieczeństwa Jan S. nie wpuszcza obcych do domu. Pozwolił jej wejść dopiero wówczas, gdy zagroziła, że opieka wstrzyma całą świadczoną pomoc. – W domu było czyściutko, choć skromnie – przypomina sobie. – Ta dziewczyna nic nie mówiła i widać było, że o wszystkim decyduje tam ojciec.

Pytanie o małe dzieci kręcące się po domu w ogóle wtedy nie padło. – Nam nie wypada o takie rzeczy pytać wprost – tłumaczy. – Trzeba do sprawy podejść oględnie, psychologicznie i umiejętnie.

Dopiero gdy Brygida S. składała wniosek o zapomogę na siódme dziecko, Leokadia Winkler powiedziała wprost: – Pani Brygido, trzeba wystąpić do sądu o alimenty. I poprosiła, aby matka napisała, że ojciec dzieci uchyla się od płacenia. Wystarczy, że wskaże osobę, którą podejrzewa o ojcostwo, a całą resztę załatwią już pracownicy socjalni. – I widzę, jak ona nagle robi się blada i zamyka w sobie – ciągnie Winkler. – W kółko tylko powtarza: to moje dzieci i żadnych alimentów nie chcę.

Leokadia Winkler poprosiła więc ojca Brygidy, Jana S., aby wpłynął na córkę. Wytłumaczyła, że córka musi wystąpić o ustalenie ojcostwa, bo inaczej nie dostanie alimentów na siedmioro dzieci. W domu przecież było biednie. Słysząc tę prośbę S. się zarumienił i opuścił głowę. – Następnie się zezłościł i zaczął mi wulgarnie ubliżać, ostrzegając, że długo w Ośrodku nie popracuję – wspomina Leokadia Winkler, która po tej rozmowie nabrała podejrzeń. Napisała więc do sławieńskiej prokuratury, że Brygida jako osoba upośledzona ma trudności z kierowaniem swoim postępowaniem i może to wykorzystywać jej ojciec.

Oficjalne zawiadomienie Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej złożył dziesięć lat temu: „Relacje między Janem S. a Brygidą S. mogą nie być zwykłymi relacjami między ojcem a córką”. – Wtedy sprawa stała się urzędowo jawna – mówi sąsiad Jana S., który rozróżnia dwie kategorie jawności. W ramach jawności ludowej wieś W. wiedziała wszystko od dawna. A w zasadzie od 1986 r., kiedy Brygida urodziła swą pierwszą córkę Justynkę.

Dzieci dobrze wytresowane

Brygida miała wtedy 19 lat, Jan – 48. Sąsiadka S. poszła wtedy na milicję. Powiedziała, że stary S. wykorzystuje swoją upośledzoną córkę, i liczyła, że zaraz zrobią porządek. Ale nic się nie stało. Dwa lata później urodziła się Edytka. Potem Irenka i Eliza. Kaja urodziła się w 92 r., Kamisia w 94 r., a Nela w 96 r. (Tomka się nie liczy, bo zmarł zaraz po porodzie). Wieś już była na te porody uodporniona, przekonywali więc sąsiadkę S., by się uspokoiła: „Po co się w to mieszać? Po co rozgrzebywać rodzinną historię? Przecież Janek te dzieci kocha”.

Wiadomo też było, że nic nie można było w tej sprawie zrobić. Same poszlaki. Ktoś słyszał, jak dzieci do dziadka wołały tato, ktoś inny widział, jak tulił się do Brygidy, innemu się chwalił po pijanemu, że z młodą córką sypia. W szkole nauczycielki pytały Jana S., który dość często zapisywał nowe dzieci, co mają wpisać w rubryczce „ojciec”. Dziadek odpowiadał zawsze tak samo: „ojciec nieznany”.

– Dzieci były tak wytresowane, że nic z nich wycisnąć nie było można – mówi jedna z nauczycielek. – Nawet maluchy z pierwszej klasy były tak nauczone, żeby nie mówić o niczym, co się dzieje w domu.

Na podchwytliwe pytania, kto się kładzie pierwszy, kto pierwszy wstaje, kto ma największe łóżko i kto z kim w domku zasypia, wszystkie dzieci w klasie odpowiadały bardzo chętnie, z wyjątkiem dziewczynek S. Od dzieci S. niczego nie było można się dowiedzieć. Do domu S. nigdy nie wpuszcza obcych. Nie rozmawia z nieznajomymi. Za sobą zamyka drewnianą bramę i spuszcza psy z łańcucha. I podąża za Brygidą krok w krok. Zresztą rzadko opuszczają swoją warowną twierdzę.

Żadnych twardych dowodów przeciw S. więc być nie mogło. Gdyby chociaż Brygida komukolwiek poskarżyła się, że tata ją krzywdzi lub gdyby dzieciom działa się krzywda, to w W. na pewno by zareagowali. Tak przynajmniej mówią. W czwartej klasie Brygida z trudem czytała i pisała. – Powinna chodzić do szkoły specjalnej – przyznają dziś nauczyciele. Nie była w stanie ukończyć nawet wiejskiej podstawówki. Zamiast na lekcje, chodziła z krowami na pastwisko, gotowała obiady, prała i sprzątała.

Brygida S. była jednym z 13 dzieci Jana i Władysławy. S. przyjechali do W., małej wioski pod Sławnem, w latach 60. Gdy w 1983 r. umarła matka, S. zaczął molestować najstarsze dwie córki – Gabrielę i Małgosię. Obie uciekły wtedy z domu.

Sąsiedzi pamiętają, że wieś była oburzona tym, co się dzieje w domu Jana S. O szczegółach dowiedzieli się od Gabrysi, która pewnej nocy uciekła przed tatą do sąsiadów. – Wtedy jego wybór padł na młodszą Brygidę – mówi sąsiadka.

Brygida miała 16 lat, kiedy przejęła wszystkie obowiązki po zmarłej matce. Od urodzenia była uzależniona od ojca. To on ją utrzymywał. On ją karmił i ubierał. I poza pracą w gospodarstwie nic więcej nie miała. Żadnych pieniędzy, bo ojciec nie płacił za pracę w domu. I najmniejszych szans na wyrwanie się z W.

Biegli psychiatrzy badający przed laty przypadek Brygidy S. stwierdzili, że ze względu na swoje upośledzenie nie miała ona możliwości ani samodzielnego decydowania o swoim losie, ani zmiany swojego trudnego położenia.

Z każdym kolejnym urodzonym dzieckiem popadała w spiralę coraz większego uzależnienia od swojego taty. Każde kolejne dziecko pozostawało na wyłącznym utrzymaniu jej ojca. Ona natomiast mogła poddawać się czynom kazirodczym z obawy, że jeśli odmówi, zostanie bez środków do życia.

Ojciec, praktykujący katolik

K., były zastępca prokuratora rejonowego w Sławnie – to ta prokuratura dziesięć lat temu wszczęła śledztwo w sprawie kazirodztwa w W. – mówi, że od początku pojawiały się naciski, by ją umorzyć. Ponoć policja w Sławnie zawsze o tym wiedziała, ale z niewiadomych powodów nie wyciągała na światło dzienne.

– Sprawa była od początku obrzydliwa – mówi K. – Pamiętam, że postanowiliśmy razem z komendantem rejonowym policji skończyć ją, choćby nie wiem, co się działo. Sprawę prowadził prokurator Piotr Wedmann. – Mimo że praktykujący katolik, był wyjątkowo odporny na wizyty miejscowego proboszcza, który pytał go o sens zajmowania się tym i czy ewentualna kara nie wyrządzi więcej szkody niż pożytku – opowiada były prokurator. – Kościół tej sprawy nie chciał, choć proboszcz dokładnie o wszystkim wiedział od lat.

Nadzór nad śledztwem miała prokuratura wojewódzka w Słupsku. K. słyszał od swojego szefa, że interweniowała tam „sama kościelna góra”.

– Dziwnym trafem ta kościelna góra znajdowała największe zrozumienie u gorliwych prokuratorów stanu wojennego – wspomina K., który pamięta, że prokuratorzy ze Słupska przekonywali, że nie warto wydawać pieniędzy na drogie badania DNA. A skoro nie ma innych dowodów, lepiej umorzyć. I tłumaczyli spokojnie: Wierzymy, że wypracujecie dobrą decyzję”.

A kiedy sprawa zakończyła się aktem oskarżenia, dawali nam do zrozumienia wytykami w innych sprawach, że nie są z nas zadowoleni – wspomina K.

W 1998 r. prokuratura w Sławnie oskarżyła Jana S. i Brygidę S. o czyny kazirodcze. – Docierały do nas sygnały, że zyskaliśmy w oczach miejscowych za odwagę w pociągnięciu tej sprawy – mówi K.

Głównym dowodem w sprawie były badania genetyczne, które potwierdziły, że Jan S. jest ojcem czwórki z siedmiorga dzieci Brygidy. Na tej podstawie udało się udowodnić, że S. w ciągu 15 lat miał z córką cztery stosunki seksualne. Termin ich odbycia ustalił biegły ginekolog na podstawie przybliżonego termin poczęcia czterech córek. Jan S. i jego córka do końca zaprzeczali, by mieli ze sobą jakiekolwiek kontakty. Nie było też dowodów, by Brygida była przez ojca gwałcona.

Sąd uniewinnił Brygidę S. od zarzutu kazirodztwa. Uznał, że ze względu na swoje upośledzenie (encefalopatia z upośledzeniem umysłowym z pogranicza nieznacznego i lekkiego) mogła nie być świadoma karalności swych czynów. Sąd uznał natomiast, że Jan S. wykorzystał upośledzenie córki oraz uzależnił ją od siebie – skazał go na rok i dwa miesiące bezwzględnego więzienia. Mecenas Leon Kasperski, który bronił Jana S. z urzędu, mówi, że jego klient był prymitywny. Nie miał żadnego poczucia winy.

„Fakt, że oskarżony popełniał przypisywane mu czyny regularnie, nie pozwala uznać, że zaniecha on popełniania podobnych czynów w przyszłości w przypadku warunkowego zawieszenia kary” – napisał w uzasadnieniu sędzia Piotr Wójcik. Ale S. nigdy do więzienia nie trafił. Mecenas Kasperski mówi, że sąd drugiej instancji, kierując się dobrem dzieci, postanowił zawiesić karę. – Bez S. ta rodzina zostałaby bez środków do życia – mówi Leon Kasperski.

Wiara sądu, że po wyroku Jan S. zaprzestanie wykorzystywania własnej córki, okazała się płonna. Tuż przed ogłoszeniem wyroku Brygida urodziła ósmą córkę. Nie można wykluczyć, że jej ojcem jest dziadek. Ale sąd tuż przed zakończeniem procesu nie zdecydował się na przeprowadzenie kolejnych badań DNA.

Tajemnicą wciąż pozostaje, kto jest ojcem pozostałych trzech córek Brygidy S. Dwie z nich mają DNA bardzo zbliżone do kodu genetycznego Jana S., ale biegli wykluczyli, by ojcem był ich dziadek. Najprawdopodobniej Brygida musiała mieć też kontakty z którymś ze swoich braci i to on jest ojcem jej dwóch córek. Ale tego ani w sądzie, ani w prokuraturze dokładnie już nie dociekano.

Jan S., który ma dziś 70 lat, nie wzbudza już we wsi żadnej niechęci. Raczej podziw, że mimo podeszłego wieku potrafi przy sobie utrzymać o trzydzieści lat młodszą kobietę. I potrafił ją tak wychować, by w godzinie próby, na sali sądowej, stanęła za nim murem.

Gdy przechodzą koło domu emerytowanej nauczycielki Zofii Swat na końcu wsi, czasem widać przez okno jak jego ręka wślizguje się pod sukienkę córki, potem ją przytula i namiętnie całuje. – I robi to jak mąż, a nie jak ojciec – opowiada Zofia Swat i dodaje, że S. po zakończonym procesie poczuł, że nie musi już żyć z córką w ukryciu. Że wolno mu trochę więcej, bo został osądzony, więc i zaakceptowany.

Przecież jej nie więził

Urzędniczki ze Sławna mówią, że najważniejsze jest teraz dobro dzieci. Nie rozdmuchiwać starej sprawy, by nikt dzieci S. nie wytykał palcami. By miały co zjeść i w co się ubrać – a to gwarantuje im tylko Jan S. – Nie ma już takiego zagrożenia jak przed laty – tłumaczy urzędniczka – bo od zakończenia procesu Brygida przestała rodzić.

Dwa miesiące temu, gdy telewizja huczała codziennie o potworze z austriackiego Amstetten, Stanisław Swat zażartował, że Fritzl przecież żyje na końcu wioski i nikomu to w W. nie przeszkadza. – Dowiedziałem się wtedy, że mieszam się w nie swoje sprawy i szkodzę biednym dzieciom – mówi Swat.

– Dla wielu ludzi ta sprawa jest już zamknięta – mówi pedagog szkolna i zastanawia się, co można tu jeszcze zrobić, skoro sąd, prokuratura i policja okazały się bezradne. – Nawet nie wiem, kto powinien się tym zająć.

Na pewno nie Ośrodek Pomocy Społecznej, bo od pięciu lat rodzina S. nie korzysta ze wsparcia Ośrodka. Policja – też nie. Bo już dziesięć lat temu, gdy nauczycielki z podstawówki zwracały na ten problem uwagę, dowiedziały się od dzielnicowego, że muszą przedstawić twarde dowody. Może Kościół? Tylko że proboszcz powiedział przed laty Zofii Swat, że nie chce słuchać plotek. Zresztą sukcesem było już przekonanie rodziny S., by ochrzcili wszystkie córki.

Kurator sądowy Aneta Wronkowska dość często odwiedza rodzinę S., bo opiekuje się najmłodszą ich córką. Nie może jednak powiedzieć, czy Jan S. nadal wykorzystuje swoją córkę, bo obowiązuje ją tajemnica służbowa. Za to jej kierownik Ireneusz Dąbrowski jest przekonany, że o niczym takim mowy być nie może. Bo kurator Wronkowska musiałaby o tym napisać w raporcie. – Gdyby to przeczytał sędzia, podjąłby na pewno jakieś działania – tłumaczy kierownik Dąbrowski, który nie dostrzega żadnych podobieństw między W. a Amstetten. – Przecież Fritzl córkę więził w piwnicy – mówi.

A wszyscy wiedzą, że S. w swoim domu nie ma piwnicy.

PS: Niektóre nazwiska i imiona dzieci Jana S. zostały zmienione.

Reklama

Czytaj także

Kraj

Pani Ziobro

Zaczynała od błahych artykułów w tabloidzie, potem była wpływową szefową w TVP. Dziś kieruje marketingiem wielkiej firmy ubezpieczeniowej. Nazywa się Patrycja Kotecka. Kotecka-Ziobro.

Anna Dąbrowska
23.04.2019
Reklama